czwartek, 12 marca 2015

Rozdział 16

"Spotkanie"



Patrzę na niego beznamiętnie, gdy staje przede mną i uśmiecha się zbyt szeroko. 
- Nie przywitasz się? - pyta zaskoczony, unosząc brew i rozkładając ramiona. 
- Czego chcesz? - mówię, a mój głos jest lodowaty. Nie sądzę też, by wyraz mojej twarzy cokolwiek zdradzał. Po prostu patrzę na niego i czekam, aż powie coś o tym, dlaczego chciał się spotkać. Cały poprzedni strach i załamanie ustąpiły miejsca adrenalinie połączonej z determinacją, by zakończyć to spotkanie jak najszybciej. Jednak im dłużej patrzę w jego czekoladowe oczy, takie same jak moje, czuję, że moja silna postawa lada moment spadnie z hukiem na ziemię. Powoli w głowie widzę przebłyski tego, co stało się kilkanaście lat temu. 
- Och, myślałem, że trochę ze sobą porozmawiamy - rzuca rozluźniony, siadając naprzeciwko mnie. - Chciałbym wiedzieć co słychać u mojej córeczki. 
Na dźwięk słowa "córeczka" żółć podchodzi mi do gardła, a ciśnienie krwi rośnie. Nie jestem jego córką, niech tak do mnie nie mówi. Zaciskam pięści pod stołem i nie spuszczam z niego wzroku, chociaż czuję jak zimny pot oblewa moje słabe ciało. Jednak wiem, że nie mogę okazać teraz swojego tragicznego stanu, na to przyjdzie czas później. 
- Czego chcesz? - powtarzam, tym razem nieco ostrzej niż wcześniej. 
Ojciec przygląda mi się przez krótki moment, a potem poprawia skórzaną kurtkę i głęboko wzdycha. 
- No dobrze, widzę, że plotkowanie dzisiaj nie wchodzi w grę. - Ani dzisiaj, ani nigdy, tato. 
- Chciałem się z tobą spotkać, bo mam do ciebie pewną sprawę - oznajmia, a ja unoszę brew w górę, poważnie zaskoczona jego słowami. Co on może chcieć? Mam nadzieję, że nie postanowił się nawrócić na dobrego ojca i naprawić naszą relację. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego. 
- Zamieniam się w słuch - odpowiadam cierpko i przełykam ślinę. Denerwuję się, cholernie bardzo.
- Doszły mnie słuchy, że zaczęłaś pracę w firmie starego Fitzgeralda - stwierdza, a ja ledwie powstrzymuję się od rozszerzenia oczu. Nie mogę mu pokazać, że jestem zaskoczona tym, że wie o mnie takie rzeczy. - Świetnie się składa, ponieważ on ma coś, czego ja potrzebuję.
- I co to ma wspólnego ze mną? - pytam spokojnie, wbijając paznokcie w dłoń, która leży pod stołem.
- Sporo, skarbie - odpowiada z uśmiechem, a mnie zbiera się na wymioty im dłużej na niego patrzę. - Otóż, potrzebuję twojej pomocy. Fitzgerald ma sporo kontrahentów, a jednym z nich jest Johnson. Już pare lat temu robiłem z nim interesy, ale potem on związał się z Fitzgerald Enterprises Holding i przestał obchodzić go biznes ze mną. Teraz, kiedy straciłem kilku partnerów potrzebuję go ponownie przy sobie, żeby móc się rozwijać. Problem tkwi w tym, że Fitzgerald płaci mu więcej niż ja jestem w stanie mu dać. 
- Nadal nie rozumiem, gdzie jestem w tym wszystkim ja - rzucam z rozdrażnieniem tracąc cierpliwość. Chciałabym już wyjść.
- Daj mi skończyć - odpowiada, rozsiadając się wygodnie na krześle. - Nawet gdybym postraszył troche zarząd Johnsona, on nic nie może zrobić. Nie wolno mu zrywać umowy z Fitzgerald Enterprises Holding, bo trzymają go jakieś kruczki prawne i jeśli zechciałby rozwiązać umowę przed czasem, prawnicy firmy wytoczą mu sprawę - wzdycha i macha lekceważąco ręką. - Teraz przyszedł czas na twoją rolę w tym wszystkim. Nie wiem i szczerze nie obchodzi mnie jak to zrobisz, ale musisz postarać się, żeby Fitzgerald sam chciał zrezygnować ze współpracy z Johnsonem.
Patrzę na niego i posyłam mu drwiące spojrzenie. On chyba zwariował.
- Musiałeś postradać resztki rozumu, myśląc, że to zrobię - prycham. - Nie odzywasz się przez tyle lat, a teraz masz czelność prosić mnie o coś takiego? Dragi wyżarły ci mózg - warczę z obrzydzeniem. - Moja odpowiedź brzmi nie. Ani teraz, ani za tysiąc lat. Zapomnij, żebym zajmowała się twoimi chorymi interesami. Nie jestem taka jak ty, nigdy nie będę. - Nie mam cholernego pojęcia skąd mam w sobie tyle siły, by powiedzieć mu to wszystko. Ale koniec końców jestem z siebie dumna. Może nie jestem taka słaba, jak myślałam.
Ojciec mruży oczy i po chwili wybucha gorzkim, ociekającym fałszem śmiechem. 
- Cóż, chyba się nie zrozumieliśmy złotko. Nie obchodzi mnie twoje zdanie. Zrobisz to , jeśli zależy ci na innych.
- Słucham? - pytam piskliwie, czując jak serce zaczyna wybijać nierówny rytm. 
- Szkoda by było, gdyby coś stało się twojej rodzince, nie sądzisz? - Kładzie ręce na stole i przechyla głowę. - Chyba nie chcesz, żeby twoja siostrzyczka poszła w ślady Todda, prawda? 
- Nie zrobiłbyś tego... - szepczę, czując jak moja dolna warga zaczyna bardzo niebezpiecznie drżeć. To oznaka, że zaraz mogę wybuchnąć płaczem.
- A niby czemu? - Patrzy na mnie z politowaniem, jakbym była ostatnią idiotką na świecie. - Nic mnie przed tym nie powstrzymuje, nie obchodzi mnie cudze cierpienie. Przecież o tym wiesz - dodaje, a ja wiem o czym mówi. Od razu przypomina mi się, jak katował mamę i nie miał skrupułów by zrobić to później mnie. On nie ma pojęcia co to znaczy kochać i szanować człowieka. 
- Jesteś potworem - mówię, ignorując rosnącą gulę w moim gardle. 
- Powiedz mi coś, czego nie wiem. - Mruga do mnie, co powoduje u mnie jeszcze większe mdłości. 
- Chcę już stąd wyjść - oznajmiam, bo wiem, że nie wytrzymam ani minuty dłużej w towarzystwie tego człowieka. Czuję się coraz gorzej. 
- W porządku. Daj mi znać, kiedy załatwisz to o co cię prosiłem... Bo załatwisz, prawda? Jesteś mądrą dziewczynką. - Uśmiecha się do mnie krzywo, gdy sięgam po torebkę i wyjmuję z niej portfel. Wyciągam z niego banknot i rzucam go na stolik, płacąc tym samym za herbatę.
- Zadzwonię - rzucam cicho. Mimo iż cholernie bardzo tego nie chcę, muszę chronić rodzinę. Nie pozwolę, by komukolwiek coś się stało. 
- Nie pożegnasz się ze swoim tatą? - pyta, gdy podnoszę się z krzesła.
Dosyć, tego już za wiele. 
- Nie jesteś moim ojcem, rozumiesz? - warczę, pochylając się do niego. - Przestałeś być nim  w dniu, kiedy obudziłam się w szpitalu. Do dzisiaj moje ciało szpecą blizny, tylko dlatego, że byłeś zbyt naćpany, żeby się powstrzymać i przypomnieć sobie, że jestem tylko dzieckiem. Jesteś nikim w moich oczach. Nie pojawiłeś się nawet na pogrzebie Todda. On cię kochał... Do końca, nawet pomimo tego, że byłeś i jesteś chorym sukinsynem. Równie dobrze, mógłbyś być martwy. Dla mnie to żadna różnica - mówię ze łzami w oczach i zakładam torebkę na ramię. - Zrobię to, czego ode mnie chcesz. A potem zniknij z mojego życia i życia mojej rodziny raz na zawsze. Brzydzę się tobą- warczę i posyłam mu ostatnie mordercze spojrzenie, po czym ruszam w kierunku wyjścia.
Ojciec nawet nie próbuje mnie zatrzymać i bardzo dobrze. Jedyne na co mam teraz ochotę to zniknąć gdzieś, gdzie nikt mnie nie znajdzie. Potrzebuję samotności, żeby móc sobie to wszystko poukładać. Co ja powinnam zrobić? Musi być jakieś inne wyjście, nie mogę zrobić tego Chrisowi i jego ojcu. Ale z drugiej strony bezpieczeństwo mojej rodziny jest o wiele ważniejsze od mojego stanowiska w tej pracy oraz imperium Fitzgerald'ów. Boże, za co to wszystko?
Wychodzę z kawiarni i od razu zmierzam do samochodu, w którym czeka na mnie Gary.
- Jak poszło, panno Wihford? - pyta mnie, gdy wsiadam do środka.
- Jakoś - odpowiadam cicho i wzruszam ramionami. - Udało ci się pozbyć tamtych ludzi?
- Tak, panno Wihford. - Uśmiecha się lekko, co widzę w lusterku wstecznym. - Gdy pani weszła do kawiarni poczekali jeszcze chwilę, a później sobie poszli. 
- Och, to dobrze. - Odwzajemniam jego uśmiech, chociaż aktualnie czuję się gorzej niż źle. 
- Teraz tak wygląda pani życie? - pyta kierowca, gdy wyjeżdżamy z parkingu.
- Powoli tak, niestety. Ale jakoś sobie z tym radzę - odpowiadam bawiąc się frędzlami ponczo, które mam na sobie.
- Mogę zadać pani jeszcze jedno pytanie? 
- Oczywiście, Gary. Słucham. - Podnoszę wzrok i uśmiecham się do niego blado.
- Czy ten pan Bieber, dba o panią? - wyrzuca z siebie i chyba jest lekko zażenowany swoim pytaniem.
Przez chwilę patrzę na niego w milczeniu, nieco zaskoczona jego słowami. Czy Justin o mnie dba? Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale wydaje mi się, że tak. Walentynki, noc u niego, to jak zabrał mnie z klubu... Tak, on zdecydowanie o mnie dba.
- Wydaje mi się, że tak - odpowiadam łagodnie, myśląc o tym, co teraz robi Justin. Stęskniłam się za nim.
- Cieszę się. Wydaje się być dobrym człowiekiem - stwierdza Gary, dociskając pedał gazu, gdy mkniemy po jednej z głównych ulic Dallas.
- Bo nim jest, tak myślę - mruczę i wlepiam wzrok w widok za oknem, pogrążając się w swoich poplątanych myślach. Czuję się zagubiona i wyprana z wszelkiej siły. Tego właśnie się bałam. Przez tyle lat walczyłam z samą sobą, by przestać zatracać się w beznadziei, a teraz, po takim czasie z łatwością do tego wracam. Co gorsza, coraz ciężej jest mi to przezwyciężać. Naprawdę czasami mam ochotę pozwolić tej ciemności, która przechadza się po tyłach mojego umysłu, zawładnąć mną i zostawić po sobie zgliszcza, które mnie wykańczały. Im starsza się stawałam, tym ciemność przychodziła częściej i była bardziej intensywna. Po śmierci Todda to była moja codzienność, gehenna, która niszczyła mnie bardziej i bardziej. W końcu podjęłam walkę i myślałam, że wyleczyłam się z tego raz na zawsze. Jednak teraz wiem, jak okropnie się myliłam. Tak łatwo było do tego wrócić, zbyt łatwo. Czuję się jak wrak, który tkwi na dnie oceanu od setek lat i nie zapowiada się, by ktokolwiek zdecydował się go wyciągnąć na powierzchnię. 
- Jesteśmy, panno Wihford - odzywa się Gary, wyrywając mnie z zamyślenia.
- Dziękuję - odpowiadam cicho, łapiąc torebkę, która leży obok mnie. - Tata jest w domu?
- Nie, musiał pojechać do firmy. Ma spotkanie. 
- Rozumiem - rzucam i wysiadam z samochodu. Czuję ulgę, że taty nie ma. Zyskuję dzięki temu kilka cennych godzin samotności, w czasie której będę mogła coś wymyślić. A przynajmniej spróbować to zrobić.
Wchodzę do domu i praktycznie od razu idę do swojego pokoju. Kładę torebkę na biurku, po czym postanawiam się przebrać w wygodniejsze ciuchy. Zakładam na siebie szare spodnie od dresu i starą bluzę Todda, która leży u mnie w szafie. Lubię chodzić w jego ciuchach. Może to dziwnie zabrzmi, ale wtedy czuję z nim silniejszą więź. Poza tym fakt, że mój brat je kiedyś nosił, sprawia, że jest mi lepiej na sercu. Tak bardzo za nim tęsknię... W tym przypadku powiedzenie, że czas leczy rany jest nic nie warte. Ile razy o nim myślę, tyle razy serce zaczyna mi krwawić, czyli prawie codziennie. Raz jest to silne, raz nie. Zależy od mojego nastroju. Dzisiaj natomiast serce boli mnie tysiąc razy mocniej niż zazwyczaj. Jestem w takim momencie, kiedy pomoc Todda byłaby dla mnie wybawieniem. Dlaczego to jego Bóg postanowił zabrać? On był dla mnie wszystkim. Dlaczego, Boże? Dlaczego?
Padam na łóżko i chowam twarz w dłoniach, pozwalając łzom swobodnie spływać w dół mojej twarzy. Już dawno nie byłam w takim momencie, gdy czułam, że sięgam dna. Wiem, że powinnam walczyć, ale nie łatwo jest się bronić, kiedy krwawi z tak wielu miejsc. Z jednej strony potrzebuję czyjejś pomocy, a z drugiej chcę sama sobie z tym poradzić. Czy dam rady? Nie wiem, czas pokaże. 
Z mojego słodkiego cierpienia wyrywa mnie dźwięk telefonu. Niechętnie wstaję i podchodzę do torebki, gdzie wrzuciłam wcześniej komórkę. Wyciągam ją i zerkam na ekran - Justin. Uśmiecham się delikatnie, siadam na wygodnym krześle obrotowym i odbieram.
- Halo?
- Cześć, słodka Faith - wita się ciepło. Och, tak bardzo za nim tęsknię.
- Cześć - odpowiadam lekko ochrypłym głosem. Natychmiast odchrząkuję i staram się brzmieć na rozluźnioną i zrelaksowaną. - Jak tam?
- Widziałem twoje zdjęcia z dzisiaj - oznajmia, a ja marszczę brwi, nie bardzo rozumiejąc o co chodzi. - Wszystko w porządku? - pyta z troską w głosie.
 Nagle przypominam sobie o paparazzi czekających na mnie przed kawiarnią. Otwieram laptopa i szybko wystukuję adres pierwszego lepszego portalu plotkarskiego. Zjeżdżam w dół i natrafiam na swoje zdjęcia, które zdobi niechlubny tytuł : "Nowa dziewczyna Justina zauważona w nie najlepszej formie w Dallas! Czy to oznacza, że ich związek przechodzi kryzys?" Przewracam oczami czytając to i klikam na zdjęcia. O Boże, wyglądam potwornie.
- Faith? - odzywa się po drugiej stronie Justin.
- Eee, jestem, jestem - rzucam, mrugając kilkakrotnie. - Przepraszam, oglądam te zdjęcia. 
- No więc? Wszystko gra, mała? 
- Tak, jest okej - kłamię. Nie powiem mu, że czuję się gorzej niż źle, bo zacznie panikować, a nie mam na to siły. - Mało spałam ostatniej nocy. 
- Na pewno? - pyta podejrzliwie, jakby przewidział moje kłamstwo.
- Tak, Justin. Na pewno - odpowiadam stanowczo i zamykam oczy, odchylając głowę na miękki zagłówek.
- No dobrze - wzdycha. - Jak tam rozmowa z tatą? 
- Wiesz, to spotkanie nie należało do najprzyjemniejszych. Nie padliśmy sobie w ramiona - mówię, starając się brzmieć normalnie.
Słyszę jak po drugiej stronie Justin chichocze, a to sprawia, że tęsknię za nim jeszcze bardziej.
- Domyślam się, skarbie - rzuca. - Mam jednak nadzieje, że też się nie zagryźliście .
- Nie mieliśmy okazji - śmieję się. Cholera, może ja powinnam zostać aktorką? Póki co idzie mi świetnie. - Byliśmy w kawiarni, pewnie nawet nie odważyłabym się odgryźć mu ręki.
- Auć - jęczy Justin z rozbawieniem. 
- Jak tam pobyt w Nowym Jorku? - Czas na zmianę tematu. Obawiam się, że nie zniosę dłuższej rozmowy o moim ojcu.
- Dobrze, wróciłem już do Los Angeles. Jadę właśnie do studia. 
- Kończyć tę piosenkę, co kiedyś? - pytam, ciesząc się, że chłopak nie postanowił dalej wypytywać o ojca.
- Nie, dzisiaj nagrywam wokale do kawałka Twista - wyjaśnia z ekscytacją.
- To on śpiewa? - Nie ukrywam swojego zaskoczenia zadając to pytanie. Twist nie wygląda mi na artystę.
- Rapuje - poprawia mnie Justin. - Poprosił mnie o zaśpiewanie refrenu, więc się zgodziłem. Przyjaciołom się nie odmawia, no nie? - Twist nie jest moim ulubieńcem i jakoś nie mogę się do niego przekonać. Do tego wydaje mi się, że jego przyjaźń z Justinem działa tylko w jedną stronę. Justin daje mu wiele, Twist nic. Nie podoba mi się to, ale nie mam prawa wchodzić w przyjaźnie Justina. To jego sprawa i sam musi się rozeznać w tym wszystkim.
- Tak, masz rację - odpowiadam, uśmiechając się smutno. 
- Mała, na pewno wszystko dobrze? Wydajesz się być przybita.
- Już mówiłam, jestem niewyspana i zmęczona - mówię, błagając Boga z całych sił, by Justin mi uwierzył.
- Kiedy wracasz? - pyta niespodziewanie, porzucając temat mojego nastroju na jakiś czas. 
- Jutro wieczorem mam samolot do LA - odpowiadam, zagryzając wargę.
- Okej, przyjadę po ciebie - stwierdza od razu. - Zostaniesz u mnie na noc i będziemy mieli dla siebie całą niedzielę.
- Justin, ale ja chciałabym się zobaczyć z mamą i Angie... - zaczynam.
- W porządku, pojedziemy do nich.
- W poniedziałek idę do pracy, muszę się przygotować... - Nie to, że nie chcę spędzić z nim tego czasu, ale wiem, że nie będę potrafiła się przy nim skupić na czymkolwiek.
- Zabierzesz z domu wszystkie rzeczy i przygotujesz się u mnie. - Nadal nie ustępuje. To słodkie z jego strony. - Stęskniłem się za tobą, Faith. Chcę się tobą nacieszyć, bo pewnie znów w tygodniu będziemy się mijać. Mam cię tylko w weekendy. Proszę... 
- Dobrze - zgadzam się w końcu. Też za nim tęsknię, no i ma rację. Pewnie będziemy się rzadziej widywać, szczególnie, że muszę rozwiązać tę sprawę z ojcem.
- Cudownie - woła Justin do telefonu, a ja nie mogę się nie roześmiać. To chwile, kiedy moje uczucie do niego rośnie. - Dobrze, słodka Faith. Muszę kończyć, bo właśnie zatrzymałem się pod studiem. 
- Miłej pracy - mówię słodko. - Do zobaczenia, Justin.
- Napisz mi smsa, o której wylatujesz.
- Okej, zaraz poszukam biletu.
- Super. To do jutra - mówi Justin, po czym się rozłącza.
- Do jutra - mruczę sama do siebie i odkładam telefon na biurko. Sięgam po torebkę i wygrzebuję z niej mój notatnik, w którym mam bilet. Okazuję się, że wylot jest o dwudziestej. 
Szybko wystukuję smsa do Justina z tą informacją i po chwili otrzymuję odpowiedź, że będzie na mnie czekać przed dwudziestą trzecią w samochodzie na lotnisku. Z wiadomych przyczyn nie może z niego wyjść. Paparazzi by nas zagnietli. 
Wracam do łóżka i zaczynam analizować dzisiejsze spotkanie z ojcem. Niewiele się zmienił. Jego włosy dalej są kruczoczarne, na twarzy nadal jest kilka blizn, które niechlubnie ją zdobią, a postura wciąż jest tak samo silna i umięśniona. Jeśli mam być szczera, to mój ojciec jest przystojnym mężczyzną, ale cały ten syf i jad, który ma w sobie wszystko niszczy. Pragnę wymazać go z pamięci, ale nie jestem w stanie tego zrobić. Z tym nie można walczyć. 
Zastanawiam się co takiego się u niego wydarzyło, że tak desperacko próbuje nawiązać stare kontakty. Oczywiście wiem, że stracił partnerów, ale nie wiem dlaczego i jak wygląda jego pozycja na rynku. Muszę się tego od kogoś dowiedzieć, bo to może ułatwić mi rozwiązanie tej sprawy. Wtedy wpadam na genialny pomysł. Zrywam się po telefon i szukam w nim numeru starego znajomego, którego miejsce powinno być w przeszłości, ale teraz potrzebuję z nim pogadać. Mam nadzieje, że numer jest nadal aktualny. 
- Halo? - Po kilku sygnałach po drugiej stronie odzywa się chrapliwy męski głos.
- Cześć Matt, tu Faith. Pamiętasz mnie jeszcze? - pytam nerwowo, przygryzając końcówkę paznokcia.
- Cholera, Wihford! - woła chłopak. - Kopę lat! Co tam słychać w wielkim świecie?
- Wszystko gra - śmieję się. - Muszę się z tobą spotkać. 
- Wróciłaś? - pyta zaskoczony.
- Nie! - prawię krzyczę. - Po prostu potrzebuję paru informacji o Scalpelu. - Scalpel to pseudonim mojego ojca. Wziął się od jego blizn na twarzy.
- Po co ci informacje o twoim starym? 
- Po prostu muszę się czegoś dowiedzieć. Masz jutro czas?
- Jasne, ale wiesz... Nie ma nic za darmo - mówi Matt, śmiejąc się brzydko.
- Zapłacę ci tyle, że wystarczy na towar i panienki - rzucam pośpiesznie.
- Bądź jutro o jedenastej w Klyde Warren Park. Będę czekać tam gdzie zawsze - mówi Matt.
- Okej, dziękuję.
- Podziękujesz jutro, mała. Stęskniłem się za tobą, ślicznotko - mruczy ochryple do słuchawki.
- Taa, nic się nie zmieniłeś Carrell - śmieję się i kręcę głową. - Do jutra.
Rozłączam się i przecieram twarz dłońmi. Matt może i nie jest najbezpieczniejszym człowiekiem, ale nigdy nie zrobił mi krzywdy i kiedy było trzeba pomógł mi, więc jakoś mu ufam. Może to nie jest najrozsądniejsze, ale teraz wszystkie wątpliwości spycham na bok. Sprawa z moim ojcem to teraz dla mnie priorytet.
W pewnym momencie słyszę na dole hałas i wiem, że to tata wrócił do domu. Muszę stawić mu czoło, więc zbieram się w sobie i schodzę na dół. 
- Cześć - witam go niewielkim uśmiechem i pomagam mu zdjąć płaszcz, który ma na sobie, po czym wieszam go do szafy. Zawsze to robiłam, kiedy tata wracał z pracy, lubiłam to. Do teraz tak jest.
- Jak poszło spotkanie? - pyta od razu, obejmując mnie ramieniem i kierując nas do kuchni.
- Było... dziwnie - odpowiadam, marszcząc brwi.
- Dziwnie? - Tata jest zaskoczony, co wcale mnie nie dziwi, bo sama reaguję podobnie.
- Wiesz, nie padliśmy sobie w ramiona, ani się nie zagryźliśmy. - Wzruszam ramionami. - Sama nie wiem czego się spodziewałam, ale po prostu było dziwnie. Niecodziennie przychodzę na takie spotkania.
- Okej, teraz rozumiem. - Uśmiecha się tata. - Czego od ciebie chciał?
O cholera. Powinnam być przygotowana na takie pytanie. Szybko Faith, wymyśl coś!
- Eee, niewiele - bąkam. - Powyciągał pare starych spraw i zaczął je roztrząsać. 
- Co? Niby po co miałby to robić? - Tata chyba staje się podejrzliwy, ale postanawiam to zignorować. Muszę grać dalej.
- Nie wiem, ale ja też nie pozostałam mu dłużna. Wyrzuciłam mu wszystko i wyszłam. Zachowywał się okropnie - dodaję szeptem i wbijam wzrok w dłonie.
- Hej, kochanie... - Brian podchodzi do mnie, ponieważ wcześniej usiadłam przy szklanym stole. - Wiem, że to nie było dla ciebie najłatwiejsze. Mam nadzieję, że dostał to czego chciał i da nam wszystkim święty spokój - mówi i całuje mnie we włosy, głaszcząc uspokajająco po ramieniu.
- Tak - szepczę i uśmiecham się blado. On tak bardzo się myli... Ojciec nie dostał jeszcze niczego, a na myśl o tym, że groził skrzywdzeniem Gracie do moich oczu napływają kolejne łzy. Znów czuję się słaba i sądzę, że tata nie powinien tego widzieć, chociaż przez te wszystkie lata obserwował mnie w różnych stanach.
- Wszystko w porządku, kochanie? - na ziemię sprowadza mnie głos taty.
- Tak, po prostu jeszcze to wszystko przeżywam - odpowiadam drżącym głosem i macham ręką, zamykając oczy. - Pójdę się położyć, źle spałam ostatniej nocy - mamroczę pod nosem, wstając z krzesła.
- Jesteś silna, pamiętaj o tym, dobrze? - Tata pociąga mnie do uścisku, a ja nie protestuję. Teraz potrzebuję jakiejkolwiek bliskości jeszcze bardziej niż zazwyczaj. - Ani się oglądniesz, a wszystko wróci do normy.
Mówi tak, jakby wiedział, że sprawa z moim ojcem nie jest zakończona i przysparza mi wiele cierpienia. Mam to aż tak wypisane na twarzy? Cieszę się jednak, że nie naciska na mnie i nie prosi o szczegółowe zeznanie. To ponad moje siły, wolę to trzymać w sobie.
- W porządku - mruczę, przytulając policzek do jego silnej klatki.
- Kiedy wracasz do Los Angeles? - pyta, cały czas tuląc mnie do siebie.
- Jutro wieczorem mam samolot - odpowiadam cicho.
Całuję tatę w policzek i wyplątuję się z jego ramion, po czym odchodzę do swojego pokoju. Włączam telewizor, by wypełnić jakoś ciszę, która tu panuje i kładę się do łóżka. Chciałabym zasnąć i obudzić się w świecie, gdzie nie ma mojego ojca i problemów związanych z nim. Wtedy nie musiałabym przechodzić przez to całe gówno. Zamykam oczy i zaczynam się modlić, prosząc Boga i siłę oraz cierpliwość.

Następnego dnia wstaję przed dziesiątą i idę wziąć prysznic. Później wracam do pokoju, by coś na siebie wrzucić. Pogoda jest dziś o niebo lepsza niż wczoraj, ale nadal nie zachęca temperaturą, a ja i tak nie mam zamiaru się stroić na spotkanie z Mattem. Muszę przyznać, że bardzo się tym stresuję. Widziałam go kilka lat temu, a dawniej nasze spotkania sprowadzały się tak naprawdę tylko do jednego. Sądzę, że byłam jedną z jego najlepszych klientek oraz współpracowników. Mimo, że nie jest bezpiecznym człowiekiem to nigdy nie miałam z nim problemu, czasem mnie bronił, a nawet udawało mu się o mnie troszczyć. Robił to w trochę inny i dziwny sposób, ale zawsze to coś. 
Wspominając dawne, dosyć nieprzyjemne czasy wyciągam z szafy luźne, czarne dresy oraz białą koszulkę, które zakładam na siebie, a do tego zarzucam jeszcze pomarańczową bluzę. Podchodzę do lustra, związuję włosy w kucyka, zakładam okulary korekcyjne i zabieram torebkę z biurka. Nie czuję się dziś ani lepiej ani gorzej niż wczoraj, jednak pustka i otępienie nadal się we mnie ścierają.
Schodzę na dół, do pustej kuchni i zalewam zieloną herbatę letnią wodą. Mój żołądek od wczoraj jest związany w supeł i nie jestem w stanie w siebie nic wcisnąć.
Jestem sama w domu, bo tata pojechał wcześniej do pracy i szczerze mówiąc cieszę się z tej samotności. Nie wyglądam najlepiej, a naprawdę nie chcę dawać tacie więcej powodów do zmartwień. Widzę po nim, że on również to wszystko przeżywa, tyle, że na swój sposób. 
Zerkam na zegarek i uświadamiam sobie, że zbliża się godzina spotkania. Pociągam ostatni łyk herbaty, wkładam buty, zabieram torebkę i wychodzę przed dom, gdzie czeka na mnie samochód, którego użyczył mi tata. Wyciągam kluczyki, otwieram go i wsiadam do środka, prawie natychmiast odpalając silnik. Po chwili ruszam z podjazdu i wyjeżdżam na drogę, prowadzącą do centrum Dallas. W trakcie jazdy postanawiam zadzwonić do Angie i sprawdzić co słychać.
- Faithie! - woła przyjaciółka, kiedy odbiera po trzecim sygnale.
- Cześć Angel, jak tam? - pytam rozluźnionym głosem.
- Wszystko super. A co u ciebie? Wszystko gra? Widzieliśmy zdjęcia, nie wyglądałaś najlepiej... - wzdycha. Jezu, ona też?
- Tak, jest okej. Po prostu byłam zmęczona, bo nie spałam wtedy zbyt dobrze. - Sprzedaję jej tę samą bajkę co wszystkim, bo wydaje się być realistyczna. 
- Och, no tak - wzdycha. - Jak spotkanie z Ricadro? - Angie nigdy nie mówiła o nim jako o moim ojcu, po prostu go nie uznawała. Twierdziła, że to Brian jest moim tatą, bo to on mnie wychował i okazał miłość, co jest całkowitą prawdą. 
- Nie było proste i przyjemne, wiesz jakie to dla mnie trudne - odpowiadam, tracąc dobry humor, który i tak od rana był dosyć wątły. 
- Tak mi przykro, Faith. Nie rozumiem po co on chce wracać do twojego życia.
- To dużo mnie kosztuje - rzucam i staję na światłach. - Nie ważne. Co tam w domu? - pytam, mając nadzieję odwrócenia jej uwagi.
- Jest super, tyle się dzieje! Dostałam kolejną propozycję sesji, Ian przeszedł do dalszego etapu tego konkursu, przez co chodzi cały w skowronkach, no i przy okazji on i Gracie stali się chyba najlepszymi przyjaciółmi - śmieje się Angel. - Twoja mama gotuje nam przepyszne obiady i w ogóle się o nas troszczy, więc mamy tu jak w raju.
- Widzę, że świetnie się beze mnie bawicie- odpowiadam z rozbawieniem. - Dużo rewelacji jak na dwa dni.
- Masz racje, ale to nie wszystko - mówi moja przyjaciółka z ekscytacją w głosie. 
- Tak? - Unoszę brew, słysząc jej słowa.
- Aha! - piszczy. - Ale nie mogę ci nic powiedzieć dopóki nie wrócisz.
- Serio, Angie? - pytam z wyrzutem. - Mówisz mi coś takiego, a potem stwierdzasz, że mi teraz tego nie powiesz. To dosyć irytujące uczucie - rzucam, ale w moim głosie pobrzmiewa wesołość.
- Oj przepraszam, ale naprawdę to ważne sprawy - wzdycha przepraszająco moja przyjaciółka.
- Czyli tego jest więcej? - Hm, zapowiada się ciekawie.
- Tak, jedna sprawa ode mnie, druga od Iana. 
- Rany boskie, teraz umieram z ciekawości - jęczę. - Uduszę cię, Richardson.
- Też cię kocham - śmieje się. - Kiedy wracasz?
- Dzisiaj wieczorem mam samolot powrotny, ale nie jadę do domu - odpowiadam, zagryzając wargę i przygotowując się na reakcję Angie.
- Wybierasz się gdzieś? - Głos Angel przypomina mi głos matki, której dziecko wróciło zbyt późno do domu. Nie mogę powstrzymać cichego chichotu, który wydobywa się z mojego gardła.
- Justin po mnie przyjedzie - oznajmiam, uśmiechając się sama do siebie. - Zostanę u niego do poniedziałku, a potem do wrócę do domu. Stęskniłam się za nim.
- Okeeeej - przeciąga. - Jesteś dużą dziewczynką, więc myślę, że wiesz co robisz i nie muszę tego negować. Normalnie cię nie poznaje, Wihford. 
- Przestań - syczę, śmiejąc się. - Coś mi się zdaje, że ty i Lil Za maci...
- O, o tym też mam ci wiele do powiedzenia - przerywa mi, piszcząc wesoło do słuchawki. Zaraz ogłuchnę jak tak dalej pójdzie.
- Czyli szykuje się poniedziałkowy wieczór przesycony ploteczkami. Wyśmienicie! - wykrzykuję i wybucham śmiechem.
- Tak mi się wydaje - rzuca Angel i przyłącza się do mnie.
Rozmowa tak mnie pochłonęła, że ledwie zauważyłam, że jestem prawie na miejscu.
- Okej, wesołku, muszę kończyć. Ucałuj mamę, Gracie i Iana, i powiedz im, że będę u was jutro po południu. Wpadniemy z Justinem.
- Dobrze, mamacita. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia, kocham cię.
- A ja ciebie. Cześć - mówi słodko Angie, po czym się rozłącza.
Znajduję wolne miejsce na parkingu i nie tracąc czasu, wrzucam telefon do torebki, po czym wysiadam z auta. Automatycznie zmierzam w kierunku miejsca, w którym ja i Matt często się spotykaliśmy. Już z daleka widzę jego czarną, zmierzwioną czuprynę. Hm, chyba nie zmienił się zbyt wiele.
- Hej - mówię przyjacielsko, gdy dochodzę na miejsce.
Matt odwraca się gwałtownie i od razu na jego twarzy rozkwita szeroki uśmiech.
- Cholera, Wihford! - Ściska mnie. - Kopę lat - śmieje się.
Badam wzrokiem jego twarz - przybyło na niej kilka zmarszczek oraz blizn, a pod oczami pojawiły się ciemne kręgi. Hm, jednak zaszło pare zmian.
- Taa - wzdycham. - Jak tam? 
- Po staremu, za wiele się nie zmieniło. Dalej siedzę w tym samym gównie i żyje mi się świetnie. - Wzrusza ramionami, opierając się o drzewo. Ma na sobie znoszone dżinsy, biały t-shirt oraz skórzaną kurtkę. Wygląda dobrze, pomimo swojego zmęczenia i przećpania. - A co u ciebie?
- Przeprowadziłam się do Los Angeles, pracuję i jakoś sobie radę - odpowiadam spokojnie. - Nie obraź się Matt, ale nie mam czasu na takie pogaduszki. Interesują mnie tylko informacje o moim ojcu.
- To trochę popieprzone - żartuje sobie Matt. - Ale pytaj, odpowiem na wszystko, oczywiście za dobrą opłatą.
- Kasa na końcu - rzucam, po czym przechodzę do rzeczy. - Wiesz coś o tym, co działo się ostatnio w biznesie Scalpela? Chodzi mi o jego wspólników itd. 
- Nie mam pojęcia po co ci to wiedzieć, ale owszem. Coś obiło mi się o uszy.
- Więc?
- Scalpel jakiś miesiąc temu straszne pożarł się z Patrickiem, typem, który załatwiał mu transport dragów do innych stanów. Podobno poszło o hajs i o to, że Scalpel przeleciał jego panienkę. Albo nawet dwie, nie wiem. - Na tę informację robi mi się niedobrze. Chryste, to obrzydliwe. "To świat, który przecież doskonale znasz" wtrąca moja podświadomość, a ja mam ochotę w tej chwili ją udusić, pomimo tego, że mówi prawdę. - Później kilku innych partnerów, którzy byli silniej związani z Patrickiem kopnęło twojego starego w dupe i zostawili go z kilkoma ludźmi, którzy oprócz tego, że ssą od niego kasę i rozprowadzają towar po jakichś gównianych terenach, do niczego mu nie są przydatni. Traci pozycje na rynku. - Matt kończy, a ja staram się nie przewrócić, od nadmiaru informacji. Słodki Boże, mój ojciec jest dnem, przysięgam.
- Wow - wyrzucam z siebie i oblizuję wargi. - Nieźle.
- Taa. Z tego co słyszałem, Scalpel jest strasznie wkurwiony i szykuje jakiś odwet na tych ludziach, ale nie jestem pewien czy to prawda. 
- Odwet? - Marszczę czoło.
- Aha. - Matt kiwa głową, wsuwając ręce w kieszenie. - To popieprzony świat, Faith. Przecież wiesz. - Chłopak posyła mi znaczące spojrzenie, a ja kulę się lekko w sobie.
-Zdaje się, że dostałam wszystko czego potrzebowałam - mamroczę, ignorując jego ostatnie zdanie. 
- Przepraszam, że pytam, ale po co ci to wszystko? 
- Nie musisz wiedzieć - odpowiadam pośpiesznie i sięgam do torebki. - Tak jak obiecałam, masz forsę. Dziękuję, że zgodziłeś się mi pomóc. - Wręczam chłopakowi kilka stu-dolarowych banknotów i uśmiecham się do niego blado.
- Zawsze byłaś dla mnie tajemnicą, Faith - mruczy Matt, chowając pieniądze do tylnej kieszeni dżinsów. - Mam nadzieje, że wiesz co robisz.
- Serio cię to obchodzi? - pytam drwiąco, unosząc brew w górę.
- Nie - odpowiada chłopak, szczerząc się do mnie głupio. - Chciałem zabrzmieć poważnie.
- Nie tym razem - śmieję się i poprawiam bluzę. - Będę lecieć. Jeszcze raz dzięki wielkie. Powodzenia, Matt. - Posyłam mu przyjacielski uśmiech i odchodzę w kierunku samochodu.
Gdy już w nim siedzę, odchylam głowę i zamykam oczy, starając się przyswoić to wszystko, czego się dowiedziałam. To mnie przytłacza, ale przecież sama tego chciałam. Z drugiej strony jednak, wiem, że to może mi w czymś pomóc. Muszę jeszcze dojść do tego w czym. Jest mi ciężko i nadal jestem słaba psychicznie oraz fizycznie, ale jakoś muszę sobie radzić. Nie pierwszy raz osiągam takie stany, chociaż tym razem czuję, że może być trudniej. 
Biorę głęboki wdech i zerkam na zegarek. Nie ma jeszcze południa, a ja nie mam ochoty wracać do domu. Wtedy wpadam na genialny pomysł i z leciutkim uśmiechem na ustach odpalam silnik, po czym wyjeżdżam z parkingu. 

Piętnaście minut później pukam do drzwi nonny. Nie byłam świadoma jak bardzo za nią tęskniłam, dopóki się tu nie znalazłam. Och, jak dobrze, że ją zobaczę. Nagle słysze dźwięk przekręcanego zamka i po chwili w drzwiach ukazuje się babcia.
- Faith! - wykrzykuje. - Co ty tu robisz, dziecinko?!
- Przyjechałam odwiedzić moją ulubioną babcię - śmieję się i od razu wpadam w jej ciepłe i kochające ramiona.
- Kiedy przyleciałaś? - pyta, gdy znajdujemy się już w środku i zmierzamy do kuchni.
- W czwartek w nocy - odpowiadam i jeszcze raz się do niej przytulam. Tak bardzo mi tego brakowało.
- Co cię tu sprowadziło, skarbie? Wybacz, ale nie sądzę, żebyś przyleciała tu z Los Angeles tylko po to, by mnie odwiedzić. - Puszcza do mnie oczko i nastawia wodę.
- Babciu - rugam ją. - Nie mów tak! No, ale przyleciałam tu, bo musiałam załatwić pare spraw - odpowiadam spokojnie, bo wiem, że babcia nie będzie pytać co to za sprawy.
- Rozumiem. - Uśmiecha się. - Co u ciebie, skarbie? Jak ci się żyje w Los Angeles? 
- Dobrze, babciu. Wszystko się dzieje teraz w zawrotnym tempie, ale nie mogę powiedzieć, że jest źle. Mam przyjaciół, pracę, wspaniałe mieszkanie...
- Chłopaka... - dodaje nonna, przybierając ton podobny do mojego.
- Nie mam chłopaka - stwierdzam sucho, podczas gdy babcia zaparza nam herbatę.
- To teraz to nazywa się inaczej? - pyta z odrobioną kpiny w głosie.
- On naprawdę nie jest moim chłopakiem. To dobry przyjaciel - odpowiadam, przewracając oczami.
- Och, tak, oczywiście. - Nonna mruga do mnie znacząco, a ja wzdycham ciężko i potrząsam głową. Tęskniłam za nią.

Kiedy wracam do domu jest już po osiemnastej. Tak, spędziłam u babci prawie cały dzień, ale to sprawiło, że czuję się o nieco lepiej niż wcześniej. Uwielbiam spędzać z nią czas, bo ona napawa mnie siłą i pozytywnym myśleniem, którego nigdy u niej nie brak. Tak bardzo jestem wdzięczna Bogu, że obdarzył mnie tak wspaniałą osobą jaką jest nonna. 
W dalszym ciągu jestem sama w domu, ale wcale mi to nie przeszkadza. Mam czas by się spakować, umyć i przebrać. Wrzucam ciuchy do walizki, kiedy odzywa się mój telefon, informując mnie o nowej wiadomości. 

Od: Justin
Wyślę po ciebie Gila, żeby zaprowadził cię bezpiecznie do samochodu. Tęsknię za tobą, mała. Szczerze mówiąc, to dla mnie nowość. Co ty ze mną robisz? 

Siadam na łóżku po przeczytaniu tej wiadomości i uśmiecham się do siebie, czując przyjemne łaskotanie w brzuchu. Z każdą chwilą zakochuję się w nim coraz bardziej. 

Do: Justin
Okej, dziękuję. Powinnam być na LAX koło 23. Też za tobą tęsknie, MAŁY :p. 
Nie wiem, nie potrafię ci na to odpowiedzieć, wybacz. Może kiedyś na to wpadnę, ale teraz nic nie przychodzi mi do głowy.

Wysyłam wiadomość i po chwili otrzymuję odpowiedź.

Od: Justin
Wielka szkoda, MAŁA :D Mam nadzieję, że jesteś spakowana i masz przygotowany bilet. Chcę cię już przy sobie, strasznie mi się nudzi w pojedynkę.

Do: Justin
A gdzie podziali się twoi kumple?

Od: Justin
Jeden się strasznie zakręcił na punkcie pewnej mulatki w kręconych włosach, którą chyba znasz, drugi zajmuje się kręceniem jakiegoś filmu, a kolejny pracuje. Tak więc zostałem sam :(

Śmieję się cicho. Jest taki uroczy.

Do: Justin
Muszę lecieć się zbierać, żeby móc ci dotrzymać później towarzystwa. Widzimy się wieczorem, MAŁY :) x

Odkładam telefon na biurko i wracam do pakowania, cały czas uśmiechając się sama do siebie. Jestem przeszczęśliwa, że niedługo go zobaczę. To niesamowite jak mnie omotał, ale ja wcale nie narzekam. Wręcz przeciwnie, jestem zachwycona. 
Dziesięć minut później kończę i idę do łazienki, by wziąć prysznic i doprowadzić się do w miarę normalnego stanu. Zdejmuje z siebie ciuchy i wchodzę do kabiny, puszczając na siebie strumień ciepłej wody. Staram się zrelaksować, ale nie bardzo mi to wychodzi. Spoglądam w dół, a mój wzrok pada na bliznę - największą i najgrubszą, jaka 'zdobi' moje ciało. To ślad po pamiętnej furii ojca. Znajduje się nieco nad kością biodrową i leży pod ukosem. Na biodrze oraz ramionach mam też kilka innych, mniejszych blizn, które nie są aż tak widoczne jak ta nad biodrem. To coś, czego bardzo się wstydzę i czego nikomu nie pokazuję. To znaczy Angie oraz Ian o tym wiedzą, tak samo jak rodzina, ale ilekroć idziemy na plażę lub na basen, zawsze mam na sobie coś, co zakrywa najbardziej oszpecone miejsca. Nauczyłam się już z tym żyć, chociaż nadal troche mi ciężko.
Przerywam te bolesne myśli i skupiam się na myciu. Dzięki temu piętnaście minut później wychodzę z łazienki owinięta w ręcznik i z turbanem na głowie. Wycieram dokładnie swoje ciało, a potem zakładam na siebie wcześniej przygotowane ubrania. Najpierw wkładam świeżą bieliznę, później obcisłe, czarne spodnie oraz dopasowaną bokserkę w tym samym kolorze.
Zabieram kosmetyczkę i wracam do łazienki, gdzie najpierw suszę i prostuję włosy, a potem robię delikatny makijaż, który głównie ma ukryć worki pod oczami. Efekt końcowy nawet mnie zadowala, chociaż w oczach widać moją udrękę. Jak długo to jeszcze potrwa i co ja do cholery mam robić? "Dobrze wiesz..." mruczy moja podświadomość. Och, pierdol się.
 Po dziewiętnastej tata wpada do domu i oznajmia, że odwiezie mnie na lotnisko, tylko musi się przebrać. Zajmuje mu to dosłownie kilka i wraca ubrany w szare spodnie od dresu oraz bluzę w tym samym kolorze. 
- Możemy jechać. Masz wszystko? - pyta, zabierając moje bagaże.
- Tak - odpowiadam i zakładam na siebie ciepły czarny sweter, kozaki w tym samym kolorze i pudrowy szalik. Zabieram torebkę z blatu i wychodzę do garażu, gdzie czekają na mnie tata oraz Gary. Wchodzę do środka, zapinam pas i cierpliwie czekam, aż wyruszymy. Niedługo potem się to dzieje, a ja przez całą drogę na lotnisko milczę. 
Kiedy zatrzymujemy się na parkingu, Gary pomaga nam wyjąć torby, a potem żegna się ze mną ciepło, przytulając do siebie i sprzedając mi kilka życiowych prawd. To miłe z jego strony. Przytulam do siebie białą poduszkę, którą wzięłam ze sobą i ruszam za tatą na terminal. Kilka metrów dalej, gdy wchodzimy do środka widzę kilku mężczyzn, którzy trzymają aparaty i zaczynają krzyczeć, gdy zbliżam się do nich. Pochylam automatycznie głowę, przyciskam poduszkę tak, by zasłaniała mi twarz i chwytam się rękawa taty.
- Pomóż mi - szepczę, a tata oczywiście to robi. Idzie pewnym krokiem przed siebie, torując nam drogę i rzucając co jakiś czas oschłe słowa paparazzim. Oni natomiast nic sobie z tego nie robią i wykrzykuję kolejne pytania.
- Czy ty i Justin nadal jesteście parą?!
- To prawda, że Justin w Nowym Jorku spotkał się ze swoją nową wybranką?
- Przyjechałaś tutaj, by odwiedzić zmarłego brata? 
- Masz depresję?!
Te wszystkie pytania przygniatają mnie i mam wrażenie, że zaraz stracę poczytalność. Serce wali mi młotem, a oddech jest płytki i urywany. Ściskam mocniej rękaw taty,a on łapie mnie za przedramię. Łzy cisną mi się do oczu, ale na szczęście twarz nadal mam zasłoniętą poduszką. 
W końcu znajdujemy się w miejscu, gdzie paparazzi nie mają wstępu. Oddycham z ulgą, ale nadal jestem troche zdenerwowana.
- To jest jakieś szaleństwo - rzuca rozjuszony tata. - Jeśli to tak dalej ma wyglądać, niech ten twój Justin załatwi ci jakąś ochronę.
- Tato... - mówię do niego, wzdychając.
- Ci ludzie mogli wyrządzić ci krzywdę! - warczy, ale nie czuję się urażona. On po prostu się o mnie martwi.
- Daj spokój, tato. Radzę sobie - mamroczę.
- Właśnie widzę - rzuca tata, pocierając czoło.
- Muszę iść na odprawę - mówię cicho i podchodzę, by się z nim pożegnać.
- Uważaj na siebie - szepcze, gdy bierze mnie w ramiona i całuje we włosy. 
- Jak zawsze - śmieję się. - Ty też bądź ostrożny. Kocham cię, tato.
- Ja ciebie też, Faith. - Uśmiecha się tak, jak potrafią to robić tylko rodzice. - Do zobaczenia.

Odprawa mija sprawnie i niedługo potem jestem na pokładzie samolotu. Frekwencja nie jest zbyt duża, więc panuje tu cisza i spokój. Punktualnie o dwudziestej drzwi są zamknięte i pilot oznajmia, że startujemy. Zapinam pasy, układam poduszkę pod głową i staram się zdrzemnąć. O dziwo udaje mi się to.

Lądujemy w LA kilka minut przed 23. Jako jedna z pierwszych opuszczam maszynę i idę po swoje bagaże na terminal. Jestem potwornie zmęczona, a w głowie nadal odtwarzam sytuację z lotniska w Dallas. Skąd ci ludzie wiedzą, kiedy i gdzie się pojawię? To chore i niepojęte.
Po kilku minutach na taśmie pojawiają się moja walizka oraz plecak, więc ściągam je i teraz mogę już iść do wyjścia, gdzie powinien czekać na mnie Gil. Kilkadziesiąt metrów dalej wchodzę na główną halę i widzę ochroniarza, który macha do mnie nieśmiało.
- Cześć, Gil - witam go uprzejmie i uśmiecham się.
- Dobry wieczór. - Kiwa głową. - Ja to wezmę - oznajmia i obiera ode mnie bagaże, za co jestem mu wdzięczna.
- Justin czeka w samochodzie? - pytam nieśmiało, podążając za mężczyzną.
- Tak, panno Wihford. 
- Faith - poprawiam go.
- Och tak, przepraszam. Proszę mi wybaczyć. - Uśmiecha się nerwowo, a ja patrzę na niego przyjaźnie.
- Jasna sprawa.
- Przy wejściu są paparazzi, Faith. 
- Okej - mamroczę niezadowolona, zmniejszając nieco odległość między mną a Gilem. 
- Będę cię ochraniał - oznajmia. 
- Dobrze, dziękuję. 
Rzeczywiście, kilka chwil później oblegają nas paparazzi, robiąc mnóstwo zdjęć i oślepiając mnie fleszami. Łapię się ramienia Gila i staram się ignorować całe to zamieszanie.
- Czy kryzys w waszym związku jest już zażegnany?
- Dlaczego jesteś taka smutna? Co się stało? 
- Czy to prawda, że twój brat zginął na wojnie?
- Twój brat był dla ciebie ważny? Jak bardzo przeżyłaś jego śmierć?
- To prawda, że twój brat zabijał niewinnych ludzi?
Co to do cholery ma znaczyć?! Mam ochotę wrzasnąć na tych wszystkich ludzi, by się zamknęli, ale mam jeszcze na tyle rozsądku, by się powstrzymać. Te pytania doprowadzają mnie na skraj wytrzymałości, a po policzku zdążyła już spłynąć jedna łza. Pochylam głowę i pozwalam im płynąć swobodnie, w nadziei, że aparaty tego nie zarejestrują. W końcu wychodzimy na zewnątrz i widzę samochód, który czeka na podjeździe. Gdy zbliżamy się do niego, drzwi się otwierają i od razu wpadam do środka. Odrzucam poduszkę na bok i od razu wtulam się w Justina, który przez moment wydaje się być zaskoczony moim zachowaniem, ale po chwili mocno oplata mnie ramionami, wciągając na swoje kolana. Moje policzki są mokre od łez, ale teraz mało mnie to obchodzi. Najważniejsze jest to, że Justin mnie trzyma i szepcze do ucha uspokajające słowa. Jednak uświadamiam sobie, że te wszystkie pytania, które rzucali w moją stronę paparazzi na nowo uwolniły ciemność, która od paru dni czyha, by mnie dopaść. O Boże, błagam, nie.
- Przestań już płakać, proszę - mruczy Justin, składając na moim czole kolejny pocałunek. - Co się stało?
- Oni pytali o Todda i zarzucali mu okropne rzeczy - dukam, chowając twarz w jego klatce piersiowej. Jego zapach troche koi mój ból, jednak nie powstrzymuje łez.
Justin nic nie mówi, jedynie ściska mnie mocniej i gładzi moje plecy. Jestem tak potwornie zmęczona i roztrzęsiona. 
- Przepraszam - szepczę i zaciskam powieki. - Nie chciałam.
- Co? - pyta zaskoczony Justin, odchylając się w bok, by móc na mnie spojrzeć.
- Nic, po prostu przepraszam. - Kręcę głową i pociągam nosem. Justin nie pyta mnie już o nic, po prostu pozwala mi płakać, a ja z wyczerpania zasypiam gdzieś w drodze do jego domu. 

Czuję, że mi za gorąco i bardzo boli mnie ciało. O nie, to wróciło i tak jak zawsze nie jestem w stanie się obudzić. Zaczynam ciężko dyszeć, a przed sobą nagle widzę jego. Znów jest naćpany. Wiem, bo wyczuwam ten sam charakterystyczny zapach, który przyprawia mnie o mdłości. Zaczynam drżeć, a on podnosi rękę i chwilę potem opuszcza ją na moją twarz, zadając mi potwornie bolesny cios. Z mojego gardła wydobywa się cichutki jęk. To dopiero początek. Czuję silne szarpnięcie w klatce piersiowej, przez co automatycznie zwijam się w kulkę. A potem jest następny cios, i następny, i następny. Krzyczę, już się nie powstrzymuję. Najgorsze jest to, że jestem tego wszystkiego świadoma, a jednak ciemność nie pozwala mi się wyrwać z jej silnych objęć. Nagle w tym całym obłędzie uświadamiam sobie jeszcze straszniejszą rzecz - świadkiem tego wszystkiego jest Justin.
Zaczyna być mi wstyd i tak bardzo nie chce, by to widział, ale to tylko pogarsza sprawę. Zaczynam płakać, głośno wyć, kiedy przed moimi oczami pojawia się widok martwego ciała Todda spoczywającego w trumnie. Nie mogę się wyrwać z tej ciemności, która chce mnie zabić.
A potem czuję jak blizny na moim ciele zaczynają mnie wściekle piec i to jest tak potworny ból, że ledwie jestem w stanie go znieść. Ciemność ma nade mną władze, przegrałam.

Nie mam pojęcia ile czasu mija, ale z obłędu wyrywa mnie silne potrząsanie i krzyk kogoś, kogo głos znam. Przez jakiś czas czuję szarpanie, aż w końcu otwieram gwałtownie oczy, ciężko dysząc. Widzę nad sobą Justina, który jest równie przerażony co ja. 
- Boże, Faith - wzdycha i przyciąga mnie do siebie, tuląc mocno. - To było straszne. Wszystko gra?
Nie ruszam się, ani nic nie mówię. Pomału odzyskuję świadomość i normalny oddech. 
- Skarbie? - Justin ponownie się odzywa i patrzy na mnie z troską, ale również strachem.
- Przepraszam. - Tylko tyle udaje mi się z siebie wyrzucić. Odsuwam się od chłopaka i dostrzegam, że leżę w jego łóżku w samej bieliźnie. On natomiast jest nadal ubrany i wygląda, jakby nie kładł się spać. Zerkam na siebie raz jeszcze i moje dłonie automatycznie wędrują do blizn, starając się je ukryć. Nie, nie chce, żeby to widział. Odejdź.
- O co chodzi? - pyta chłopak, marszcząc brwi i skupiając uwagę na moich dłoniach.
- Zostaw - mamroczę i chcę naciągnąć na siebie kołdrę, ale Justin skutecznie mnie powstrzymuje.
- Co tam jest? - Wiem już, że nie zamierza odpuścić.
- Zostaw, proszę - jęczę żałośnie i zamykam oczy. Justin delikatnie ujmuje moje dłonie, ukazując tym samym szpetotę mojego ciała.
- O Boże - wyrywa mu się. Jest zszokowany, to nic dziwnego. Sama bym była, gdybym ujrzała coś tak obrzydliwego. - Skąd?
- Ojciec - szepczę ledwie słyszalnie i nagle z moich oczy wypływają łzy. Leżę sztywna, cały czas mając mocno zamknięte powieki, jak gdybym w ten sposób broniła się przed bólem.
Słyszę jak Justin wciąga powietrze, a potem dzieje się coś nieprawdopodobnego. Na najgrubszej bliźnie czuję usta Justina, które składają na niej czuły, delikatny pocałunek. Nie mam odwagi, by otworzyć oczy. Zaciskam dłonie w pięści i staram się uspokoić oddech oraz drżenie całego ciała. Później czuję wargi Justina na każdej bliźnie z osobna, która jest na moim biodrze, a potem przenosi się na ramiona. To jest tak intymne i niesamowite, że z moich oczu wylewają się kolejne łzy. Justin ostrożnie gładzi moje ciało, w ten sposób wyrażając szacunek i uwielbienie. Chryste, tak bardzo go kocham.

~*~

Przepraszam, że dopiero teraz. Dziękuję, że poczekaliście. 
Rozumiem wasze rozdrażnienie i bardzo mi z tego powodu przykro, ale czasem po prostu nie jestem w stanie zrobić wszystkiego. Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną mimo wszystko i jakoś przyjmiecie moje wady. Jesteście dla mnie bardzo ważni.
A co do rozdziału, podobał się, czy nie? Czego spodziewacie się w nowym rozdziale?  Czekam na wasze opinie! 
Love,
V.

niedziela, 1 marca 2015

Rozdział 15

"Riddin"



Krew odpływa mi z twarzy, a w ustach czuję suchość. To jakiś koszmarny żart.
- Jak to? - wyrzucam z siebie i wbijam wzrok w pustą przestrzeń przed sobą. 
- Wiem, sam jestem w szoku - wzdycha tata. - Nie mam pojęcia czego chce, ale Mandy jest bardzo niespokojna. Uznaliśmy, że będzie lepiej, jeśli wyjedzie z Gracie z Dallas.
- Tak. - Mrugam szybko. - Tak macie rację. Kiedy wylatują?
- Zarezerwuję im lot na dzisiejszy wieczór, dobrze?
- Pewnie, przyjadę po nie. Jak długo mają zostać? - Jestem zaskoczona, że w takim roztrzęsieniu zachowuję taką trzeźwość umysłu.
- Jak długo będzie trzeba - odpowiada Brian smutnym głosem. - Przepraszam, Faith. Wiem, że masz teraz dużo na głowie...
- Przestań, tato - przerywam mu. - Nic się nie stało, jasne? Sytuacja tego wymaga, a ja jestem szczęśliwa, że mama tu przyjedzie. Tylko co z tobą?
- Muszę się dowiedzieć co zamierza twój ojciec, Faithie. Będzie dobrze, dam sobie radę.
- Tato, wiesz, że to niebezpieczny człowiek... - mówię cicho, kompletnie zapominając, że w pokoju jest również Justin i cały czas się na mnie patrzy. - Boję się o ciebie.
- Skarbie, jestem dorosłym mężczyzną i w dodatku głową rodziny, więc w moim obowiązku leży zapewnienie wam bezpieczeństwa. Poradzę sobie z Ricardo, zaufaj mi.
Wzdrygam się na dźwięk imienia mojego biologicznego ojca. Od razu przed oczami staje mi jedna z wielu sytuacji, kiedy bił mamę. A potem, kiedy bił mnie. O Boże, nie. 
- Chciałabym... - mruczę otępiała.
- Faith, muszę kończyć. Mama skontaktuje się z tobą wieczorem. Trzymaj się, skarbie. Kocham cię. - W jego głosie słyszę troskę i miłość. Tęsknię za nim.
- Ja ciebie też. - Po tych słowach tata się rozłącza, a ja zaczynam analizować to wszystko, czego przed chwilą się dowiedziałam. Robi mi się słabo, kiedy uświadamiam sobie, że mój ojciec, człowiek, którego z całych sił starałam się wyprzeć z pamięci, nagle o sobie przypomniał. Podnoszę wzrok i zatrzymuję go na Justinie stojącym przy łóżku.
- Co się stało? - pyta, przyglądając mi się nieufnie. Nadal jest na mnie wściekły, ale w tej chwili mam to totalnie gdzieś. Trzymam telefon w zaciśniętej ręce i nie wiem co mam powiedzieć ani zrobić. Ogarnął mnie paraliż, a serce zaczyna bić w szaleńczym tempie. Nie, nie, nie. Błagam, niech to będzie sen. Przenoszę wzrok na nagie nogi i wciągam głośno powietrze, w przerażeniu uświadamiając sobie kolejny bolesny fakt.
- Widziałeś - szepczę i zrywam się z łóżka, po czym nie zwlekając ani chwili, ruszam biegiem do łazienki.
- Co? Co ci się dzieje? - W jego głosie słyszę konsternację, ale nie jestem w stanie mu niczego wyjaśnić. On widział. To nie dobrze. Czuję, jak po raz pierwszy od tak długiego czasu ta sama przerażająca ciemność chce mnie zabrać. Nie, nie teraz. Błagam, zostaw mnie. Potrzebuje zimnego prysznica, natychmiast.
Wpadam do pomieszczenia i zamykam za sobą drzwi. Natychmiast ściągam z siebie bieliznę i wchodzę do kabiny, gdzie puszczam na siebie strumień zimnej wody. Opieram się o ścianę, zamykam oczy i pozwalam wodzie moczyć moje ciało i włosy. Cała drżę, ale nie z zimna, lecz ze strachu i tego, że znów czuję się słaba. Wszystkie wspomnienia w jednej chwili do mnie wróciły. Czuję ból, który ojciec zadał mi kilkanaście lat temu. Jest na tyle silny, że z mojego gardła wydobywa się jęk, a potem nagle, zupełnie niepowiewanie zaczynam płakać. Osuwam się na płytki i chowam twarz w dłoniach, starając się pamiętać o oddychaniu. Ogarnia mnie przerażenie, które mnie paraliżuje, zaczynam się bać wszystkiego dookoła, włącznie z samą sobą. To ten sam stan, który prześladował mnie przez kilka dobrych lat i do którego tak bardzo nie chciałam nigdy wracać. A jednak, wystarczył jeden telefon, jedna informacja i znów wpadłam w to samo. Nie! Nie po to tyle z tym walczyłam, żeby znów wrócić do punktu wyjścia. "Oddychaj, Faith. Jesteś tu bezpieczna, już nic ci nie grozi. Jesteś dorosła, potrafisz sobie z tym radzić. On jest od ciebie zbyt daleko, by cię skrzywdzić. Dasz sobie radę, już raz to zrobiłaś" - powtarzam te słowa w głowie niczym mantrę, w kółko i w kółko. Nie mam pojęcia ile czasu mija, gdy postanawiam wstać i jakoś się umyć, ale jestem pewna, że dobrych kilkanaście minut. Zimna woda nie robi na mnie wrażenia, ponieważ to ostania rzecz, na której się skupiam. Poruszam się w otępieniu, wykonując mechaniczne ruchy, które nie ukrywam, z każdą chwilą sprawiają mi coraz więcej trudności. Jestem na siebie wściekła, że pozwalam temu znów na mnie wpłynąć, ale nie mam w sobie ani krzty siły, by z tym powalczyć. W końcu wychodzę z kabiny, szukam ręcznika i owijam się nim, na włosach zawiązując turban. Staję przed lustrem i przyglądam się swojemu odbiciu - blada, przepełniona lękiem i bólem dziewczyna to to co widzę i szczerze mówiąc wcale mi się to nie podoba. Muszę wziąć się w garść, w końcu jestem w domu Justina, który swoją drogą pewnie ma mnie już za wariatkę, przez to co przed chwilą odstawiłam. Trzeba jakoś z tego wybrnąć, ale jeszcze nie wiem jak. Mam nadzieję, że nie będzie na mnie naciskał, nie jestem chyba jeszcze gotowa na tak szczerą rozmowę z nim. Boże, dlaczego to wszystko musi się dziać akurat teraz? 
Łapię szczoteczkę Justina i myję nią zęby, a następnie wycieram ciało, wcieram w nie znaleziony w szafce balsam i w końcu zakładam na siebie wiszący koło drzwi beżowy, puszysty szlafrok. Hm, chyba należy do Justina, bo nim pachnie. Uśmiecham się blado sama do siebie i po raz ostatni patrząc na swoje odbicie, wychodzę z łazienki. 
Gdy tylko zamykam za sobą drzwi, Justin wstaje od biurka, przy którym pewnie pracował i zbliża się do mnie.
- Wszystko w porządku? - pyta łagodnie, jakby cała jego wściekłość nagle z niego uleciała. 
- Jesteś na mnie zły - odpowiadam cicho, zakładając pasmo mokrych włosów za ucho.
Justin unosi brew i patrzy na mnie przez chwilę w milczeniu, jakby zastanawiając się nad moimi słowami. Przecież nie powiedziałam niczego odkrywczego.
- Owszem, jestem, ale mam do tego powód. Zachowałaś się nieodpowiedzialnie - mówi w końcu. - Ostrzegałem cię, a ty obiecywałaś, że będziesz ostrożna. W efekcie upiłaś się i pozwoliłaś zrobić sobie zdjęcia z przyjacielem w dosyć dwuznacznej sytuacji. - Podnoszę wzrok i już wiem, że złość na mnie wróciła. Ale cieszę się,  przynajmniej nie skupi się na moim poprzednim wybuchu.
- Tak, wiem - szepczę. - Byłam taka zła na ciebie, na siebie, na wszystkich... Przepraszam. - Tylko tyle mogę zrobić, raczej wątpię, by moje tłumaczenia mu się na coś przydały.
- W porządku - wzdycha z rezygnacją, cały czas wodząc za mną wzrokiem, gdy siadam na brzegu łóżka. - Ale proszę cie, na przyszłość oszczędź moim piarowcom pracy w środku nocy. 
- Słucham? - pytam zaskoczona. Te zdjęcia wymagały aż takiej interwencji?
- Faith, byłaś kompletnie pijana, a jak już zdążyłaś zauważyć, ludzie cię rozpoznają. Zaufaj mi,  gdyby nie moi ludzie, czytałabyś rano w brukowcach o swoich wyczynach - mówi, nie ukrywając zniesmaczenia. - Po prostu następnym razem kiedy będziesz chciała się upić, poinformuj mnie o tym, a najlepiej bądź wtedy w moim towarzystwie. Chociaż szczerze mówiąc nie chcę, abyś w ogóle doprowadzała się do takiego stanu.
- Co? Dlaczego? - To głupie pytania, które niekontrolowanie wychodzą z moich ust.
Justin nieśpiesznie podchodzi do mnie, po czym nachyla się tak, że muszę położyć się na łóżku. Kładzie obie ręce po bokach mojej głowy i przez chwilę patrzy mi w oczy. Jestem pewna, że nadal w nich widać ten sam strach i zagubienie, które dotknęły mnie po telefonie taty.
- Bo nie lubię, kiedy moja kobieta stanowi zagrożenie dla samej siebie - mruczy, a na jego twarzy widać szczerość i powagę. Słysząc te słowa mam ochotę rozpłakać się z dwóch powodów - po pierwsze dlatego, że nazwał mnie swoją kobietą, a po drugie dlatego, że on nie ma pojęcia, że tak naprawdę całe życie igrałam z ogniem. Ale nigdy mu o tym nie powiem, bo boję się, że gdy pozna prawdę, straci do mnie szacunek i będzie się mną brzydził. Ja sama sobą się brzydzę, kiedy wspominam tamte lata. On nie może o tym wiedzieć, nikt nie może. To moja tajemnica, którą chronię jak największy skarb świata. Obrzydliwy skarb.
- Chodź, zjemy coś - odzywa się nagle i szybko cmoka mnie w usta, a potem podnosi się i wyciąga do mnie dłoń, by pomóc mi wstać. Gdy to robię, splata nasze palce ze sobą i wychodzi z pokoju. Na dole słyszę grającą muzykę, przez co wydaje mi się, że ktoś jest w kuchni.
- Jest ktoś jeszcze w domu? - pytam cicho, idąc posłusznie za Justinem.
- Teraz został tylko Carter - odpowiada spokojnie. - Wcześniej byli tu Za i Ryan.
O kurwa. Widzieli mnie w takim stanie? Chryste, jaki wstyd. 
- Dlaczego Carter jest tu dzisiaj? Przecież jest niedziela. - Na razie nie mam odwagi spytać o przyjaciół Justina.
- Już ci mówiłem, że czasem tu pracuje w weekendy. Ale rzeczywiście, miało go tu nie być. Jednak po wczorajszych wydarzeniach, doszedłem do wniosku, że będzie mi tu rano potrzebny, żeby ci coś ugotować pożywniejszego do zjedzenia. Poza tym wiedziałem, że będziemy długo spać. To znaczy ty, bo ja zdążyłem już poćwiczyć i zjeść śniadanie.
- Chwila, to która jest godzina? - pytam, zatrzymując się.
- Dochodzi pierwsza - oznajmia, posyłając mi rozbawione spojrzenie. 
- O boże - mamroczę i cała się czerwienię. Narobiłam sobie ogromnego wstydu.
- Musiałaś odespać - mruga do mnie znacząco, a ja uderzam go w ramię.
- Skończysz mi to wypominać? - pytam rozjuszona. Niech nie zachowuje się jak małe dziecko. A może to ja się tak zachowuję?
- Pewnie tak, ale sądzę, że Za i Ryan też trochę ci nawrzucają - śmieje się i przyciąga mnie do siebie, tak że opieram się teraz o jego klatkę.
Świetnie, czyli jednak mnie widzieli. Czy mogę już zapaść się pod ziemię?
- Byli tu, kiedy przyjechaliśmy? 
- Nie skarbie, oni byli ze mną, kiedy po ciebie przyjechałem - odpowiada, zaczynając śmiać się jeszcze bardziej. 
- Czyli oni ...
- Xavier zajął się Angie, bo ona też nie była w najciekawszym stanie, a Ryan przez jakiś czas upewniał się, że oddychasz, kiedy ja musiałem wrócić do środka, żeby porozmawiać z Eddiem - wyjaśnia, uprzedzając moje pytanie.
- Z Eddiem? Po co? 
- On jako jedyny był w miarę normalnym stanie, a ktoś musiał wziąć do domu pozostałą dwójkę twoich przyjaciół. 
- Och - wzdycham i chowam twarz w zagłębieniu szyi Justina. - Tak mi wstyd. Przepraszam...
Justin jeszcze raz zaczyna się śmiać, ale oplata mnie ramionami w pasie i całuje we włosy.
- Trudno kochanie, każdemu się zdarza - mruczy i kołysze nami zabawnie. - Chodź, jestem głodny. - Jego ton przypomina głos kilkuletniego chłopczyka, przez co wybucham śmiechem. 
Schodzimy spokojnie po schodach, cały czas trzymając się za ręce i rozmawiając na luźne tematy. Gdy przechodzimy obok dużego lustra w przedpokoju, zerkam na nasze odbicie i uśmiecham się lekko. Ja owinięta w ciepły szlafrok, a on nagi od pasa w górę, dzięki czemu mogę podziwiać jego umięśnione plecy oraz ręce. Chciałabym kiedyś poznać historię jego tatuaży, ponieważ bardzo mnie intrygują. 
- Dzień dobry, panno Wihford - wita mnie Carter, gdy wchodzimy z Justinem do kuchni.
- Cześć Carter - odpowiadam z uśmiechem. - I proszę, mów do mnie Faith. 
- Faith - rzuca przyjaźnie kucharz i mruga do mnie.
- Carter, zajmij się przygotowywaniem jedzenia, a nie podrywaniem Faith - ruga go Justin i pociąga mnie do pocałunku.
- Przepraszam, panie Bieber - wzdycha kucharz. - W zasadzie to wszystko już gotowe.
- No widzisz? - pytam retorycznie, patrząc na Justina znacząco. - Więc przestań być zazdrosny i niemiły dla Cartera. 
- Zazdrosny? - Justin ściąga usta w cienką linijkę.
- Tak, zazdrosny - mruczę i cmokam go w policzek.
- Nie jestem zazdrosny. Po prostu...
- Po prostu się przyznaj - śmieję się i zarzucam mu ręce na szyję.
- To ja już państwa zostawię samych. Wszystko jest na blacie - rzuca pośpiesznie Carter i opuszcza kuchnię.
- Dobry wybór - mruczy Mój Zazdrośnik i kładzie ręce na moich biodrach. - Więc mówisz, że jesteś głodna? - pyta, po czym przyciska swoje usta do moich.
- Mhm. - Kiwam głową i odpowiadam na każdy jego pocałunek, a gdy przejeżdża językiem po mojej dolnej wardze, prosząc w ten sposób o pozwolenie, z wielką ochotą mu je daję. Jestem bardzo szczęśliwa, że po jego wcześniejszej złości nie ma już śladu. Nie lubię, kiedy się na mnie wścieka.
- Zdaje się, że ja też - dyszy, gdy odrywa się ode mnie i cofa mnie cały czas w tył, aż w końcu wpadam na blat. - Z każdą sekundą coraz bardziej. - Przenosi usta na moją szyję i składa na niej mokre, gorące pocałunki, które odbijają się echem w całym moim ciele . Och, ciepło mi. Wplatam palce w jego włosy i lekko pociągam za końce, rozkoszując się dotykiem jego cudownych ust. Nagle czuję, jak Justin zaczyna ssać skórę na mojej szyi. Jest to tak niespodziewane i dziwne uczucie, że z mojego gardła wydobywa się niekontrolowany jęk, który pobudza go jeszcze bardziej.
- Justin! - piszczę i z całych sił staram się go od siebie odsunąć. On jednak nie daje za wygraną i jeszcze przez kilka sekund zasysa skórę w wybranym miejscu.
- Przestań! - odpycham go, ale on cały czas trzyma mnie w talii. Po chwili jednak odrywa usta i bardziej czuję niż widzę jak uśmiecha się, podziwiając swoje dzieło. 
- Jest śliczna - śmieje się i składa jeszcze czuły pocałunek na malince, która teraz niechlubnie zdobi moją szyję.
- Za to ty jesteś głupi - syczę i odpycham go od siebie, w końcu skutecznie. Siadam na krześle barowym i wlepiam wzrok w lunch, który przygotował nam Carter.
- Po prostu zaznaczyłem swój teren - odpowiada z bezczelnym uśmiechem na ustach. Widząc to przewracam oczami i biorę szklankę do ręki, by napić się wody.
- Mógłbyś dobierać słowa nieco bardziej, hmm... wyrafinowanie? Nie wiem czy podoba mi się świadomość, że jestem terenem - warczę, ale na moich ustach błąka się uśmieszek.
- No przestań już - śmieje się  Justin i siada obok mnie. - Zobaczysz, też ci się spodoba. Naprawdę wyszła mi ładnie - mówi z dumą w oczach. Mój mały chłopiec.
- Mnie może rzeczywiście przypadnie do gustu, ale nie jestem pewna co na to mój szef - rzucam, posyłając mu karcące spojrzenie.
- Będzie wiedział, że już do kogoś należysz- odpowiada, wzruszając ramionami i łapiąc za sztućce.
- Zdaje się, że cały świat o tym wie - mówię i kręcę głową, po czym nabijam na widelec kawałek kurczaka i pomidorka koktajlowego.
- Z tego też się cieszę. - Szczerzy się i bierze kęs grzanki. - Mogę cię o coś spytać? 
- Jasne. - Uśmiecham się i przechylam głowę w oczekiwaniu.
- Po co twój tato do ciebie dzwonił? - I cała ta dobra atmosfera poszła się pieprzyć.
Biorę głęboki oddech i skupiam się na tym, żeby mu odpowiedzieć.
- Pytał czy mama i siostra mogą do mnie przyjechać na parę dni - mówię i cieszę się, że mój głos jest spokojny.
- I?- Unosi brwi.
- Zgodziłam się, oczywiście, że tak - odpowiadam, odwracając wzrok.
- Więc kiedy przyjeżdżają? 
- Dzisiaj wieczorem wylatują z Dallas. 
- Będę mógł je poznać? - Tym pytaniem poważnie mnie zaskakuje, ale jednocześnie powoduje mały uśmiech i uścisk w sercu.
- Eee... jeśli tylko masz taką ochotę, to dlaczego nie. - Uśmiecham się do niego i patrzę z wdzięcznością, chociaż nie wiem do końca dlaczego. To urocze, że chce poznać mamę i Gracie. Justin i dzieci, hmm... To może być interesujące. 
- W takim razie, bardzo się cieszę. - Justin odwzajemnia uśmiech i mruga do mnie zadowolony. 
Potrząsam głową rozbawiona jego zachowaniem, po czym zabieram się za jedzenie pysznej sałatki, którą przygotował dla mnie Carter. To naprawdę mistrz w swojej sztuce. 
- Dlaczego chcą tu przyjechać? - pyta po chwili Justin, a ja prawie krztuszę się jedzeniem. Cholera, liczyłam, że nie zada tego pytania. Przynajmniej nie teraz.
- Cóż, sytuacja tego wymaga - odpowiadam dyplomatycznie, mając nadzieję, że odpuści. 
Jednak on wbija we mnie wzrok i obraca się na krześle tak, że siedzi całkowicie zwrócony w moją stronę.
- Co? - pytam, marszcząc brwi.
- Tylko tyle zamierzasz mi powiedzieć? - W jego głosie słyszę zaskoczenie i chyba rozczarowanie. 
- Póki co, tak - rzucam i wbijam wzrok w jedzenie, tracąc apetyt. 
- Póki co? - prycha, krzywiąc się. - A co to, jakaś tajemnica państwowa? Naprawdę mi nie powiesz po co tu przyjeżdża?
- Wiesz tyle, ile powinieneś wiedzieć - odpowiadam cicho, starając się opanować oddech.
- Czyli muszę sobie zasłużyć, żebyś mi powiedziała prawdę? - Ton jego głosu zaczyna mi cholernie działać na nerwy.
- Nie - warczę, po czym wciągam powietrze przez nos.
- No to o co chodzi?
- O nic. Po prostu przestań drążyć ten temat - rzucam i błagam go w myślach, żeby mnie posłuchał.
- Bo co? - pyta, a ja podnoszę na niego zbolałe, rozjuszone spojrzenie.
- Bo cię o to proszę - syczę, po czym zeskakuję ze stołka i zmierzam w kierunku wyjścia z kuchni.  Mam ochotę zacząć krzyczeć ze złości i bólu. Rozumiem, że Justin chciał poznać powód przyjazdu mojej mamy, ale ja naprawdę nie jestem w stanie wyśpiewać mu od razu całej historii swojego życia. To dla mnie na tę chwilę zbyt dużo. Powinien uszanować moje zdanie.
Wpadam do sypialni Justina i w kilka sekund lokalizuje swoje ubrania. Zakładam na siebie wczorajszą bieliznę, a potem sukienkę, kimono i buty. Włosy zdążyły już przeschnąć, więc rozczesuje je wcześniej znalezionym grzebieniem, lekko mierzwię i pozwalam opaść na ramiona. Podchodzę do stolika, na którym leży mój telefon i zabieram go stamtąd. Teraz dopiero zauważam, że mam trzy nieodczytane wiadomości.

Od: Angie
Cześć, mała. Jak się czujesz? Bo ja ledwo żyję. Mam nadzieję, że wszystko w porządku. Całusy.
Ps. Odezwij się, jak wstaniesz. 

Kolejny jest od Eddiego.

Od: Eddie
Troche za bardzo pobalowaliśmy, co mamacita? Żyjesz jeszcze, czy szanowny pan Gwiazda zdążył cię już zamordować za wczoraj? Odezwij się! Muszę ci się czymś pochwalić.

Ostatni sms to zwykły spam. Wzdycham ciężko i odpisuję najpier Angel.

Do: Angie
Hej. Czuję się do dupy - fizycznie i psychicznie. Mam nadzieję, że nigdzie się dziś nie wybierasz. Muszę z tobą pogadać. Myślę, że niedługo powinnam być w domu. Do później.

Wysyłam wiadomość, a później wystukuję nową do Eddiego.

Do: Eddie
Żyję, chociaż mam wrażenie, jakbym miała za chwilę przestać. Pana Gwiazdę już mam z głowy, chyba mi nie zagraża ;) O co chodzi? Czym chcesz się pochwalić? Postaram się później zadzwonić.

Klikam przycisk 'wyślij' i chowam telefon do torebki, gdy nagle do pokoju wchodzi Justin.
- Faith... - zaczyna. - Przepraszam.
- W porządku - odpowiadam z rezygnacją w głosie i zamykam na chwilę oczy. 
- Ja naprawdę... Chwila, co? - Jest zaskoczony moją reakcją. Zapewne spodziewał się mojego wybuchu, ale ja po prostu zwyczajnie nie mam na to dziś siły. 
- Powiedziałam, że jest okej. - Wzruszam ramionami. - Wiem, że zachowuję się dziwnie, ale daj mi trochę czasu. To co się teraz dzieje w moim życiu, zaczyna mnie troche przerastać i próbuję sobie jakoś z tym radzić. Chcę powiedzieć ci prawdę, ale to nie jest dla mnie proste. Nie pytaj dlaczego, po prostu to uszanuj, dobrze? - pytam z nadzieją w głosie, siadając na łóżku. Boże, jaki ten dzień jest pochrzaniony. 
- Dobrze. - Kiwa głową i podchodzi bliżej, kucając przede mną i łapiąc mnie za dłoń. - Nie chcę cię do niczego zmuszać. Przepraszam, zachowałem się jak wścibski kretyn.
- Nie zaprzeczę  - mówię cicho, wbijając wzrok w nasze dłonie. 
- Dzięki - rzuca z sarkazmem Justin. - To jak? Wszystko jest już okej? 
- Tak - odpowiadam i zamykam oczy. Czuję się fatalnie i marzę o powrocie do łóżka. Obojętnie czyjego. 
- Hej - mruczy Justin, po czym podnosi się i siada obok mnie, a potem czuję, jak wciąga mnie na swoje kolana. - Uśmiechnij się - prosi, a ja nie mogę mu odmówić. Potrafi być taki słodki i uroczy, gdy wcześniej zachowywał się jak palant. To bzdura, że faceci wcale nie są skomplikowani. Ależ oczywiście, że są. Szczególnie taki Justin Bieber, ciekawy przypadek.
- Chcesz już wracać? - pyta po chwili, kładąc dłoń na moim nagim do połowy udzie.
- Tak. - Kiwam głową i uśmiecham się blado. 
Justin patrzy na mnie przez chwile bardzo spokojnie i łagodnie,  po czym kładzie dłoń na moim policzku i zaczyna go delikatnie gładzić.
- Coś mi mówi, że ta twoja prawda nie należy do najłatwiejszych - mówi w końcu, trafiając tymi słowami w samo sedno.
Milczę, wpatrując się w niego. Ma rację, już zgadł. Ale to nie było trudne, zważywszy na to, jak szybko znikł mój humor, gdy wszedł na temat porannego telefonu. Wzdycham cichutko i całuję go w nos, po czym schodzę z jego kolan. 
- Odwiozę cię - mruczy i również wstaje. Podchodzi do szafy, z której wyciąga zwykły biały podkoszulek i zakłada go na siebie, zakrywając tym samym jego umięśnioną klatkę. 
- Dobrze - odpowiadam i podaję mu dłoń, gdy do mnie podchodzi.

Jedziemy autostradą US 101 oboje pogrążeni w swoich myślach. Wiem, że chcę, by Justin znał prawdę, ale muszę sobie to jakoś poukładać. Nie chcę od niego litości, gdy pozna moją historię, to w niczym nam nie pomoże. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że on zasługuje na choćby szczyptę wyjaśnienia. Och, słodki Jezu, nie tak to sobie wyobrażałam. " W ogóle sobie tego nie wyobrażałaś, złotko" wzdycha moja prawie zapomniana podświadomość i jak zwykle ma rację.
Obracam głowę i przyglądam się Justinowi, który w skupieniu prowadzi samochód. Robi to z lekkością i swobodą, czemu się trochę dziwne, ponieważ jego białe ferrari pędzi z zawrotną prędkością po autostradzie. Opieram głowę o szybę i podziwiam jego piękny profil - prosty nos, idealnie wykrojone, pulchne usta, długie rzęsy... O rany, czym ja sobie zasłużyłam na tego Adonisa? Powinnam powoli zazdrościć samej sobie, ale to niezdrowe.
Ciszę między nami zakłóca radio, które gra cicho w tle i dzięki temu nie jest niezręcznie. Naglę słyszę w głośnikach takty jednej z moich ulubionych piosenek. Szczerzę się i cicho piszczę, po czym podkręcam dźwięk, łapiąc za to zdziwione spojrzenie Justina. Ignoruję je i zaczynam śpiewać wesoło pierwsze wersy piosenki.
- I want to be your object, of your affection. Give me all your time, touch, money, and attention...
Nie przejmuję się, że Justin może wyśmiać moje umiejętności wokalne. Uwielbiam ten kawałek i mam prawo trochę się przy nim wyluzować. 
- He’s rich and I’m wishin’, um, he could be my Mister Yum. Delicious to the maximum, chew him up like bubble gum... - kontynuuję i orientuję się, że ten tekst jest tak naprawdę bardzo adekwany do tego, co myślę w stosunku do Justina. Uśmiecham się jeszcze bardziej i patrzę na niego, a wtedy on poważnie mnie zaskakuje.
- Uh, uh, catch me ridin’ like a bitch. Got the six forty-five, catch me ridin’ with my bitch. Uh, long hair, Faithie, that’s my bitch. Uh, You can tell by the swagger and the lips, uh - rapuje razem z Asapem, a ja zaczynam się śmiać, gdy słyszę, że zmienił imię Lany na moje. 
Na jego ustach również pojawia się uśmiech, a ja czuję ciepło na sercu. To sytuacja, która na długo zapisze mi się w pamięci. 
- You say that I am flawless, true perfection, so give me all your drugs, props, money, and connections. Pick me up after school, actin’ kinda shady. You’re the coolest kid in town, I’m your little lady. Your sick and I’m kissin’ him, magical musician, how I’m drivin’ at the cinema, lovin’ him and lickin’ him. He’s my love, the life saver, don’t step on my bad behavior - śpiewam całą zwrotkę z ogromną radością i zaczepiam Justina, gdy słowa mi na to pozwalają. 
On potrząsa głową i znów zaczyna rapować, a gdy wymawia moje imię, kładzie dłoń na moim kolanie i lekko je ściska. Posyłam mu spojrzenie spod rzęs i zagryzam wargę, wczuwając się w rolę, jaką przedstawia Lana w piosence. 
- Uwielbiam ten kawałek - piszczę, gdy muzyka cichnie i klaszczę w dłonie, patrząc na Justina. On też wygląda na szczęśliwego.
- Nie spodziewałem się tego - śmieje się. - Też go lubię. 
Posyłam mu szeroki uśmiech i mrużę oczy. 
- Jesteś niesamowicie słodka - dodaje po chwili i posyła mi łobuzerki uśmiech. 
Nie mogę się powstrzymać i odpinam pas, po czym nachylam się i całuję go w policzek, zupełnie go tym zaskakując. 
- Rób tak dalej, a skończymy w rowie - rzuca ostrzegawczo, ale wyczuwam jak się uśmiecha. 
Chichoczę radośnie i jeszcze raz cmokam jego miękki policzek. Mm, pysznie. Siadam z powrotem w fotelu, zapinam pas i podciągam jedną nogę pod siebie. Nabieram powietrze do płuc i wtedy słyszę w radiu As Long As You Love Me Justina. Przerzucam szybko wzrok na niego i widzę jak mina mu rzednie, po czym wyciąga rękę, by wyłączyć radio.
- Nie - mówię ostro, chociaż wcale tego nie planowałam. - Zostaw. 
Justin waha się przez chwilę, ale w końcu odpuszcza. To za ładna piosenka, żeby ją wyłączyć. Wsłuchuję się w głos Justina oraz w każde słowo, które wypływa z jego ust. Zamykam oczy, opieram głowę o zagłówek i lekko się uśmiechając, wczuwam się w ten utwór. Jeśli miałabym wybrać moich pięć ulubionych kawałków, nagranych przez niego, bez wątpienia ta piosenka znalazła by się w ścisłej czołówce. 
Mija pierwsza zwrotka oraz refren, a Justin wciąż milczy. Nie wiem czy jest zły, czy skrępowany, ale aktualnie mam to gdzieś. Nucę pod nosem drugą strofę piosenki, moją ulubioną zresztą i podciągam pod siebie drugą nogę, tak, że siedzę teraz po turecku. Gdy nadchodzi wers "Oh, we don't need no wings to fly. Just take my hand..." Justin robi dokładnie to, o czym śpiewa. Chwyta moją lewą dłoń, a zanim zdążę otworzyć oczy i zarejestrować to co się dzieje, on przyciska do niej swoje usta. Jego wzrok jest pełen pożądania i siły, która mnie onieśmiela. Mrugam kilkakrotnie i wypuszczam powietrze z ust, które nieświadomie wstrzymywałam. Atmosfera między nami w momencie uległa drastycznej zmianie. Justin całuje moją rękę raz jeszcze, po czym splata nasze palce i kładzie sobie na udzie. Uśmiecham się delikatnie i rozkoszuję się ciepłem jego ciała. Ta sytuacja była bardzo słodka, ale również pełna... właśnie, czego? Determinacji? Potrzeby? Uczucia? Nie mam pojęcia, ale wiem, że to było coś niesamowitego. Jego oczy wtedy... Och, czuję, że będą mi się śnić po nocach.
Nawet nie wiem kiedy piosenka się kończy. Aktualnie słyszę w głośnikach głos jakiejś młodej kobiety, która śpiewa o pragnieniu posmakowania szaleńczej miłości. Myślę przez chwilę nad jej słowami, ale wtedy ogarnia mnie dziwne uczucie zobowiązania wobec Justina. On oczekuje prawdy, więc muszę mu ją dać. Może nie od razu całą, ale w małych dawkach, czemu nie?
- Brian nie jest moim biologicznym ojcem - mówię pewnym głosem, po kilkunastu minutach ciszy między nami. 
- Co? Jak to? - Justin marszczy brwi, wyraźnie podłapując temat.
- Mama związała się z nim, gdy miałam kilka lat - zdradzam.
- A co z twoim prawdziwym tatą? 
- Cóż, nasz relacja jest bardzo skomplikowana - odpowiadam wymijająco, jednak tym razem nieco bardziej wylewnie. 
- Mogę wiedzieć, dlaczego? - pyta ostrożnie, a ja cieszę się, że nie jest teraz tak niemiły jak wcześniej.
- To trudne, Justin... - wzdycham i opuszczam wzrok na kolana. Justin musiał to zauważyć, ponieważ czuję jak lekko ściska mi dłoń.
- W porządku, rozumiem. Jeśli będziesz chciała, powiesz mi więcej. Nie naciskam. - Posyła mi pokrzepiający uśmiech i zaczyna gładzić kciukiem moje knykcie. 
- Dziękuję - odpowiadam szeptem i opieram głowę o szybę. Tak kończy się nasza rozmowa na temat mojej przeszłości.

Podjeżdżamy pod apartamentowiec, w którym mieszkam po ponad czterdziestopięciominutowej jeździe.
- Dziękuję za podwózkę - odzywam się spokojnie.
- Nie ma sprawy, mała - odpowiada Justin, obracając się w moją stronę. - Kiedy będę mógł je poznać? - pyta po chwili. 
Przez ułamek sekundy nie wiem o czym mówi, ale potem sobie przypominam. To urocze, że tak mu zależy.
- Przywiozę je tu dziś w nocy, więc myślę, że masz cały przyszły tydzień.
- W środę wylatuję do Nowego Jorku - rzuca pośpiesznie, cicho wzdychając.
- Och - wyrzucam z siebie. - Więc może wtorek? - proponuję, starając się nie pokazać, jak dziwnie smutno się poczułam, gdy powiedział o wyjeździe. 
- Okej, to jesteśmy umówieni. - Uśmiecha się ciepło. - Będziemy w kontakcie, mała.
- Tak, będziemy - mówię cicho i zabieram torebkę z tylnego siedzenia. 
Justin nachyla się w moją stronę, kładzie dłoń na moim lewym policzku i całuje mnie czule w sam środek ust. 
- Do zobaczenia - mruczę, gdy się od niego odsuwam, po czym wychodzę z samochodu, zamykając za sobą ostrożnie drzwi. 
Odwracam się i macham jeszcze Justinowi na pożegnanie. Od razu mi odmachuje, a potem odjeżdża spod budynku, zostawiając mnie w dziwnym osłupieniu. Kiedy i czy w ogóle zmierzał mi powiedzieć, że wylatuje do Nowego Jorku? Chociaż chwila... Gdy byliśmy wczoraj na obiedzie rzeczywiście wspominał o podróży tam, podczas rozmowy ze swoją asystentką. Okej, nie powinnam więc tak dziwnie się czuć.

W mieszkaniu panuje cisza, gdy do niego wchodzę. Ostrożnie zdejmuję buty w przedpokoju i idę do kuchni, w której nikogo nie zastaję. Cóż, widocznie moi współlokatorzy odsypiają wczorajszą noc i kaca. W gruncie rzeczy ja też powinnam to zrobić. Wchodzę cicho po schodach, a potem wpadam do swojego pokoju, gdzie prawie od razu pozbywam się ciuchów, zastępując je świeżą bielizną oraz dresami i luźną koszulką. O rany, jak dobrze. 
Kiedy wieszam kimono, ktoś puka do drzwi.
- Proszę - wołam cicho i chowam ubranie do szafy.
- Cześć. Mogę? - pyta Angie, stając w progu.
- Jasne - odpowiadam i uśmiecham się do niej przyjaźnie.
- Jak tam? 
- Bywało lepiej, a u ciebie? - rzucam, siadając ciężko na łóżku, obok mojej przyjaciółki.
- Też - mamrocze. - Chciałaś o czymś pogadać. Co się stało?
- Mama i Gracie przylatują dzisiaj do LA - mówię wprost, opuszczając ramiona w dół.
- Co? Jak to? Dlaczego? - pyta zaskoczona. - Nie to, że się nie cieszę, ale... Dlaczego?
- Ojciec się odezwał - mamroczę niechętnie.
- Co? Brian? - Krzywi się, nie łapiąc o czym mówię.
- Nie, Angie.  Mój prawdziwy ojciec - wyjaśniam, patrząc na nią smutno.
- O kurwa - wyrzuca z siebie, cała blednąc.
- No właśnie... - wzdycham.
- Czego chce? 
- Nie mam pojęcia, ale mama jest nerwowa i wcale jej się nie dziwie. Brian też się martwi.
- To zrozumiałe - szepcze moja przyjaciółka, będąc w szoku.
- Przez te dni, kiedy mama tu będzie, mogę spać u ciebie? Chcę, żeby dziewczyny czuły się komfortowo. 
- Tak, pewnie. - Kiwa głową Angel. - Boisz się? O to, czego chce ojciec?
- Jak cholera, Angie. Jak cholera - wzdycham i opadam ciężko na łóżko. Moje życie z dnia na dzień robi się coraz ciekawsze.

Przed dziewiętnastą dzwoni do mnie mama, że ona i Gracie powinny być na lotnisku LAX około dwudziestej drugiej. Słyszę w jej głosie, że jest poddenerwowana, co skutkuje pogorszeniem się mojego humoru. Panie, daj mi wystarczająco dużo siły, by przetrwać ten trudny okres, błagam.

Czekam na lotnisku już od piętnastu minut. Przyjechałam wcześniej, w obawie, że samolot wyląduje z wyprzedzeniem, ale nic na to nie wskazuje. Pani w informacji powiedziała mi, że lot odbył się zgodnie z planem i nie będzie żadnych opóźnień, więc to mnie pociesza. Lada chwila powinnam zobaczyć moje ukochane dwie dziewczyny. Mam rację. Po kilku minutach widzę mamę niosącą Gracie w nosidełku-tuli i ciągnącą za sobą dwie spore walizki. Natychmiast do niej podbiegam i witam się z nią, a potem z siostrą, która śpi jak zabita na piersi mamy. 
- Czekaj, pomogę ci - mówię zaaferowana i odbieram od mamy bagaże. 
- Dziękuję, skarbie - odpowiada i podąża za mną do samochodu. 
Wkładam walizki do bagażnika, po czym wsiadam do wozu, gdzie czeka już na mnie mama.
- Jak minął lot? - pytam, odpalając silnik.
- Całkiem dobrze, ale obie jesteśmy wykończone.
- Widzę - mówię z troską. - Wszystko już wam przygotowałam, będziecie spać u mnie w pokoju.
- A ty? Skarbie, przepraszam, wiem, że przysparzamy ci kłopotu...
- Przestań, mamo - besztam ją. - Będę spać z Angie, a wy jedne czego mi przysparzacie to radości. Nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę, że tu jesteście - mówię szczerze i łapię jej dłoń.
- Obiecuję, że nie będziemy zbytnio przeszkadzać - wzdycha mama, z wyraźnym zrezygnowaniem w głosie.
- Mamo - warczę. - Przestań już, okej? Jutro wrócę z pracy, to gdzieś wyjdziemy, okej? 
- Pracujesz? - pyta zaskoczona. 
- Eee, tak. Nie powiedziałam ci? - Marszczę brwi.
- Nie, nie powiedziałaś. - Teraz to na mnie beszta. 
- Przepraszam, dopiero od piątku tam pracuję. Nie miałam okazji ci powiedzieć. 
- W porządku, rozumiem. A co to za miejsce? 
- Firma pana Fitzgeralda - odpowiadam, zagryzając wargę.
- Tego Fitzgeralda? - Mama jest wyraźnie zaskoczona, albo przerażona. Albo i jedno i drugie.
- Tak, tego. - Wzruszam ramionami. - Jego syn, Chris, jest od roku prezesem i pracuje w tym oddziale. Jestem jego asystentką - wyjaśniam.
- Chris? Ten twój chłopak z licemum? 
- Tak, dokładnie ten - śmieję się.
- O słodki Jezu, świat jest jednak mały - wzdycha mama i przejeżdża dłonią po twarzy. - Teraz potrzebuję snu jeszcze bardziej. 
- Wiem, już jesteśmy prawie na miejscu.

Następnego dnia pojawiam się w pracy punktualnie, ubrana w bardzo klasyczny strój, czyli czarne obcisłe cygaretki, białą koszulkę oraz czarną marynarkę. 
- Cześć Jessica. - Macham do recepcjonistki, która natychmiast odwdzięcza się szerokim, ciepłym uśmiechem.
- Hej! Chodź tu na chwilę! - woła i pokazuje ręką, bym do niej podeszła.
- Co jest? - pytam, opierając się o blat recepcji. 
- Naprawdę spotykasz się z Bieberem? - pyta wprost, nie owijając w bawełnę. Już teraz mogę stwierdzić, że jest bardzo bezpośrednia.
Uśmiecham się enigmatycznie i zastanawiam się nad odpowiedzią. Ostatnimi czasy dosyć często udzielałam dyplomatycznych odpowiedzi, ale nie wiem, czy tym razem się to przyda. Jessica wygląda na bardzo zdeterminowaną w tej kwestii.
- Można to tak nazwać. - Mrugam do niej i posyłam rozbawiony uśmiech. - Aż tak o tym huczą? 
- Kochana, od walentynek nie schodzicie z pierwszych stron - śmieje się dziewczyna. - A wczoraj na przykład paparazzi zrobili wam zdjęcia, kiedy jechaliście jego samochodem.
- Co? Serio? - pytam, marszcząc brwi. 
- To tak, patrz. - Jessica wydaje się być rozradowana, mogąc pokazać mi efekty pracy paparazzi. Rzeczywiście, udało im się wczoraj zrobić parę zdjęć, kiedy wyjeżdżaliśmy spod domu Justina. Dlaczego ich nie zauważyłam? 
- Jak to jest? - pyta nagle Jess.
- Jak to jest co? - Unoszę brew.
- No wiesz, spotykać się z kimś takim jak on! - piszczy. - To musi być niesamowite.
- Myślę, że jest całkiem normalnie, nie wliczając w to wszędzie łażących za tobą paparazzi, wściekłych fanek i ogromnej willi z basenem - śmieję się. - Przepraszam, Jessica. Muszę lecieć do biura, zanim pan prezes postanowi mnie zwolnić. Może wyjdziemy razem na luch? 
- Jasne, bardzo chętnie. To do zobaczenia później - mówi dziewczyna i macha mi na pożegnanie, gdy przechodzę przez bramki i biegnę do windy.

Dzisiejszego dnia dostałam za zadanie zredagować i streścić kilka stron jakichś dokumentów, umówić Chrisowi spotkanie z właścicielem firmy marketingowej oraz sprawdzić raporty z ostatniego półrocza. To dużo pracy, ale dzięki temu mogę oderwać myśli od całego tego zamieszania, które dzieje się w moim życiu. 
- Faith, co z tymi dokumentami? - Chris staje nade mną, kiedy kończę streszczać ostatnią stronę.
- Za pięć minut dostanie pan je na biurko - odpowiadam uprzejmie, posyłając mu miłe spojrzenie.
- Świetnie - odpowiada z uśmiechem na ustach i przechodzi do biurek za mną, gdzie siedzi reszta jego pracowników, w tym Caren. Bardzo ją polubiłam i myślę, że ona mnie też. 

Kilka minut po dwunastej wychodzę z Jessicą i Caren na lunch do pobliskiej kawiarenki. Według Caren serwują tam pyszne sałatki i naleśniki, a ja jestem tak głodna, że wszystko mi jedno gdzie pójdziemy. Kroczymy słonecznymi ulicami Los Angeles, a ja zauważam coraz więcej spojrzeń skupionych na mnie, szczególnie od młodych dziewczyn. Naprawdę ciężko mi się przyzwyczaić do tego, że zaczynam być rozpoznawalna. Cieszę się, że mam na nosie okulary przeciwsłoneczne, ponieważ zasłaniają one moje zażenowanie i zdezorientowanie. 
Jessica znajduje dla nas mały stolik przy oknie, gdy wchodzimy do kawiarni. Od razu zamawiam dużą kawę i sałatkę grecką, jestem zbyt głodna, żeby zaglądać do karty. Dziewczyny również szybko składają zamówienia i rozsiadają się wygodnie.
- Jak tam weekend? - pyta Caren, odgarniając włosy z ramion.
- Całkiem przyzwoicie - odpowiadam i zerkam na Jessicę, która świdruje mnie spojrzeniem. Zabawna dziewczyna.
- Jeśli dla ciebie przyzwoite jest spędzenie dwóch dni w towarzystwie jednego z najseksowniejszych facetów na tej planecie, to mój weekend w takim razie był tragedią - mówi Jessica, trochę za bardzo się ekscytując. 
- Chwila. - Caren unosi rękę. - Z kim spędziłaś ten weekend? - Wydaje się naprawdę nie mieć pojęcia.
- Żartujesz sobie, prawda? - Szczęka Jessici opada z hukiem na podłogę. - Naprawdę nie wiesz, że Faith spotyka się z Bieberem? Gdzie ty żyłaś przez ostatnie kilka dni? - Dziewczyna wyrzuca ręce w górę i patrzy na Caren wielkimi oczami. Ja natomiast mam ochotę zapaść się pod ziemię. Czy to naprawdę takie wielkie wydarzenie, że się z nim umawiam? "Wygląda na to, że tak" uśmiecha się fałszywie moja podświadomość, dając mi do zrozumienia, że dzisiejszego dnia obudziła się na dobre. Cudownie.
- Jakoś tak się składa, że ostatnio nie oglądam telewizji - kontruje Caren i przenosi spojrzenie na mnie. - Serio, Faith? Ty i Bieber? Zaczyna się robić coraz ciekawiej. - Szczerzy się i opiera ręce o stolik. 
- Możecie przestać to tak przeżywać? - jęczę. - Za chwilę cała kawiarnia będzie wiedzieć, że się z nim umawiam. - Przewracam oczami i wzdycham ciężko.
- Poważnie obchodzi cię kawiarnia, kiedy huczy o tym każdy możliwy tabloid? - pyta Jessica, patrząc na mnie wymownie.
- Jeśli mam jeszcze trochę prywatności, to chcę ją wykorzystać do końca - odpowiadam spokojnie. 
- Ma rację - dodaje Caren, patrząc na Jessicę karcąco. - Ale zdradzisz nam trochę ploteczek? Proooszę - jęczy blondynka, składając ręce jak do modlitwy.
- Zaczynam was nie lubić - śmieję się i kręcę głową. 
Caren chce coś powiedzieć, ale wtedy przychodzi kelnerka z naszymi kawami i posiłkami, więc siłą rzeczy musi zamilknąć, co nie ukrywam bardzo mnie cieszy. Jednak gdy tylko kelnerka nas opuszcza, zalewa mnie lawina pytań od Jess i Caren. Przewracam oczami i odpowiadam na tyle, na ile jestem w stanie. Kiedy Jessica zadaje kolejne pytanie związane z jakąś gwiazdą, wzdycham i marszczę czoło.
- Ja tego naprawdę nie wiem. Spotykam się z Justinem, nie z całym show-biznesem - odpowiadam już trochę zmęczona.
- Daj jej już spokój, Jess - burczy Caren, pakując kolejną porcję sałatki do ust.
- Och, no dobrze - jęczy z rezygnacją i wraca do jedzenia swojego naleśnika. 
Uśmiecham się do nich z wdzięcznością i kończę swoją sałatkę, która swoją drogą naprawdę jest pyszna. Nagle zaczyna dzwonić mój telefon. Grzebię w torebcę i w końcu go znajduję, a potem zerkam na ekranik i okazuje się, że to Justin. Uśmiecham się delikatnie i odbieram.
- Cześć - witam go trochę niepewnie.
- Cześć, mała - mówi i słyszę jak się uśmiecha. - Jak tam?
- Wszystko w porządku, a u ciebie? - odpowiadam uprzejmie.
- W zasadzie też, ale poranek miałem do dupy - wzdycha smutno.
- Dlaczego? 
- Bo nie było ciebie obok - odpowiada tak spokojnie i jednocześnie uroczo, że na moich ustach pojawia się szeroki uśmiech. - Zaczyna mi się coraz bardziej podobać fakt, że z kimś śpię. To całkiem przyjemne - śmieje się.
- Hm, dobrze wiedzieć - odpowiadam szczerząc się sama do siebie, przez co przyciągam uwagę moich towarzyszek.
- Jak tam mama i siostra? - pyta, zmieniając temat.
- Dobrze, odebrałam je wczoraj z lotniska, miały dobry lot. 
- Rozmawiałaś już z mamą o jutrze? - Podoba mi się, że jest taki zdeterminowany.
- Nie, była wczoraj zmęczona. Wrócę dziś z pracy i z nią o tym pogadam - mówię spokojnie i ciepło, zaczynając bawić się papierową chusteczką na stole.
- Okej - mruczy. - Szef już wie do kogo należysz? - pyta wścibskim tonem, nawiązując do jego dzieła na mojej szyi.
- Spędziłam dzisiaj prawie pół godziny na tuszowaniu jej. Następnym razem pomyśl dwa razy o tym co i gdzie robisz - burczę, ale w duchu się z tego śmieję.
- Nie powiesz mi, że ci się nie podoba - kontruje z dumą i oburzeniem w głosie.
- No rzeczywiście, jest prześliczna, chyba sobie zrobię zdjęcie - rzucam rozbawiona, za w odpowiedzi dostaję ciche jęknięcie.
- Przestań sobie ze mnie kpić - syczy Justin, a ja nie mogę się powstrzymać i zaczynam się śmiać.
- Przepraszam - wyrzucam z siebie. 
- Pomyślę nad tym, a teraz muszę wracać do pracy. Tobie też bym to radził, pora lunchu niedługo mija. - Wiem, że wcale nie jest na mnie zły, po prostu się ze mną droczy. Och, jaką mam teraz ochotę się do niego przytulić. Tęsknię za nim.
- Dobrze, tato - dodaję z ironią.
- Jezu, jaka ty potrafisz być irytująca - rzuca do słuchawki i wyobrażam sobie, jak kręci głową z niedowierzaniem.
- Taką musicie mnie kochać, już ci to kiedyś mówiłam - śmieję się. - Okej, w takim razie kończę. Dam ci wieczorem znać co z jutrem. Pa, głuptasie.
- Dobrze. Pa, słodka, irytująca do granic możliwości, Faith - odpowiada z radością w głosie i rozłącza się.
- Co to było? - piszczy Jessica wbijając we mnie swoje przenikliwe spojrzenie. Zauważam, że Caren też przygląda mi się zaskoczona.
- Telefon? - Marszczę brwi.
- Też chcę dostawać takie telefony, po których szczerzę się jak głupi do sera - mówi Caren.
- Zrobił ci malinkę?! - piszczy ponownie Jess.
- Co? Jak to...? - Czerwienię się i automatycznie dotykam miejsca, gdzie Justin wczoraj zostawił po sobie ślad.
- O Boże, to jest jakiś sen - jęczy Jessica i zamyka oczy. - Obudźcie mnie, kiedy to się skończy.
Patrzymy na siebie z Caren i wybuchamy głośnym śmiechem. Ten lunch okazał się niezłym szokiem dla naszej koleżanki, co trochę mnie nie dziwi. 

Reszta dnia mija mi na wykonywaniu poleceń Chrisa i sprawdzaniu tych raportów, dzięki czemu godziny pozostałe do wyjścia upłynęły mi naprawdę szybko.
Gdy wchodzę do mieszkania słyszę jak Angie mówi coś do Gracie, co wnioskuję po tonie, jakiego używa. Do moich nozdrzy dociera wspaniały zapach kurczaka, który jest specjalnością mojej mamy. 
- Cześć - witam się i siadam na krześle barowym.
- Hej. - Mama cmoka mnie w policzek i wraca do gotowania. - Jak było w pracy? 
- W porządku, miałam dużo do zrobienia. Szybko mi zleciało - odpowiadam i odwracam się, przenosząc wzrok na moją przyjaciółkę bawiącą się z Gracie. Uśmiecham się szeroko na ten widok i podchodzę do nich.
- Cześć skarbie - głaszczę po główce moją siostrę. - Jak się masz? 
Gracie uśmiecha się do mnie i wyciąga rączki, więc ochoczo ją biorę do siebie. 
- Damy cioci Angie trochę spokoju, co? - pytam retorycznie i cmokam policzek Gracie.
- To dziecko to istny anioł - mówi moja przyjaciółka. - Od dzisiaj modlę się, żeby Bóg też mnie takim obdarzył. - Wydaje się być całkowicie poważna.
- Skarbie, musiałam urodzić i wychować dwójkę rozdartych i niegrzecznych dzieci, zanim Bóg postanowił dać mi Gracie. Faith i Todd ostro dali mi w kość - śmieje się mama, gdy słyszy słowa Angel. 
- Podobno moje imię mama dała mi tylko dlatego, że myślała, iż ono jakoś mnie uspokoi, ale chyba podziałało odwrotnie - dodaje Angie, zajmując miejsce przy wyspie.
- Gdzie Ian? - pytam, zmieniając temat. 
- Poszedł na ten casting czy coś w tym rodzaju, zorientować się co i jak. - Macha lekceważąco Angie, opierając brodę na dłoni. 
- Kiedy? 
- Jakieś dwie godziny temu? Coś koło tego - odpowiada luźno i uśmiecha się do Gracie, która macha do niej rączką. 
- Chodźcie dziewczyny do stołu, jedzenie jest już gotowe - mówi mama i posłusznie wykonujemy jej polecenie.

Po późnym obiedzie wyciągam mamę na spacer do parku, który jest oddalony o kilka przecznic od naszego mieszkania. Słońce nadal świeci, pomimo późnej pory i bardzo się z tego cieszę. Gdy podjeżdżam na parking koło parku, zauważam, że jedzie za mną jakiś czarny SUV. Ignoruję go i szukam miejsca. Kiedy je znajduję, wysiadamy z mamą z wozu i idę wyciągnąć z bagażnika składany stelaż wózka, natomiast mama zajmuje się wyciągnięciem nosidełka z Gracie z tylnego siedzenia. 
Zajmuje nam kilka chwil zmontowanie wózka, po czym ruszamy do parku. 
- Mamo? - zaczynam.
- Tak? - Uśmiecha się ciepło, pchając wózek.
- Wiesz o tym, że spotykam się z Justinem, prawda?
- Tak, nie trudno było tego nie zauważyć, skarbie - odpowiada ostrożnie.
- Okej, więc on bardzo chciałby was poznać - wyrzucam z siebie i patrzę niepewnie na mamę, ponieważ nie wiem czego mam się spodziewać. 
- Och, to bardzo miło z jego strony - mówi radośnie mama. - Również bardzo chętnie poznam mężczyznę, który tak zawrócił w głowie mojej córce.
- Mamo! - rugam ją, posyłając jej spojrzenie, które mówi samo za siebie.
- No co? - Wzrusza ramionami. - A tak nie jest?
Milknę, zastanawiając się nad jej słowami. Ma rację, przejrzała mnie szybciej niż ja sama.
- Tak, zgadłaś. - Uśmiecham się krzywo i wbijam wzrok swoje czarne buty. Zanim wyszłyśmy z domu szybko przebrałam się w ciemne rurki, czarną krótką koszulkę, ciemno-zieloną kamizelkę i czarne botki.
- Czy ty i on to coś poważnego? - pyta mama z troską w głosie.
- Nie wiem, mamo. - Wzruszam ramionami. - Chciałabym, ale wiesz jak to wszystko wygląda...
- Jak wygląda? - Okej, czyli przyszedł czas na inkwizycję Mandy Wihford.
- Wiesz, Justin do tej pory prowadził dosyć osobliwe życie uczuciowe. Broniłam się przed nim dopóki mogłam, ale w końcu się poddałam. Między nami coś się pojawiło, ale ja boję się, że mogę być kolejną dziewczyną, którą za dwa tygodnie wymieni na nowy model. Z takich nawyków niełatwo jest od razu zrezygnować - wzdycham, zagryzając wargę.
- A rozmawiałaś z nim o tym? 
- Nie. 
- Więc to zrób. Od tego macie języki, żeby się ze sobą komunikować. Dopóki nie powiesz mu o swoich obawach, będziesz żyć w nerwach i niepewności. Nie pozwól kochanie na to, żeby traktował cię tylko tymczasowo jako swoją dziewczynę. Jeśli tak właśnie jest, szkoda tracić na niego czas. - Mama łapie mnie za ramię i lekko je gładzi.
- Wiem, powinnam to zrobić. Ale z drugiej strony nie wiem czy jestem gotowa na to, że to wszystko może być chwilowe. Nie chcę tego...
- Zakochałaś się w nim? - pyta bezpośrednio moja rodzicielka, a mnie zasycha w gardle. 
Czy się w nim zakochałam? Do tej pory broniłam się przed tymi słowami i przyznaniem się do tego, ale teraz... Teraz nadeszła pora, żeby powiedzieć to głośno. Przy nikim nie czułam się tak, jak przy Justinie. Jasne, wkurzamy się często nawzajem, ale każdego dnia czuję, że uzależniam się od niego jeszcze bardziej. Nie chcę, żeby to co jest między nami się skończyło. Co jednak będzie, kiedy przyznam się przed nim do swoich uczuć? Ucieknie, gdzie pieprz rośnie, do laski która będzie kochała jedynie jego penisa, czy może jednak zostanie i spróbuje zbudować ze mną związek? Obawiam się, że pierwsza opcja bardziej wchodzi w grę, a to okropnie mnie rani.
- Faith? - nalega mama.
- Tak, zakochałam się - przyznaję i zamykam na chwilę oczy. - Boję się, że mnie przez to odrzuci.
- Och, skarbie - wzdycha. - Jeśli jest mądrym młodym mężczyzną, to zrozumie, że trafił mu się prawdziwy skarb.
- Z ogromnym bagażem, który ciągnie za sobą - dodaję z rezygnacją.
- No cóż, Faith. Nikt nie jest idealny. Prędzej czy później ktoś musiał się z tym zmierzyć , a ty nauczyć się dzielić tym co przeszłaś z innymi. Nie możesz ukrywać swojej przeszłości całe życie - mówi łagodnie mama, jakbym miała kilka lat.
- Wiem mamo, ale zrozum, że to też kosztuje mnie wiele energii.
Mama przygląda mi się przez chwilę, ale już nic więcej nie mówi. Spacerujemy w milczeniu między uliczkami uroczego parku i rozkoszujemy się ostatnimi chwilami słońca.
- Jak mają się sprawy w Dallas? - pytam w końcu. Tego tematu też nie mogę odwlekać zbyt długo.
- Rozmawiałam dzisiaj z Brianem, nie wiele się zmieniło. Ojciec wciąż kręci się w pobliżu i dzwoni do firmy, strasząc Briana jakimiś bzdurami. Szukamy na niego sposobu.
- Czego on chce? - Patrzę na mamę ze strachem w oczach.
- Nie mam pojęcia skarbie, ale czuję, że niedługo się dowiemy. Wszystko będzie dobrze - zapewnia mnie i kończy tym samym rozmowę. 

Następnego dnia kończę pracę o równej siedemnastej. Gdy jadę do domu, dostaję smsa od Justina, że nie może się doczekać naszego spotkania. Umówiłam się z nim na osiemnastą u niego w domu. Ma duży ogród, a pogoda jest ładna, więc Gracie będzie mogła się tam swobodnie pobawić i zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Dzisiejszy dzień w pracy był dosyć męczący. Miałam dużo zadań, a w dodatku musiałam potowarzyszyć Chrisowi podczas jednego ze spotkań biznesowych, co poważnie mnie zestresowało.
W domu jestem kilkanaście minut po siedemnastej. Nie mam zbyt wiele czasu, więc biegnę do swojej sypialni i wyciągam ciuchy na przebranie. Decyduję się na czarne dopasowane spodnie z wysokim stanem, białą, krótką koszulkę na ramionach oraz ciepły, miękki, błękitny kardigan. Włosy wiążę w niedbałego koczka, zakładam na szyję łańcuszki i schodzę na dół.
- Jesteście gotowe? - pytam, gdy podchodzę do mamy i Gracie siedzących na kanapie.
- Faith, musimy porozmawiać - oznajmia sucho.
- Co się stało? - Siadam obok niej i marszczę brwi.
- Wiem już, czego chce twój ojciec.
- Słucham? - Czuję jak serce mi staje. 
- Zadzwonił dzisiaj rano do Briana z tym żądaniem - mówi nerwowo.
- Z jakim żądaniem, mamo! O co chodzi?
- Chce się spotkać z tobą - odpowiada i patrzy na mnie nieobecnym spojrzeniem.
O kurwa. Błagam, wszystko, tylko nie to. Nie widziałam go od kilkunastu lat i prawdę mówiąc w ogóle nie chcę tego zmieniać.
- Kiedy? - wyrzucam z siebie, patrząc na okno przede mną.
- Najlepiej jak najszybciej. 
Mrugam kilkakrotnie i zupełnie nie wiem odpowiedzieć. Po co on chce mnie widzieć?
- Wiem kochanie, że to dla ciebie ogromny szok i dlatego nie musisz tego robić. Załatwimy to inaczej.
- Nie - rzucam nagle. - Zrobię to - mówię, czując narastającą w sobie odwagę. 
- Co? - Mama marszczy brwi.
- Słyszałaś. Polecę do Dallas. Widocznie to musi być coś ważnego, skoro on chce się ze mną spotkać. - Nie mam zielonego pojęcia skąd nagle wzięła mi się ta odwaga, ale chyba działam w lekkim amoku. Możliwe, że będę tego potem żałować.
- Jesteś pewna? - pyta mama, łapiąc mnie za rękę.
- Nie wiem - odpowiadam i wstaje z kanapy. - Chodź, nie chcę się spóźnić - rzucam i zmierzam do przedpokoju, gdzie zakładam na nogi niskie, białe conversy.

Podjeżdżamy pod posiadłość Justina kilka minut po osiemnastej. Parkuję na wolnym miejscu i wysiadam z samochodu, zmierzając do bagażnika, by wyciągnąć z niego torbę Gracie. Gdy mama do mnie dołącza z siostrą na ramieniu, idziemy do drzwi, które otwierają się, gdy tylko stajemy na schodku.
- Witam, miłe panie. - Uśmiecha się szeroko Justin, stając w progu. - Zapraszam do środka. - Gestem zaprasza nas do domu i zamyka za nami drzwi. 
- Pani Wihford, miło mi panią poznać. - Justin wita się z moją mamą, gdy ta przekazuje mi wcześniej Gracie. - Już wiem po kim Faith odziedziczyła urodę. - Mruga do niej, a ja przewracam oczami. Nie wierzę, że to powiedział.
- Mnie również jest miło, Justin - śmieje się mama. - I dziękuję za komplement.
- Cała przyjemność po mojej stronie. - Uśmiecha się, po czym podchodzi do mnie i najpierw daje mi szybkiego buziaka, a potem zwraca się do Gracie. - Cześć maluchu, jestem Justin. - Łapie jej małą rączkę i lekko ją potrząsa. Gracie przygląda mu się w skupieniu i zafascynowaniu, po czym ku zaskoczeniu nas wszystkich zaczyna się śmiać i wyciąga rączki do Justina. 
- Mogę? - pyta zaskoczony.
- Jasne. - Uśmiecham się i ostrożnie podaję mu siostrę. Justin i dzieci, o rany, to dopiero cudowny widok.
- Chodź, malutka. W ogrodzie czeka na ciebie masa zabawek - mówi Justin, skupiając się na Gracie, a potem całuje ją w policzek. 
Posyłamy sobie z mamą znaczące spojrzenie, a potem podążamy za Justinem w stronę drzwi tarasowych. Jestem pod wrażeniem tego, co przygotował i wcale nie żartował z tymi zabawkami. Na dużym kocu leżą kolorowe misie, grzechotki i inne pierdółki, które małe dzieci wręcz kochają.
- Skąd ty tyle tego masz? - pytam zaskoczona.
- Jazzy i Jaxon często coś u mnie zostawiają, kiedy tu przyjeżdżają. Nazbierało się tego trochę - wyjaśnia i siada z moją siostrą na kocu, uśmiechając się do niej i sadzając ją sobie między nogami. Gracie od razu łapie zieloną maskotkę i piszczy wesoło, oglądając ją w rączkach. Cała nasza trójka wybucha śmiechem i obserwuje poczynania małej. 
- Częstujcie się - mówi po chwili Justin, odrywając swoją uwagę od Gracie i wskazując na koszyk obok nas. Otwieram go i znajduję w nim różnego rodzaju owoce oraz dzbanek lemoniady. Zaczynam chichotać, gdy uświadamiam sobie, jak bardzo Justin się stara.
Nalewam nam po szklance napoju i wręczam ją każdemu. Gdy Gracie widzi, że coś pijemy, zaczyna się upominać, że ona też chce. Mama wyciąga z torby jej butelkę i chce podać ją siostrze, ale Justin ją wyręcza.
- Ja to zrobię. - Uśmiecha się i wręcza kubeczek Gracie, która gaworzy coś sama do siebie, a potem zaczyna pić. 
Justin zaczyna rozmawiać z moją mamą, pytając ją o podstawowe rzeczy. Widzę, że oboje są rozluźnieni i chyba przypadli sobie do gustu, więc kamień spada mi z serca. Chcę się dobrze bawić, ale cały czas dręczy mnie myśl o tym, że ojciec chce się ze mną spotkać. Nie rozumiem dlaczego chce to zrobić i jak zniosę tę konfrontację. Ale jeśli to ma jakoś pomóc, zrobię to, choćbym miała to przepłacić swoim zdrowiem psychicznym. 
Przepraszam mamę i Justina na moment, ponieważ muszę skorzystać z toalety. Szybko załatwiam potrzebę i wracam niedługo potem do ogrodu, jednak nie podchodzę do nich. Przystaję w patio i opieram się o framugę. To wspaniałe, oglądać jak Justin tak świetnie opiekuje się Gracie i dogaduje się z mamą. Co jakiś czas oboje się z czegoś śmieją lub skupiają na mojej siostrzyczce. To niesamowite, że ten mężczyzna zaledwie kilka tygodni temu był dla mnie jedynie kimś w rodzaju szefa, a dziś jest człowiekiem, który z dnia na dzień liczy się dla mnie coraz bardziej. Martwię się, że on nie czuje tego samego, ale postanawiam na razie nie zaprzątać sobie tym głowy. Na to też przyjdzie pora. Na razie wiem, że muszę porozmawiać z nim na temat mojego wyjazdu i że chcę powiedzieć mu prawdę o moim ojcu. Wzięłam sobie do serca wczorajsze słowa mamy.
Siadam w wiklinowym fotelu i podciągam pod siebie nogi, cały czas obserwując całą trójkę, która doskonale czuje się w swoim towarzystwie. Po jakimś czasie Justin mnie dostrzega i posyła pytające spojrzenie. Odpowiadam mu wzruszeniem ramionami i lekkim uśmiechem. Przygląda mi się przez chwilę, a potem wstaje z koca i zmierza w moim kierunku. Mama postanowiła wziąć Gracie nad basen i zamoczyć w nim jej stópki, co skutkuje jej wesołym piskiem. 
- Co jest? - pyta Justin, siadając naprzeciwko mnie. 
- Nic, po prostu na was patrzę - odpowiadam spokojnie.
- Lubię je - odwraca głowę w stronę dziewczyn, gdy wymawia te słowa.
- One ciebie też. Chociaż mogę pokusić się o stwierdzenie, że Gracie cię kocha - śmieję się cicho i przechylam głowę. 
- Hm, to całkiem przyjemny fakt - odpowiada, wracając spojrzeniem do mnie. - Co się stało? Przecież widzę, że coś jest nie tak. 
Biorę głęboki oddech i wciągam na chwile wargi.
- Muszę polecieć do Dallas - mówię w końcu.
- Och. - Justin marszczy brwi. - Kiedy i po co?
- Najlepiej jak najszybciej. Mój ojciec, chce się ze mną spotkać - odpowiadam, starając się zachować spokój. Muszę mu tyle powiedzieć...
- To chyba dobrze - stwierdza po chwili. - Może w końcu wyjaśnicie sobie wszystko i wasze stosunki nie będą już takie skomplikowane. 
- Justin, on bił moją mamę odkąd pamiętam - mówię wprost, zamykając oczy.
- O kurwa - mamrocze pod nosem, przeczesując włosy palcami. - A ty? Ciebie też bił?
- Zrobił to raz i wylądowałam w szpitalu. Byłam dzieckiem, miałam może cztery lata - mówię drżącym głosem i czuję jak cała ta fala wspomnień spada na mnie zbyt boleśnie.
- Chryste, Faith - szepcze Justin i łapie mnie za rękę. Podnoszę głowę i spotkam się z jego zaszokowanym spojrzeniem. - Tak mi przykro... 
- To było dawno, jakoś sobie z tym poradziłam - rzucam cicho i spoglądam na nasze dłonie, ale po chwili szybko podnoszę głowę. - Proszę, nie chcę żebyś traktował mnie przez to jakoś inaczej - mówię z determinacją. - Każdy ma historię, która nie zawsze jest pozytywna. Nie oczekuję litości, po prostu uznałam, że powinieneś znać prawdę. - Omijam jednak część z atakami. I tak powiedziałam mu już naprawdę dużo. Mam nadzieję, że nigdy nie pozna Faith, którą ogarnęła ciemność. Wtedy uzna mnie za kompletną wariatkę i już na pewno nie będzie chciał się ze mną jakkolwiek wiązać.
Justin patrzy na mnie w milczeniu, po czym pociąga mnie za rękę i sadza na swoich kolanach, obejmując bezpiecznie.
- Dziękuję, że mi o tym powiedziałaś. Doceniam to, musiało cię to dużo kosztować. Ale jestem z ciebie dumny, że sobie z tym poradziłaś, słodka Faith - mruczy i całuje mnie w policzek. - Jesteś niesamowicie silną młodą dziewczyną- stwierdza.
Wyginam usta w cierpkim uśmiechu i nie komentuję jego słów. Wcale nie jestem silna, ja tylko sprawiam wrażenie takiej. Justin poznał dopiero namiastkę mojej historii, a jeszcze tyle przed nim. Jednak obawiam się, że kolejne otworzenie się przed nim nie przyjdzie mi tak łatwo. Te kolejne fakty z mojego życia są brutalniejsze i obrzydliwe. Nie, tego nigdy mu nie zdradzę. 
- Obiecaj mi jedno - odzywa się po chwili.
- Hm? - Gryzę górną wargę i unoszę brwi.
- Kiedy już tam będziesz, bądź ostrożna. Nie chcę, żeby stało ci się coś złego. - Widzę w jego oczach szczerość i troskę, co sprawia, że czuję się nieco lepiej.
- Będę tam z Brianem, on się o mnie zatroszczy - odpowiadam, gładząc jego policzek.
- Wolałbym sam to zrobić - mamrocze, lekko się krzywiąc.
- Brian przez kilkanaście lat doskonale sobie z tym radził. Poza tym i tak muszę sama zmierzyć się z moim ojcem i tymi cholernymi wspomnieniami. - Uśmiecham się blado i całuję Justina w sam środek ust. - Dziękuję, że mnie wysłuchałeś i zrozumiałeś - szepczę i obejmuję jego szyję, chowając się w jego ramionach przed całym złem tego świata. A przynajmniej takie mam wrażenie.

W środę, na kilka minut przed wyjściem z pracy poszłam do gabinetu Chrisa i poprosiłam go o wolny piątek. Na początku oburzył się trochę, ale wyjaśniłam mu całą sytuację na tyle na ile mogłam i od razu wyraził zgodę. Może ostatnimi czasy zachowuje się nieco dziwnie, ale teraz wykazał się dobrym sercem. Poza tym zna mnie i moją rodzinę od lat, więc myślę, że zrozumienie tego wszystkiego przyszło mu łatwo.
Gdy tylko dostałam ten dzień wolnego od razu zarezerwowałam najbliższy lot do Dallas i pojechałam pakować się do domu. Nie miałam pojęcia na ile tam jadę, więc wzięłam tylko troche najpotrzebniejszych ciuchów. Brain już wie, że przylatuję i nie ukrywał swojego zmartwienia, ale przekonałam go, że tak będzie lepiej. 
Mama, Angie i Ian milion razy pytali mnie czy aby na pewno jestem przekonana co do wyjazdu, a ja musiałam im powtarzać, że jestem. Chociaż z chwili na chwilę zaczynałam wątpić coraz bardziej. Justin też dzwonił i pisał kilka razy dziennie, przeprowadzając ze mną długie, trochę zbyt filozoficzne rozmowy. 
Teraz stoję na lotnisku w Dallas i czekam aż nadjedzie moja walizka. Gdy tylko postawiłam stopy na tej ziemi poczułam, że cała ta odwaga, którą miałam w Los Angeles mnie opuściła. Zaczynam się bać tego co ma nadejść, chyba jednak nie jestem na to gotowa. Zamykam oczy i naciągam w dół jasno seledynową bluzę, którą mam na sobie. Oprócz tego założyłam na siebie czarne legginsy oraz botki w tym samym kolorze. W końcu nadjeżdża mój plecak oraz walizka, więc ściągam je z taśmy i zmierzam w kierunku głównego wyjścia.
Idę szerokim korytarzem, mijając ludzi, którzy wyglądają na bardzo zaaferowanych. To nic dziwnego, w końcu to miejsce trochę tego wymaga. Podnoszę wzrok i widzę stojącą w drzwiach znajomą mi postać. Uśmiecham się szeroko i przyspieszam kroku. 
- Tak bardzo tęskniłam - mruczę, gdy wtulam się w jedne z moich najukochańszych ramion.
- Ja za tobą też - słyszę w odpowiedzi, ale wkrótce przerywają to krzyki i poniesione głosy.
Odsuwam się i patrzę na ludzi, stojących z aparatami wcale nie tak daleko od nas.
- Co do cholery? - Rzuca Brian.
- To powoli staje się moją codziennością. Chodź - wzdycham i łapię silne ramię taty.
- Jak mam się zachowywać? - pyta trochę oszołomiony.
- Normalnie, ignoruj ich - mówię i zakładam okulary przeciwsłoneczne na nos. Co za koszmar, jeszcze paparazzi mi tu brakowało. Nie mam pojęcia skąd wiedzieli, że mam zamiar pojawić się w Dallas.
Kilkanaście minut później zostawiamy za sobą cały ten zgiełk i jedziemy do domu. Samochód prowadzi Gary, a tata siedzi obok mnie.
- Zmęczona? - pyta.
- Bardzo - odpowiadam, tłumiąc ziewnięcie. - Marzy mi się wygodne łóżko, ostatnio nie sypiam dobrze. Poza tym jestem po pracy, a musiałam trochę nadrobić za jutro.
- Rozumiem. - Kiwa głową. 
- Jakieś wieści od ojca? - pytam, nieukrywający swojego rozgoryczenia.
- Chce się spotkać jutro o trzynastej w tej kawiarni koło parku - mówi nerwowo Brian.
- Och, okej - rzucam i zamykam oczy, ponieważ ogarnia mnie przerażenie. Boże, nie. Po co ja się godziłam na przyjazd tutaj? Jestem taka głupia.

Dojeżdżamy na miejsce kilka minut po północy. Praktycznie od razu idę do swojej dawnej sypialni, która w ogóle się nie zmieniła i kładę się do ciepłego łóżka. Cały czas widziałam w oczach taty troskę i jednoczesny strach. Jemu również nie jest łatwo wystawiać mnie na to spotkanie. Martwi się o mnie, a to powoduje łzy w moich oczach. Po jakimś czasie zasypiam wylewając łzy bezsilności oraz strachu i śnię o tym koszmarnym dniu, kiedy mój prawdziwy ojciec zmienił się w potwora. 
Budzę się zalana potem i z walącym sercem. Przełykam głośno ślinę i siadam na łóżku, zerkając na zegarek, który wskazuje na pięć po dziesiątej. Słońce tego dnia postanowiło w ogóle nie wychodzić zza chmur, dzięki czemu mój humor od rana jest koszmarny. Czuję uścisk w żołądku i z trudem spokojnie oddycham, bo wiem, że za kilka godzin go zobaczę. Człowieka, który przyczynił się do mojego załamania, który zniszczył naszą rodzinę, który znęcał się nad moją mamą przez długie, długie lata. Panicznie boję się tego spotkania, ale wiem, że muszę stawić temu czoła. Nie ma już odwrotu.
Idę do łazienki i biorę tam prysznic, który miał mi przynieść trochę ukojenia, jednak nie dał mi niczego. Bardzo mechanicznie wycieram ciało i suszę włosy, a później wracam do pokoju, gdzie się ubieram. Zakładam na siebie czarne spodnie oraz koszulkę w tym samym kolorze, a na ramiona wrzucam beżowe ponczo z czarnymi paskami. Prostuję o tyle o ile włosy i daruję sobie makijaż. Nie mam dziś na to siły. Schodzę na dół, gdzie zastaję tatę.
- Dzień dobry - wita mnie i uśmiecha się ciepło.
- Cześć, tato. - Podchodzę do niego i całuję w policzek.
- W lodówce masz kanapki - rzuca i wlepia wzrok w jakieś papiery przed nim.
- Nie jestem głodna - dukam  i nalewam sobie kawy do kubka.
- Jesteś pewna, że chcesz to zrobić - pyta po chwili, gdy siadam obok niego.
- Nie, ale wiem, że muszę - wzdycham i staram się powstrzymać napływające do oczu łzy.
- Skarbie - zaczyna tata. - Nie pozwolę by stała ci się krzywda, rozumiesz? Gary będzie tam na ciebie czekał, więc w razie czego będzie na posterunku. - Łapie mnie za dłoń i ściska ją pokrzepiająco. Och tato, jak dobrze, że cie mam.
- Chciałabym wcześniej pojechać do Todda - mówię cicho, biorąc łyk życiodajnej kawy.
- W porządku, Gary cię zawiezie. 
- Dziękuję - uśmiecham się blado i skupiam się na wypiciu ciepłej kawy. Nic innego nie jestem w stanie w siebie wcisnąć. 

Gary czeka na mnie w samochodzie, gdy ja podążam na cmentarz, idąc na grób mojego brata. Im bliżej godziny spotkania tym słabsza się czuję, mam nadzieję, że odwiedziny u Todda mi pomogą. Jestem przerażona i mam wrażenie, jakby ta sama ciemność pojawiała się gdzieś w zakamarkach mojej psychiki. Nie, proszę. Nie teraz.
Staję przed nagrobkiem Todda i przyglądam się jego zdjęciu, które na nim jest. Uśmiecha się i jest szczęśliwy, takiego właśnie go zapamiętałam. Na początek zaczynam trochę sprzątać płytę, wyrzucając stare kwiaty i suche płatki. Później zaczynam się w duchu modlić, czując jak z każdym moim kolejnym słowem dziura w miom sercu się powiększa. Podnoszę oczy w górę i wtedy ogarnia mnie istna rozpacz. Potrzebuję Todda, dlaczego go tu teraz nie ma? Dlaczego?!
 - Proszę, pomóż mi - szepczę, a z moich oczu zaczynają płynąć łzy. - Nie byłam na to gotowa, nie wiem co robić. Błagam, pomóż, znów do tego wracam. - Padam na kolana i zaczynam szlochać, zapominając o wszystkim dookoła. Potrzebuje go teraz bardziej niż powietrza.
Nie mam pojęcia ile tak klęczę i opieram się o jego nagrobek, ale w końcu budzą mnie krople deszczu i zmuszają do tego, bym wstała. Czuję się koszmarnie i pewnie jeszcze gorzej wyglądam, ale mam to gdzieś. Uleciało ze mnie całe powietrze i bardziej przypominam widmo, niż zdrową dziewczynę. Patrzę na zegarek - za dwadzieścia pierwsza. Godzina spotkania się bliża. Kiedy uświadamiam sobie, że zostało mi tak naprawdę dwadzieścia minut, kolana się pode mną uginają. To koniec, nie podołam temu. A nawet jeśli, zapłacę za to ogromną cenę. Panie, dlaczego mnie opuszczasz w takiej chwili? Błagam, daj mi choć trochę siły. 
Niespiesznie wracam do samochodu, gdzie czeka Gary. Widzi moje odbicie w lusterku, ale nie mówi ani słowa. Wie, że przechodzę gehennę. Wbijam wzrok w szary widok za oknem i czuję otępienie, które skutecznie odbiera mi zdolność pozytywnego myślenia. 
- Jesteśmy, panno Wihford - oznajmia po jakimś czasie Gary, zatrzymując się pod kawiarenką.
Mrugam kilkakrotnie i potrząsam głowę, chcąc wyjść z tego okropnego transu.
- Wszystko będzie dobrze, jestem w pobliżu. Musi być pani silna - mówi kierowca i posyła mi spojrzenie pełne troski i wiary.
Uśmiecham się blado i kiwam głową, po czym wychodzę niechętnie z samochodu, gdy Gary otwiera dla mnie drzwi. Mój wzrok od razu pada na człowieka z aparatem, który stoi kilkadziesiąt metrów dalej i celuje we mnie obiektywem. Błagam, nie. Nie teraz, do jasnej cholery.
- Gary - zaczynam ochryple.
- Tak? 
- Tam dalej stoją ludzie, którzy chcą zrobić mi zdjęcia. Proszę, zrób coś z nimi - błagam go słabo i nie czekając na jego reakcję idę do budynku. W środku wita mnie uprzejmym uśmiechem młoda blondynka i pokazuje wolny stolik w przytulnym rogu. Jest idealny. Siadam przy nim i nerwowo zerkam na zegarek. Powinien pojawić się lada chwila. Zamawiam herbatę, ponieważ czuję przeraźliwe zimno i staram się zablokować ciemność, która chce mnie teraz pochłonąć. Niech to już się skończy. Wbijam wzrok w splecione palce i wtedy słyszę tak bardzo boleśnie znajomy głos.

- Witaj, córeczko. Trochę się nie widzieliśmy.



Przepraszam za opóźnienie. Mam nadzieję, że wam się podoba.
Chciałam wam podziękować, za kosmiczną ilość wyświetleń każdego dnia! Jesteście najlepsi! 
Kocham Was,
V.