wtorek, 7 kwietnia 2015

Rozdział 19

"Co?"




Justin's POV

Właśnie jestem w trakcie żartobliwego sprzeczania się z Camile oraz Za, kiedy odzywa się mój telefon. Wyciągam go z kieszeni i nie patrząc kto dzwoni, obieram:
- Halo? 
- Cześć, Biebs. - Po drugiej stronie słuchawki słyszę charakterystyczny, lekko ochrypły głos Miley.
- O, hej Mils! Co tam? - pytam, siadając na swoim miejscu i sącząc mocnego drinka, którego przed momentem wręczył mi Ryan.
- W porządku. Wiesz, ostatnio dzwonię po znajomych i zadaję im pewne pytanie - wzdycha nonszalancko. - Teraz przyszła pora na ciebie.
- Super, ale nie bardzo mam teraz na to czas - odpowiadam, nie mając pojęcia do czego ona zmierza. Niech nie zawraca mi teraz głowy.
- Ależ oczywiście, że masz. Nie próbuj się nawet rozłączyć - warczy, przez co się prostuję. O co jej chodzi?
- No dobra, już dobra. Pytaj, skoro musisz - odpowiadam równie nieprzyjemnie co ona. Naprawdę mam teraz lepsze rzeczy do roboty, niż użeranie się z nią.
- Powiedz mi w takim razie, jak nazywa się facet, który umawia się ze świetną dziewczyną, robi jej nadzieje, spędza z nią fajnie czas, traktuje ją jakby należała do niego, a potem nagle odstawia ją na bok, dla jakiejś szurniętej panienki? 
Marszczę brwi. Co to za dziwne pytanie?
- No nie wiem, dużo epitetów ciśnie mi się na usta. - Wzruszam ramionami, choć ona nie może tego zobaczyć.
- Wymień chociaż trzy - poleca i milknie, czekając, aż coś powiem.
- Frajer? Dupek? Kretyn? - wymieniam, pociągając później spory łyk drinka.
- A więc jesteś jebanym frajerem, dupkiem oraz kretynem, Bieber. Dodam od siebie jeszcze tępego kutasa, bo świetnie mi do ciebie pasuje - rzuca Miley, a ja natychmiast wstaję i odchodzę na bok, czując jak nerwy zaczynają we mnie buzować.
- Słucham? - pytam wściekle. - Co to ma znaczyć, do jasnej cholery?
- Dokładnie to co usłyszałeś - odpowiada dziewczyna, wyraźnie dumna z tego co mówi. - Jesteś ostatnim debilem, wybierając blondynę zamiast kogoś takiego jak Faith.
- Co? Co ty chrzanisz? - syczę, nie mając pojęcia co ją ugryzło.
- Gdzie jest Faith, huh? - pyta Miley z jadem i zarzutem w głosie.
Już, już chcę jej odpowiedzieć, że siedzi z nami, ale wtedy orientuję się, że nigdzie jej nie ma. Rozglądam się po całym dacho-tarasie, ale na marne próbuję ją znaleźć. Powoli zaczyna do mnie docierać dlaczego Miley się tak zachowuje. 
- Kurwa - mamroczę nieświadomie do słuchawki, dając jednocześnie satysfakcję mojej rozmówczyni. 
- Gratulacje Bieber, należą ci się owacje na stojąco. Koncertowo to spieprzyłeś - mówi, a potem w słuchawce rozlega się ciągły, irytujący dźwięk. Rozłączyła się.
Przez chwilę stoję w osłupieniu, niezdolny do żadnego ruchu. W porę jednak się otrząsam i ile sił w nogach biegnę w stronę wind. Jestem więcej niż pewien, że Faith już dawno stąd pojechała, ale nie mogę za nic zrozumieć dlaczego. Okej, może nie poświęcałem jej dzisiaj zbyt dużo uwagi, ale była jakaś dziwna, a ja nie chciałem sobie psuć zabawy. Chociaż z drugiej strony, jak teraz na to patrzę, to zachowałem się jak rasowy dupek. Cóż, Miley już mnie podsumowała i to dosyć trafnie, jak myślę. 
Nie myśląc o konsekwencjach, wsiadam w samochód i z piskiem opon ruszam w kierunku mieszkania Faith, zostawiając za sobą zdezorientowanego Hugo oraz kilku imprezowiczów, którzy postanowili zejść na dół. Mój telefon praktycznie natychmiast zaczyna dzwonić, ale wyciszam go i rzucam na siedzenie obok. Jedyne co teraz się dla mnie liczy, to znalezienie Faith i wyjaśnienie tego, co się stało. Chyba jestem wkurzony, chociaż do końca nie jestem pewien.
W końcu dojeżdżam pod znany mi doskonale budynek, wysiadam z wozu i pędzę do wind, a później jej mieszkania. Pukam i  po chwili drzwi się otwierają. Przede mną stoi zalana łzami, kompletnie rozbita Faith, a moje serce łamie się na pół na ten widok. Jednak jestem zbyt wściekły i zdezorientowany, żeby jakoś na to zareagować.
- Co ty do jasnej cholery wyprawiasz? - warczę i wchodzę do środka, mając gdzieś, że mogę kogoś obudzić. Robię kilka kroków w stronę Faith, ale ona się odsuwa.
- Zostaw mnie - mówi błagalnie przez łzy, a ja przystaję zupełnie zaskoczony.
- Co? - Wbijam w nią swoje spojrzenie, czekając na jakiekolwiek wyjaśnienia.
- Wracaj tam. To twój świat. Ja do niego nie pasuję i już nawet nie należę - duka, odsuwając się za każdym razem kiedy próbuję się do niej zbliżyć. Co tu jest grane? O czym ona mówi?
- Słucham?
- Justin, proszę cię. Wyjdź stąd - błaga i wygląda tak, jakby zaraz miała umrzeć. Boże, nie, nie, nie!
- Dlaczego? Co się stało? - pytam, marszcząc brwi.
- Kim ja dla ciebie jestem co? - kontruje, przybierając nieco obronną postawę. - Wiem, że nic dla ciebie nie znaczę. Nie chcę być tylko kolejną zabawką, którą za chwile odstawisz na półkę. Nie jestem wystarczająco silna, by to znosić. Więc jeśli masz mi coś do powiedzenia, to proszę, teraz jest na to moment. A jeśli nie, jeśli jestem dla ciebie tylko na chwilę, to prosze cię wyjdź. - Płacze, z każdą chwilą coraz bardziej, a ja zaczynam czuć przerażenie.
Patrzę na nią przez chwilę, nie mogąc uwierzyć w to co się dzieje. Nie, ona nie może wymagać ode mnie, bym składał jej teraz obietnice. Nie jestem na to gotowy. Nie mam głowy do związków.
- Faith, ja... - zaczynam, ale nie wiem co mam dalej mówić. To i tak niczego nie zmieni.
- Więc wyjdź - rzuca słabo i zamyka oczy, a ja bez chwili zastanowienia spełniam jej prośbę.
Patrząc na nią po raz ostatni z pękającym sercem opuszczam mieszkanie i jednocześnie jej życie. Wiem, że teraz może mnie nienawidzić, ale przestraszyłem się. Nikt nigdy nie wymagał ode mnie zobowiązań, to ja dyktowałem warunki w relacjach z kobietami, nigdy odwrotnie. Faith postawiła mnie przed jasnym, klarownym wyborem, a ja nie potrafiłem tak szybko podjąć sensownej decyzji. Ucieczka to najlepsze co mogłem zrobić. Chociaż teraz zaczynam mieć wątpliwości.
Wychodzę z budynku i natychmiast nabieram chłodnego powietrza do płuc. Jasna cholera, czy ja właśnie przed momentem zostawiłem Faith? Zamykam oczy i wyrzucam z siebie kilka przekleństw, po czym biegiem ruszam do samochodu. Wszystko się we mnie gotuje i skręca, kiedy przypomnę sobie sytuację sprzed kilku minut, ale po chwili uświadamiam sobie, że tak będzie lepiej. Nie jestem do końca przekonany, czy potrafiłbym dać jej to czego ode mnie oczekuje. Ja i długotrwały związek? Nie, to chyba nie może wypalić.
Gdy jestem w samochodzie, natychmiast ruszam z parkingu i jadę do siebie. Nie mam ochoty wracać na imprezę, do tych wszystkich ludzi, którzy prawdopodobnie są już porządnie pijani, a przy tym nieziemsko irytujący. Potrzebuję samotności i trochę dobrego whisky, ponieważ ja również nie zamierzam skończyć tego dnia na trzeźwo. Nie, kiedy z każdym kolejnym przebytym metrem uświadamiam sobie, jak wielki błąd popełniłem.

Dwa dni później...

Dwa dni. Ta pieprzone dni. Tęsknię za nią coraz bardziej. Brakuje mi jej śmiechu, głosu, zapachu, ciepła... Odkąd zostawiłem ją tamtego wieczoru coś we mnie pękło. To był pewien rodzaj agonii. Nie czułem się w ten sposób od... nigdy. Zawsze starałem się być odporny na takie kłopoty, ale teraz jest to wręcz nie wykonalne. Wiem, że ona w swoim mieszkaniu musi przechodzić istne męki, a świadomość, że to wszystko moja wina doprowadza mnie do szału. Nie przeżywałbym tak tego aż tak bardzo, ale wiem jak trudno jest jej poradzić sobie z samą sobą, a kolejny ból, który jej zafundowałem może być kroplą przepełnienia. Nigdy nie zapomnę widoku jej przerażonej, zbolałej, zalanej łzami twarzy... Chciałem ją przytulić, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze i żeby się uspokoiła, a jednak zwiałem. Jak tchórz, pieprzony frajer. Ale musiałem dać sobie czas, to działo się zbyt szybko. Przez te dwa dni, które praktycznie spędziłem w domu, nie licząc wypadów do studia, dużo myślałem. Chciałbym dać Faith to czego potrzebuje, ale nie jestem pewien, czy potrafię. W ostatnim poważnym związku byłem jeszcze w Kanadzie i patrząc na mój wiek wtedy to ciężko to nazwać poważnym, ale trudno. Z Caitilin byłem dopóki nie wyleciałem do Atlanty i pamiętam, że bardzo przeżywałem nasze rozstanie. Nie jestem do końca pewien czy ją kochałem, ale na pewno życia sobie bez niej nie wyobrażałem. A potem pojawił się Scooter i jednak musiałem życie bez niej zaakceptować. 
Ale Caitilin nie jest Faith, a nasza relacja ze szczeniackich lat nie umywa się nawet do tej, którą mam teraz. Albo raczej, którą straciłem na dobre. Jednak zrozumiałem, że tak będzie na chwilę obecną lepiej dla nas obojga. Muszę skupić się na sobie i poukładać myśli, by później móc jakoś rozwiązać całą tą sytuację. Nie chcę udawać, że nigdy nie znałem Faith, bo takie zachowanie zasługiwałoby na wszystko co najgorsze. 
Dręczy mnie to, że nie mam pojęcia co się u niej dzieje. Nie wiem jak się czuje i czy ataki przybrały na sile, ale po tym jak wyglądała tamtej nocy, mogę pokusić się o stwierdzenie, że nie jest lepiej. Może powinienem zadzwonić do Angie i wypytać ją o szczegóły, ale całkiem możliwe, że odprawi mnie z kwitkiem za to, jak potraktowałem jej najlepszą przyjaciółkę. 
Jest środek nocy, a myśli są tak agresywne i bolesne, jakby chciały mnie zagryźć. Odkąd porzuciłem rozbitą na miliard kawałków Faith nie przespałem porządnie ani jednej nocy, a kiedy nie śpie, myślę o niej. To mnie zabija, ale muszę wytrzymać. Tak będzie dla niej lepiej. Nie chcę jej skrzywdzić bardziej niż powinienem. Ona na to nie zasługuje. 
Całe szczęście jest przy mnie Camile oraz Ryan, którzy mnie wspierają i starają się dodać otuchy, gdy zaczynam szaleć. Pytają mnie, dlaczego nie wrócę do Faith skoro tak za nią tęsknię, ale ja nie umiem im tego wytłumaczyć. Sam muszę sobie z tym poradzić. Jeszcze nie wiem co zrobię, ale muszę upewnić się, że to będzie najlepsze wyjście.

Faith's POV

Dwa dni. Dwa cholernie długie, bolesne, popaprane dni minęły odkąd zostawił mnie zupełnie samą. Nie mam zielonego pojęcia jakim cudem udawało mi się wstawać do pracy i jakoś tam przetrwać do siedemnastej. Byłam obecna ciałem, ale na pewno nie duchem. W głowie cały czas na nowo rozgrywałam scenę z tamtego wieczoru, kiedy moje serce roztrzaskało się na miliony kawałków, fundując sobie tym samym nową dawkę łez.
On odszedł, a ja chcąc nie chcąc muszę to zaakceptować. Powinnam się cieszyć, że skończyło się to wcześniej, niż później, ale to tak samo głupie, jak wmawianie sobie, że tak będzie lepiej.
Dopiero teraz, w tak bolesnej sytuacji uświadomiłam sobie, jak bardzo się zakochałam. To nie zwykłe zauroczenie, które minie za jakiś czas. To znacznie więcej. Nasza relacja jest, a raczej była zdrowo pokręcona; przypominała jedno wielkie koło fortuny, które nigdy nie dawało nam szczęścia na długo. 
Wiem, że powinnam się jakoś pozbierać i pewnie to zrobię, ale jeszcze nie teraz. Mogę przecież jeszcze trochę pożyć sobie w tym słodkim otępieniu. 

- Dzisiejszy wieczór też zamierzasz spędzić w moim łóżku? - pyta Angel, kiedy przewracam kolejną kartkę jakiejś dennej książki o miłości. 
- "Skostniałe serce ogrzewam nie w ramionach bliskiej osoby, lecz w ukochanym, czerwonym kocu, a tę przerażająca pustkę w duszy wypełniam czekoladą i gorącą herbatą. Jak widać sama radzę sobie całkiem nieźle ...'' - czytam w odpowiedzi. - Fajny cytat, nie? - Unoszę na wpół obecny wzrok i spotykam się z gromiącym spojrzeniem ze strony mojej przyjaciółki.
- Nie, jest koszmarny - rzuca stanowczo, podchodząc do mnie i siadając obok. - Przestań się zadręczać. Wiem, że to nie jest najłatwiejsza sytuacja, ale bądźmy szczerzy, przechodziłaś przez gorsze rzeczy. - Wyciąga książkę z moich dłoni i kładzie ją na szafce. 
- Właśnie dlatego nie chciałam się do niego zbliżać, wiesz? Dlaczego mnie nie powstrzymałaś? Przecież to było z góry skazane na niepowodzenie. Czemu niby taki facet jak on, miałby porzucać swoje stare nawyki dla kogoś takiego jak ja? Nie mam w sobie nic, co mogłoby go zatrzymać. I mimo, że jestem wściekła na niego, bo odszedł, to go zrozumiem. 
- Skończ, Faith. Natychmiast - warczy. - Nie wolno Ci rozmyślać za dużo. Wstań, pobiegaj, posprzątaj dom, upiecz ciasto, a potem je zjedz, wsiądź na rower, potańcz, idź na spacer. Rób wszystko na co masz ochotę, tylko nie rozmyślaj. To cię niszczy. - Angel łapie moje dłonie i patrzy na mnie z takim żalem i współczuciem, że po raz setny tego dnia zbiera mi się na płacz. 
- W końcu mi przejdzie. - Wzruszam ramionami. - To taka przyjemna agonia. 
- Dość - syczy Angel i wstaje z łóżka. - Koniec, nie mogę już na ciebie patrzeć, kiedy jesteś w takim stanie. Wstawaj, idziemy pobiegać. Nie sądziłam, że aż tak będziesz to przechodzić.
- Kobiety znoszą to o wiele gorzej, ale to pewnie dlatego, że w dzieciństwie składa im się znacznie większe obietnice szczęścia niż facetom - odpowiadam beznamiętnie i naciągam na siebie koc, informując tym samym Angel, że nigdzie się nie wybieram.
- O nie, nie, moja droga - śmieje się ironicznie moja przyjaciółka i ściąga ze mnie ukochany, beżowy koc. - Nie przeleżysz tu kolejnego wieczoru. Musisz jakoś wyrzucić z siebie te wszystkie pochrzanione uczucia i w końcu o nim zapomnieć.
- To raczej niewykonalne, zważywszy na to, że pojawia się w gazetach, telewizji, radiu standardowo co jakieś dwa dni - mamroczę oschle, przewracając się na drugi bok.
- Zaraz użyję siły, przyrzekam - kontruje Angie i pociąga mnie za nogi. - Ubieraj się. Musisz wrócić do normalnego trybu życia, bo wszyscy potrzebujemy wesołej, zabawnej, silnej Faith, a nie tej kupki nieszczęścia jaką jesteś teraz. No, dalej. Wstajemy.
Mimo moich oporów Angel udaje się wyciągnąć mnie z łóżka, zmusić do przebrania się w dresy i wyjścia z domu. Na zewnątrz powoli zaczyna zmierzchać, dzięki czemu okolica skąpana jest w pomarańczowym świetle zachodzącego słońca. Biegniemy z Angel w dół ulicy, zmierzając do pobliskiego parku. Gdy do niego docieramy nie ma w nim zbyt wielu ludzi, przez co wygodniej nam się biega. Mimo iż na początku byłam nastawiona sceptycznie do tego pomysłu Angie, to teraz jestem jej za to wdzięczna. Rzeczywiście z każdym przebytym metrem czuję, że całe to rozżalenie i smutek opuszcza moje ciało. Może tak musiało być? Miałam rację z tym, że on i ja to związek niemożliwy. 
Kiedy wracamy do domu, w dużym pokoju zastaję Iana bawiącego się z Gracie oraz mamę pogążoną w pracy na laptopie. Po chwili nas zauważa, więc wstaje z krzesła i podchodzi bliżej.
- Jesteście głodne? - pyta spokojnie, mierząc nas badawczym spojrzeniem.
- Pewnie! - rzuca Angel, ściągając buty i wkładając je do szafy. 
Uśmiecham się słabo, po czym wymijam obie dziewczyny i podchodzę do mojej siostrzyczki, którą zaraz biorę na ręce.
- Co słychać, kochanie? - pytam słodko i zaczynam nami lekko kołysać.
Dziewczynka wesoło się śmieje w odpowiedzi, po czym ociera kroplę potu spływającej po mojej skroni.
- Tak, siostra się trochę spociła, ale wyszło jej to na dobre. Może nie wygląda, ale tak jest - mówię z rozbawieniem, po czym całuję ją w czoło i odstawiam na podłogę, by mogła podreptać do swoich zabawek. 
- Jak się czujesz? - pyta Ian, gdy upewnia się, że Gracie zajęła się sama sobą.
- Lepiej, dziękuję. - Wyginam usta w krzywym uśmiechu. - Pójdę wziąć prysznic.
- Przydałoby się - odpowiada żartobliwie Ian, posyłając mi drwiące spojrzenie, za co zgarnia ode mnie uderzenie w ramię.
Chłopak krzywi się, udając, że go to zabolało, a potem wybucha głośnym śmiechem, na co przewracam oczami i idę do łazienki. Tam biorę szybki prysznic i zakładam na siebie wcześniej przygotowaną piżamę. Po około pół godziny schodzę na dół, gdzie spotykam się z pysznie wyglądającą kolacją. I mimo, że bardzo chcę zjeść coś więcej, jestem w stanie wcisnąć w siebie tylko kromkę chleba z serem i ciepłą herbatę. To i tak sukces, bo od ostatniego czasu mój żołądek przyjmuje tylko napoje i lekkie owoce. Po kolacji pomagam Ianowi posprzątać stół, ponieważ wcześniej zaoferował się, że to zrobi.
- Na pewno jest już lepiej? Nadal wyglądasz przybitą - wzdycha, gdy podaje mi talerz, który wkładam do zmywarki.
- Bo tak się czuję - odpowiadam spokojnie, wzruszając ramionami. - Wyrzuciłam trochę z siebie, ale w dalszym ciągu nie jest okej. 
- Za każdym razem, kiedy widzę twoje łzy mam ochotę zabić go jeszcze bardziej - oznajmia Ian, przez co posyłam mu mordercze spojrzenie.
- Przestań. Nie mów tak. Trudno, tak miało być - odpowiadam ostrzegawczym tonem i zamykam zmywarkę, włączając ją uprzednio.
- Jasne, z pewnością miałaś tak cierpieć przez tego frajera - warczy. - Od początku wiedziałem, że on to tylko kłopoty.
- To dlaczego mnie nie ostrzegłeś? - pytam z wyrzutem, tracąc panowanie nad tym co mówię. O nie, błagam.
- Próbowałem! - syczy cicho, by mama z Angel nas nie usłyszały. Dzięki Bogu są kompletnie pogrążone w rozmowie. 
-Ale ty w ogóle nie reagowałaś! - dodaje. - Teraz masz to, czego sama chciałaś.
Te słowa są dla mnie niczym cios wymierzony w policzek. Patrzę na Iana i czuję, jak do oczu cisną mi się łzy. Zabolało.
- Faith... Przepraszam, ja... - zaczyna Ian, gdy zauważa, że zaczynam się sypać.
- Nie, jest okej. Masz rację - odpowiadam, bardzo starając się nie stracić nad sobą kontroli. 
- Naprawdę? - pyta ostrożnie, przyglądając mi się uważnie.
- Tak. - Kiwam głową. - Rzeczywiście próbowałeś mnie ostrzec. Nie słuchałam. Ale nie chcę już o tym gadać, chcę się położyć - mamroczę cicho, po czym biorę łyk zimnej wody.
- Śpij dziś ze mną - oferuje, a ja patrzę na niego zdziwiona.
- Co? - wyrzucam z siebie.
- Daj wyspać się Angel. Jest z tobą cały czas, nawet wtedy kiedy miewasz ataki. Wiem, że znów je masz, nie jestem głuchy - wyjaśnia, gdy otwieram usta, by zapytać skąd o tym wie. - Wszyscy wiemy. Tak czy inaczej, chcę dzisiaj być z tobą, kiedy znów będziesz mieć jednen z nich. Niech Angel odpocznie.
Rzeczywiście, do tej pory nie myślałam o tym, że Angie musi być zmęczona moimi atakami. Wolałabym być wtedy sama w pokoju, ale póki jest tu moja mama, to niemożliwe. Ian ma rację, muszę dać Angie odpocząć.
- Jesteś tego pewien? - pytam niepewnie, zagryzając nerwowo wargę.
- Oczywiście. Poza tym mam chyba więcej siły niż Angel, żeby cię przytrzymać kiedy się rzucasz.
- Skąd wiesz, że to robię?
- Zawsze to robisz - odpowiada Ian, uśmiechając się do mnie blado. 
Jest mi cholernie źle z faktem, że mają tak zdrowo pochrzanioną przyjaciółkę. Nie zasługuję na nich. Ale jednocześnie wiem, że mogę liczyć na tych dwoje w każdej najgorszej chwili.
- Dziękuję - szepczę i przytulam się do niego, wdychając przyjemny zapach, który ma jego bluza. 
- Nie ma sprawy. - Ściska mnie mocniej, a potem dołączamy do mojej mamy oraz Angie, które siedzą na kanapie i oglądają telewizję.
Sadowię się w wygodnym fotelu po prawej stronie, podciągam pod siebie nogi i patrzę na Gracie, która bawi się pod antresolą swoimi zabawkami, których jest wszędzie pełno. Uśmiecham się mimowolnie, gdy malutka zaczyna mówić sama do siebie słowa, które w większości rozumie tylko ona. 
W tle słyszę jakiś kanał informacyjny, ale nie bardzo się na tym skupiam dopóki nie słyszę imię faceta, który dwa dni temu odszedł z mojego życia. Automatycznie obracam głowę w kierunku telewizora i skupiam na nim całą swoją uwagę, wsłuchując się w słowa prezenterki. Mówi coś o tym, że Justin przekazał ostatnio sporą sumę na cele charytatywne, że niedługo wyda jakąś piosenkę oraz że jutro ma udzielić wywiadu w radiu, a na koniec wspomina o Camile. Gdy słyszę imię tej dziewczyny krew ścina mi się żyłach. Zamykam oczy, kiedy na ekranie pojawiają się ich wspólne zdjęcia z dzisiejszego lunchu w Los Angeles. Nie chcę na to patrzyć, rana którą mam w sercu jest jeszcze zbyt świeża. 
Ktoś przełącza program, ale to i tak już nic nie zmienia. Chce mi się wyć, cały mój lepszy humor poszedł się pieprzyć w jednym momencie. Wstaję z fotela i bez żadnych zbędnych słów idę do pokoju Iana, gdzie kładę się na łóżku przesiąkniętym jego zapachem i zaczynam płakać. Z bólu, z tęsknoty... z miłości.

Gdzieś w środku nocy czuję jak silne, męskie ramiona oplatają mnie w pasie i na początku mam wrażenie, że to Justin, ale później z rozczarowaniem stwierdzam, że to tylko Ian. Tak czy inaczej jestem mu wdzięczna, ponieważ coś mi mówi, że mój nocny koszmar się do mnie zbliża. I jak się później okazuje, wcale się nie mylę.

Rano budzę się niewyspana, rozkojarzona i obolała. Niechętnie wstaję z łóżka, starając się przy tym nie obudzić Iana i idę przygotować się do kolejnego dnia w pracy. Gdyby nie to, że potrzebuję pieniędzy, to rzuciłabym to w cholerę. Bycie asystentką nawet tak seksownego faceta, jakim jest Chris to nie moja bajka. Ale muszę to robić, aby się usamodzielnić, cały czas to sobie powtarzam. 
Kiedy już jestem gotowa do wyjścia w kuchni pojawia się mama oraz Gracie, a zaraz po nich wpada Angel, jak zwykle świetnie wyglądając. Witam się z nimi lekko wymuszonym uśmiechem, a potem, by uniknąć porannych pogawędek, które teraz mnie męczą, wychodzę z domu. 
W biurze jestem na czas i na całe szczęście czeka mnie tego dnia wiele pracy. Muszę być obecna na trzech, z czertach spotkań Chrisa, które dzięki Bogu odbywają się dzisiaj na naszym terenie. 
Nie wychodzę na lunch, bo nie jestem głodna, a poza tym mam trochę papierkowej roboty. Gdzieś na godzinę przed moim wyjściem z pracy dzwoni mój telefon.
- Witam, z tej strony Rachel Smith, asystentka pana Johnsona. Dzwonię, by potwierdzić dzisiejsze spotkanie. - Słyszę w słuchawce beznamiętny głos kobiety.
O cholera, na śmierć zapomniałam o tym spotkaniu. Nie jestem do niego w ogóle przygotowana, niech to szlag.
- Eee, tak. Pojawię się. Osiemnasta, tak? - pytam, udając, że nic się nie stało.
- Zgadza się. W takim razie pan Johnson będzie pani oczekiwał. Dziękuję. - Po tych słowach rozłącza się, a ja zagryzam wargę.
Jestem teraz jeszcze bardziej zdenerwowana niż wcześniej, ale poniekąd cieszę się, że będę mieć już tę rozmowę za sobą. Chcę, żeby przynajmniej mój ojciec dał mi spokój, wtedy miałabym o połowe mniej problemów. Zastanawiam się, jak to możliwe, że jeszcze doszczętnie nie oszalałam.
Kończę pracę jak zwyklę po siedemnastej. Zakładam marynarkę na ramiona, żegnam się ze współpracownikami i opuszczam budynek, czując jak żołądek skręca mi się nieprzyjemnie z każdym kolejnym krokiem. Im bliżej spotkania, tym mam coraz więcej wątpliwości. Boże, miej mnie w swojej opiece.
Wsiadam do samochodu i zauważam na tylnym siedzeniu bluzę Iana. Co ona tu robi i dlaczego wcześniej jej nie widziałam? Po chwili stwierdzam, że to nie wcale nie jest dziwne, patrząc na mój obecny stan. Wzdycham ciężko i ruszam z miejsca parkingowego, które należy do mnie. 
Jedzie mi się całkiem przyjemnie, dopóki nie okazuję się, że słucham stacji, w której Justin ma dzisiaj wywiad. Wyciągam dłoń, by zmienić stację, ale coś mnie powstrzymuje. Tak bardzo tęskniłam za jego głosem... 
- Dzisiaj w studiu gościmy świetnego faceta. Co tam, Justin? - woła wesoło prezenter.
- W porządku, stary. Dzięki - śmieje się Justin, a ja zamykam na chwile oczy, słysząc ten cudowny dźwięk. Ktoś kto obserwowałby mnie z boku, spokojnie mógłby stwierdzić, że ma do czynienia z masochistką.
Prezenter i Justin zaczynają rozmowę pełną śmiechu, poważnych pytań o przyszłość i tym podobne. W końcu przychodzi czas na część, która łapie moją uwagę najbardziej.
- Nie mogę nie zadać tego pytania, przepraszam. Twoi fani mnie trochę do tego zmusili - śmieje się nerwowo prezenter.
- Dawaj, śmiało - zachęca go Justin spokojnym i opanowanym głosem.
- Okej. Więc byłeś widywany ostatnio z niejaką Faith Withford, prawda? Swoją drogą to piękna dziewczyna. 
- Zgadza się - wtrąca Justin, a ja o mało co nie hamuję gwałtownie. Co on wyprawia? 
- Do czego zmierzasz? - pyta chłopak, wyraźnie zaintrygowany tematem.
- Twoi fani są ciekawi, czy łączy was coś więcej, czy może to tylko przyjaźń, jak na przykład z Camile? 
- Cóż, Faith to wspaniała dziewczyna, tak samo jak Camile. Zobaczymy co przyniesie przyszłość, ale póki co porozmawiajmy może o czymś innym, okej? - Wygląda na to, że Justin trochę się pogubił, podobnie zresztą do mnie.
- Jasne, ale odpowiedz na pytanie - śmieje się prezenter. - Ty i Faith to coś poważnego?
- Kto wie - odpowiada Justin, a zaraz potem śpiewać zaczyna Whitney Huston. 
Jestem zszokowana tym co powiedział i jednocześnie strasznie wkurzona. Jak on może tak mówić? Jeszcze przed chwilą dał mi do zrozumienia, że mnie nie chce, a teraz odstawia coś takiego.
Pod wpływem emocji łapię telefon i wystukuję smsa, zaadresowanego do niego.

Do: Justin
Przestań kłamać. 

Wysyłam wiadomość, odkładam komórkę i okazuje się, że praktycznie jestem na miejscu. W jednej chwili przestaję myśleć o Justinie, skupiam się teraz w stu procentach na facecie, z którym chcąc nie chcąc muszę się spotkać. Nie wiem, czy mój ojciec by tego chciał i czy to na tym właśnie mu zależało, ale teraz mam to gdzieś. Liczy się dla mnie bezpieczeństwo mojej rodziny, a nie jego zakichane interesy. 
Wchodzę do budynku, który jest imponujący. W środku przeważa biel oraz czerń, co powoduje to wnętrze bardzo nowoczesnym. Praktycznie od razu na spotkanie wychodzi mi postawny mężczyzna ubrany w czarny, dobrze skrojony garnitur.
- Panna Wihford? - pyta niskim głosem, mierząc mnie wzrokiem.
- Tak. - Kiwam głową i rozglądam się po wnętrzu.
- Pan Johnson oczekuje już pani. Proszę za mną.
Posłusznie robię to, co poleca mi mężczyzna i ruszam za nim, przemierzając szeroki korytarz. Docieramy do masywnych podwójnych drzwi wykonanych z ciemnego drewna, które po chwili otwiera mój przewodnik. 
- Zapraszam - rzuca uprzejmie, a kiedy przekraczam próg, drzwi cicho się zamykają.
Niepewnie robię krok w przód, ogarniając wzrokiem pomieszczenie, które niewiele różni się od biura Chrisa. Czy wszyscy prezesi urządzają tak swoje miejsca? To mało oryginalne. 
Na końcu długiej i przestronnej sali widzę biurko, przy którym siedzi mężczyzna w średnim wieku, rozmawiający przez telefon. Jest obrócony tyłem do mnie, ale kiedy słyszy, że ktoś jest w śroku natychmiast się odwraca. Z daleka nie widzę jego twarzy zbyt dokładnie, lecz gdy podchodzę bliżej jego biurka zasycha mi w ustach. Patrzę na niego z szeroko otwartymi oczami, czując jak serce chce wyrwać mi się z piersi.
- Ja pana znam - dukam i mrugam kilka razy. Wspomnienia z dzieciństwa natychmiast wróciły.
- Słucham? - Mężczyzna za biurkiem marszczy brwi, patrząc na mnie ostrożnie.
- Pan był często w moim domu - wyrzucam z siebie, praktycznie tego nie kontrolując. - Pan i mój ojciec... O mój boże. - Głos mi się łamie, chcę stąd wyjść. Natychmiast. 
Johnson wstaje i podchodzi do mnie, ale ja robię krok w tył.
- Zamierza mi pani wytłumaczyć o co tu chodzi? - pyta trochę rozdrażniony, ale ja mam to gdzieś. Potrzebuję świeżego powietrza.
- Pan i mój ojciec... Wy razem to paliliście, a później on robił to wszystko... Boże... - Jestem w amoku, nie wiem co robię i muszę się uspokoić jeśli cokolwiek chcę dziś załatwić.
Mężczyzna podchodzi do mnie, łapie mnie za ramiona i mierzy wzrokiem.
- Kim jesteś? - pyta cierpko. - Kim jest twój ojciec? Uspokój się, dziecko.
Gapię się na niego i głęboko oddycham, próbując odzyskać zdrowy rozsądek. Zbierz się do kupy, Faith!
- Nazywam się Faith Wihford - mówię po chwili, kiedy jest mi już lepiej. 
- Od Wihfordów z Dallas? - pyta Johnson, lekko zluzowując uścisk. - Chodzi o Briana?
- Nie! - wykrzykuję, potrząsając głową. - Mogę usiąść? - pytam niepewnie.
- Oczywiście - zgadza się po chwili zastanowienia. - W takim razie o kim mówisz?
Biorę głęboki wdech, oblizując przy tym suche wargi.
- Kojarzy pan Scalpela? - Mój głos jest cichy i lekko drży, ale jest już znacznie lepiej.
Gdy wymawiam pseudonim mojego ojca, pan Johnson natychmiast blednie. Czyli wszystko się zgadza.
- Ricardo? 
- Dokładnie. - Kiwam głową. - Muszę z panem o nim pomówić oraz o interesach, jakie mógłby pan z nim prowadzić.
Mężczyzna milczy przez jakiś czas, a kolory na jego twarzy wracają. Tym razem jest nieco czerwony.
- Nie prowadzę z twoim...
- Wiem, że chodzi o narkotyki. Nie chcę tu żadnych niedomówień.
- Na prawdę przysłał tu ciebie, żeby to załatwić? - pyta ironicznie, patrząc na mnie z pobłażaniem. - Nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Takie biznesy wolę tworzyć z bardziej odpowiedzialnymi i solidniejszymi ludźmi. To, że przysłał tu swoją córkę jest żałosne.
- Niech mnie pan posłucha - proszę i zerkam na niego. - Nie robę tego, bo chcę. Robię to, bo muszę, w przeciwnym razie moja rodzina będzie miała kłopoty, a oboje wiemy, że mój ojciec nie jest zbyt normalnym i bezpiecznym człowiekiem. Więc jeśli nie chce mieć pan na sumieniu kilku osób, pomoże mi pan.
- Złotko, mam na sumieniu znacznie więcej osób, niż liczy twoja rodzina - oznajmia, pochylając się w przód i kładąc dłonie na biurku. - Ale co masz na myśli mówiąc, że robisz to, bo musisz?
- Ojciec powiedział, że potrzebuje pana z powrotem na liście swoich wspólników i że mam zrobić wszystko, by pan wrócił. W przeciwnym razie skrzywdzi moich bliskich. Niech mi pan wierzy, mam tysiąc lepszych rzeczy do roboty, niż załatwianie jakichś brudnych interesów człowieka, którego najchętniej zakopała siedem stóp pod ziemią - rzucam, czując buzującą w moich żyłach adrenalinę.
- Nie ty jedna tego chcesz. - Mruga do mnie znacząco, po czym dodaje: - Ten chory skurwiel naprawdę zastrasza cię tylko dlatego, że chce mnie? Nie może sobie znaleźć jakiegoś innego naiwniaka, który mu zaufa? 
- Nie wiem, naprawdę mam to gdzieś. Nie mam pojęcia co ja mam robić, a rozmowa z panem była pierwszym co przyszło mi do głowy. 
- Posłuchaj, dziecinko - wzdycha mój towarzysz. - Nie wiem dlaczego, ale chyba chcę ci pomóc. Ricardo nie tylko mi zalazł za skórę i sądzę, że musisz się dowiedzieć o jeszcze wielu rzeczach. Po pierwsze nie mów ojcu, że się spotkaliśmy. Gdy mówił, że masz mnie na nowo przywrócić, nie sądzę, że miał na myśli nasze spotkanie. Jestem pewien, że kazał ci to załatwić w inny sposób. Jesteś mądrą, młodą damą, wiesz? - Uśmiecha się do mnie lekko. - Mam ci wiele do powiedzenia, ale nie dzisiaj. Umówimy się kiedy indziej, dobrze? Tu masz moją wizytówkę. - Wręcza mi mały, czarny kartonik i patrzy na mnie spokojnie.
- Zadzwoń do mnie w przyszłym tygodniu - poleca i wstaje z krzesła.
- Dobrze - zgadzam się i również się podnoszę. - Dziękuję.
- Zrobisz to później. Do zobaczenia - mówi uprzejmie pan Johnnson, a potem odprowadza mnie do drzwi. 
Uśmiecham się lekko i skinieniem głowy żegnam się z mężczyzną.
Gdy tylko opuszczam budynek, głośno łapię życiodajne powietrze i próbuję jakoś to sobie poukładać. W głowie aż kotłuje mi się od nadmiaru myśli. Nie spodziewałam się, że to wszystko się tak obróci. Boże, za co mi to wszystko? Jestem słaba, od kilku dni żyję w jakimś cholernym otępieniu i nawet nie wiem jak mam się z tego pozbierać. Czuję się samotna, a przede wszystkim zagubiona. W środku mnie dzieje się coś dziwnego, ale jednocześnie bardzo znajomego. Potrzebuję odskoczni. Teraz jestem tego pewna. Wszystko się we mnie zbiera i zdaje się lada moment wybuchnąć, siejąc spustoszenie w moim ciele. Na to uczucie znam tylko jedno lekarstwo.
Wsiadam do samochodu, odpalam silnik i odrzucam głowę w tył, wiedząc, że powoli tracę nad sobą panowanie, a moja silna wola właśnie poszła się pieprzyć. Obracam się, sięgam po bluzę z kapturem oraz czapkę z daszkiem, którą zakładam na głowę i ruszam z parkingu. Mam ochotę zaćpać, a w tym mieście aż roi się od dilerów, których szczerze mówiąc nie będzie trudno znaleźć. Ćpuńskie miejscówki wszędzie wyglądają tak samo, a teraz nadszedł czas, by ich poszukać. Żegnaj, Silna Faith.
Odsuwając na bok wszystkie wątpliwości sięgam po telefon i wybieram numer Matta. Och, i nie dostałam odpowiedzi od Justina. Dzięki Bogu.
- Halo? - Matt odbiera po dwóch sygnałach.
- Gdzie znajde twojego kumpla dilera w Los Angeles? - pytam na jednym wdechu.
- Co? Wróciłaś? - pyta zaskoczony.
- Powiedzmy - rzucam niedbale. - To jak? 
- Wyślę ci adres. Do niego też zadzwonie, że niedługo tam będziesz - odpowiada, a ja odczuwam ulgę. - Chcesz to co zawsze?
- Tak - mówię i zagryzam mocno wargę. Chryste, tak dawno tego nie robiłam, że aż zapomniałam jak można się przez to wyluzować.
- W porządku. Dam mu znać. Teraz to naprawdę wisisz mi dobre whisky, Wihford.
- Będę w Dallas to ci jakieś podrzucę - śmieję się, a potem kończę rozmowę.
Po kilku minutach dostaję adres i ku mojej uciesze jadę w dobrym kierunku. Prawie pół godziny później pojawiam się w dzielnicy, która od początku nie wygląda na bezpieczną. Ale to właśnie w takich miejscach najczęściej można spotkać dilerów. Parkuję koło jakiegoś klubu, gdzie stoi masa osób, zakładam kaptur na głowę i zmierzam pod wskazany adres. Przed jednym z budynków widzę kilka osób, a gdy się zbliżam jedna z nich wychodzi mi na spotkanie.
- Jestem od Matta - oznajmiam na wstępie, w ogóle się nie bojąc. Przechodziłam przez gorsze sytuacje, naprawdę.
Czarnoskóry facet lustruje mnie spojrzeniem, kiwa głową, a później wraca do tamtej grupki. Czekam kilka minut, aż w końcu podchodzi do mnie ponownie i bez słowa wręcza mi małą torebeczkę strunową z białym proszkiem w środku. Oglądam towar, a potem daję facetowi pieniądze i jak zahipnotyzowana wracam do samochodu. Gdy jestem w środku osuwam się lekko na fotelu i zaczynam obracać w palcach paczuszkę pełną kokainy. Znajome uczucie zaczyna we mnie kwitnąć i o dziwo cieszę się  na nie. To takie przyjemne ssanie od środka, które sprawia, że dragi wydają się być jeszcze lepsze. Otwieram torebeczkę i już już mam zamiar ułożyć na czymś kreskę, ale wtedy przez moją głowę przelatuje obraz mojego brata i siostry. Nie, nie chcę teraz o nich myśleć. Potrzebuję zaćpać, wtedy zapomnę o wszystkim.
Drżącymi rękoma sięgam po telefon i wysypuję na ekranik trochę proszku. Czuję podekscytowanie, kiedy formuję kreskę palcami, a później oblizuję każdy z nich po kolei. Boże, zapomniałam jak dobrze to smakowało. Chcę znacznie więcej!
Wpatruję się w kokainę, która leży na moim telefonie i zaczynam odczuwać dziwny strach. Po mojej głowie zaczynają krążyć setki myśli, argumentów i wspomnień, które sprawiają, że jest mi coraz gorzej. Nagle zaczynam myśleć o Toddzie i o tym, jak bardzo cierpiałam, gdy go straciłam. Myślę też o moich ćpuńskich imprezach, o problemach jakie miewałam i o dniu, kiedy leżałam naćpana we własnej łazience. Przypominam sobie nagle oczy babci, które zobaczyłam zaraz po przebudzeniu i zaczynam płakać. Czy chcę znów widzieć ten ból i smutek? Czy znów chcę wpaść w to samo gówno? Czy chcę zaprzepaścić całe moje leczenie? Nie wiem, ale to wszystko co teraz się dzieje mnie przerasta. Nie umiem sobie z tym poradzić, mimo, że bardzo chcę. Nocne ataki mnie męczą i sprawiają, że czuję się jak wariatka. A może własnie nią jestem? 
Wciąż trzymam w dłoniach telefon i pod wpływem chwili popełniam największy błąd w swoim życiu, oprócz tego, którym było poznanie Justina. Wciągam kreskę, a potem odrzucam głowę w tył i zamykam oczy. Tak, to jest to czego potrzebowałam lub czego potrzebował mój umysł. Już dobrze, za chwilę poczuję się lepiej. 
I rzeczywiście tak się dzieje. Po drugiej kresce zaczynam być nad wyraz energiczna i mam wrażenie, że mogłabym przenosić góry. Chcę tańczyć, pić, śpiewać, krzyczeć! Och, a kiedy myślę o Justinie wybucham głośnym śmiechem. A kto to jest? Och, moje słodkie dragi. Dlaczego pozwoliłam wam zniknąć z mojego życia? Chcę więcej, więcej! 
Kiedy rzucam się po tylnym siedzeniu mojego bmw i śpiewam jedną z piosenek Shakiry, słyszę dzwoniący telefon. Najpierw go ignoruję, ale gdy dzwoni po raz drugi postanawiam go odebrać. Nudzi mi się, więc fajnie będzie pogadać sobie z kimś. 
- Halo? - Odbieram, przeciągając samogłoski i nie zwracając uwagi na to z kim rozmawiam.
- Czemu sądzisz, że kłamię? - Po drugiej stronie słuchawki słyszę pijany głos Justina. O kurwa.
- Nie wiem, a sądzę tak w ogóle? - rozbawiona pytam kompletnie bez sensu.
- Tak mi napisałaś... Chyba... Nie pamiętam - rzuca bełkocząc. - Musisz być na mnie zła, że odszedłem, no nie? 
- Jestem wkurwiona - odpowiadam śmiejąc się głośno i dotykając stopami sufitu. 
- Tak sądziłem - mówi. - Ale wiesz, byłaś chyba najlepszym co mi się trafiło - dodaje po chwili, ale ledwo rozumiem co mówi. Jest głośno tam gdzie jest, a on naprawdę bełkocze.
- Zalewasz - śmieję się jeszcze głośniej. - Fajnie było pogadać, ale teraz możesz już wracać do swojej Camile. Tylko nie przeleć jej zbyt mocno - chichoczę. - O nie, powiedziałam to.
- Co? - pyta Justin.
- Nic. Żegnaj Justin, baw się dobrze - mówię słodko, ponownie przeciągając samogłoski, a potem się rozłączam.  

Patrzę na swoje dłonie i śmieję się pusto. Właśnie rozmawiałam z Justinem; on kompletnie nawalony, ja naćpana. Para popaprańców, którzy próbują sobie poradzić z przytłaczającym ich życiem. Para popaprańców, którzy desperacko potrzebują odskoczni. Para popaprańców, której szansa na miłość uciekła przed nosem.


Przepraszam, kochani. Wiem, że daję ciała na całej linii. Wiem też, że rozdział jest krótszy niż zazwyczaj, ale tak chciałam go skończyć. 
Spodziewajcie się jutro niespodzianki! 

niedziela, 29 marca 2015

Rozdział 18

"Grand Piano"




Do biura przychodzę na kilka minut przed dziewiątą. Wciąż jestem trochę rozjuszona wcześniejszym spotkaniem z Camile, ale muszę to od siebie odsunąć. Teraz mam na głowie ważniejsze sprawy niż jakaś dziewczyna panosząca się po domu Justina. Później się tym zajmę. Muszę się skupić na szukaniu informacji na temat człowieka, którego potrzebuje mój ojciec i jak najszybciej załatwić to, co muszę. Wciąż jednak zastanawiam się nad jakimś innym, lepszym wyjściem. Nie wiem czy jestem w stanie poświęcić dobro firmy Chrisa aż tak. Chociaż z drugiej strony, moja rodzina jest dla mnie najważniejsza. Czuję się jakby przejechał mnie czołg, a to przecież dopiero początek.
- Jak tam pobyt w Dallas? - wita mnie Jessica, gdy przychodzę odebrać kartę.
- Nie najgorzej - kłamię i uśmiecham się przelotnie. - A co tu się działo?
- Nic specjalnego, ta sama monotonia od kilku lat - wzdycha Jess, przewracając oczami i wręczając mi kartę. 
- Dzięki. Lecę, zanim szef się wkurzy. - Mrugam do niej i jak najszybciej odchodzę od recepcji, chcąc uniknąć jej dalszego wypytywania. Nie mam dziś na to siły.
W tej części biura, w której pracuję kręci się już kilka osób, w tym Caren, która obdarza mnie promiennym uśmiechem, ale nie podchodzi bliżej. Dziękuję jej za to w myślach, a gdy podchodzę do swojego biurka i zauważam stos papierów czekających na mnie czuję ogromną radość. To pozwoli mi oderwać myśli od tego wszystkiego co się u mnie dzieje i skupić się na pracy. Jednak zanim mam siadam na krześle, słyszę za sobą ciche chrząknięcie. Odwracam się i moim oczom ukazuje się Chris, który uśmiecha się do mnie przyjacielsko. Nieświadomie lustruję go wzrokiem i natychmiast tego żałuję, ponieważ czuję jak cała się rumienię, kiedy uświadamiam sobie, jak doskonale wygląda w szarym garniturze. 
- Mogę cię na chwilę do siebie prosić? - pyta i przechyla lekko głowę w bok.
- Oczywiście. - Kiwam lekko głową i podążam za nim, kiedy rusza w stronę swojego gabinetu.
W pomieszczeniu jest bardzo czysto, ale jednocześnie przyjemnie. Dookoła roznosi się przyjemny zapach, a widok za oknem zapiera mi dech w piersiach za każdym razem ilekroć tu wchodzę. Chris siada za biurkiem i pokazuje wzrokiem, bym ja również siadła po drugiej stronie.
- Jak udał się wyjazd? - W jego głosie słyszę ciepło, jak za starych dobrych czasów. Teraz to nie jest Chris Prezes, ale Chris Przyjaciel, za którym tęskniłam.
- Dałam radę - odpowiadam dyplomatycznie, chociaż mam wrażenie, jakby Chris nie do końca tego oczekiwał. 
- Na pewno? 
- Tak, Chris. Na pewno. Dziękuję za troskę. To nie było coś, z czym mogłabym sobie nie poradzić. - Kolejne kłamstwo.
- Posłuchaj, Faith - zaczyna, po czym przenosi ręce na blat i pochyla się w moją stronę z troską wymalowaną na twarzy. - Może czasami zachowuję się tutaj jak sztywniak, ale tego wymaga sytuacja...
- Spokojnie, ja to rozumiem - wtrącam i uśmiecham się krzywo.
- Cieszę się, ale daj mi skończyć. - Mruga i oblizuje wargi, skupiając na mnie całą swoją uwagę. Nie jestem pewna, czy mi się to podoba. - Widzę, że od jakiegoś czasu jesteś na świeczniku i po prostu się o ciebie martwię. Nie wiem jak sobie z tym radzisz i czy w ogóle to robisz, ale pamiętam jak źle było, kiedy mieszkałem jeszcze w Dallas. - Gdy to słyszę, czuję bolesne szarpnięcie w żołądku, ale wciąż milczę. - Cieszę się, że znalazłaś sobie kogoś i mam nadzieje, że jesteś z nim szczęśliwa. To jednak nie zmienia faktu, że nadal jesteś dla mnie ważna, pomimo, że rozstaliśmy się te kilka lat temu tak naprawdę z mojego powodu. Pamiętaj, że zawsze ci pomogę, nie ważne co by się działo. Chciałbym odbudować naszą przyjaźń i jednocześnie się jakoś o ciebie zatroszczyć. Nie zrozum mnie źle, ale nie wyglądasz od paru dni najlepiej. 
Z każdym kolejnym jego słowem nie wierzę własnym uszom. Dlaczego tak nagle mi o tym wszystkim mówi i dlaczego do cholery mam wrażenie, że to nie tylko chęć odbudowania znajomości?  Nie żebym tego nie chciała, bo bardzo lubię i cenię Chrisa, ale to wszystko wydaje mi się dziwne. 
- Dziękuję  Chris, ale ja naprawdę sobie radzę. - Wysilam się na szczery uśmiech, jednocześnie wciąż czując zmieszanie. 
- W to nie wątpię. Po prostu chciałem ci przypomnieć, że możesz na mnie liczyć. Nigdy mnie nie skrzywdziłaś, nie zrobiłaś niczego przeciwko mnie, a to dla mnie wiele znaczy. Cieszę się, że nasze drogi znów się spotkały.
Jego słowa przypomniały mi co chciałam zrobić. Zamykam na moment oczy i biorę głęboki oddech. Co tu się dzieje, do jasnej cholery?
- Dziękuję - mamroczę i podnoszę głowę. - Wiesz, powinnam wracać do pracy. Mam sporo do nadrobienia, a nie chcę siedzieć po nocach.
- Oczywiście. - Uśmiecha się mój towarzysz, po czym wstaje i zbliża się do mnie. Natychmiast podnoszę się z krzesła. - Faith, na pewno wszystko gra?
- Tak - mówię twardo i kiwam głową, robiąc niewielki krok w tył. - Jestem ci wdzięczna, poważnie. Ja też się cieszę, że razem pracujemy - dodaję, a następnie odwracam się do drzwi. Chwilę później siedzę przy swoim biurku, zastanawiając się co to w ogóle miało być. Czy moje życie nie może być przez chwilę tak bardzo nudne, że życie leniwców było by przy moim jedną wielką, niekończącą się imprezą? Wzdycham bezradnie i sięgam po pierwszy plik dokumentów, które na mnie czekają. Zapowiada się wspaniały dzień.

Cały czas kiedy wypełniam, przesyłam i streszczam papiery w mojej głowie huczą słowa Chrisa: "Nigdy mnie nie skrzywdziłaś, nie zrobiłaś niczego przeciwko mnie...". Czy jestem w stanie teraz to zrobić? Nie, oczywiście, że nie. Musi być jakieś inne wyjście, jednak najpierw muszę zdobyć parę informacji.
- Cześć - rzucam przyjacielsko, kiedy podchodzę do biurka Carmen.
- Co tam ślicznotko? - pyta z rozbawieniem blondynka, odrywając się na moment od pracy.
- Wszystko okej. Potrzebuję listy wszystkich kontrahentów, wspólników i tak dalej, którzy są związani z firmą. - Zagryzam wargę, modląc się w duchu, by mi się udało. 
- Po co? - Carmen marszczy brwi, ale dzięki Bogu nie obrzuca mnie nieufnym spojrzeniem.
- Potrzebuję jej do wypełnienia dokumentów. Wiesz jak jest. - Macham lekceważąco ręką i przewracam oczami, sprawiając wrażenie znudzonej. 
- Okej, daj mi chwile. - Słysząc te słowa, kamień spada m z serca. Udało się.
Kilkanaście sekund później Caren wręcza mi trzy kartki z nazwiskami wszystkich współudziałowców firmy. Uśmiecham się przelotnie, wiedząc, że w domu czeka mnie długi wieczór. Dziękuję dziewczynie i wracam do swojej pracy, pogrążając się w wykonywaniu poleceń Chrisa. 

Gdy jestem kończę pierwszą połowę stosiku papierów, odzywa się mój telefon.
- Yo, Teksas! - Słyszę po drugiej stronie charakterystyczne głos Miley. A niech mnie.
- Cześć - odpowiadam wesoło, odpychając na bok dokumenty. 
- Co tam u ciebie słychać? Miałyśmy gdzieś razem wyskoczyć, pamiętasz? Chyba się stęskniłam - wzdycha.
- Miley, widziałyśmy się tylko raz - rzucam, chichocząc cicho.
- No właśnie, to stanowczo za mało! - wykrzykuje. - Masz dziś czas? Poplotkujemy sobie. Ach, i nawet nie próbuj mnie zbywać - grozi, co wywołuje u mnie kolejną falę śmiechu.
- Za pół godziny mam przerwę na lunch.
- Świetnie! Przyjadę po ciebie i pójdziemy coś zjeść. 
- Okej, niech będzie - zgadzam się. - To do zobaczenia za chwilę. Znasz adres? 
- Pracujesz u Fitzgeralda, tak? - Dziwię się skąd to wie. No, ale musiała skądś zdobyć mój numer, więc sprawdzenie mojego miejsca pracy to była pestka.
- Tak - odpowiadam, sięgając po kubek z zimną już zieloną herbatą, którą stoi na biurku.
- Wygoogluję sobie. See ya, Teksas! - woła i się rozłącza, zanim ja zdążę cokolwiek powiedzieć. Szalona z niej dziewczyna. 
Z uśmiechem na ustach wracam do pracy, ale wtedy przez głowę przebiega mi myśl o Justinie i o tym co robi. Na pewno jest z Camile, to nie ulega wątpliwości. Czuję lekkie ukłucie w sercu, ale siłą rzeczy muszę je zignorować. To tylko przyjaciółka.

Czterdzieści pięć minut później siedzę z Miley w jednej z uroczych i przyjemnych kawiarenek w Los Angeles i obie czekamy na zamówienie.
- No to jak tam Teksas, mów! Jak przeżyłaś przyjazd blond suki? - pyta nieco zbyt obcesowo Miley, upijając łyk mrożonej kawy. 
- Mówisz o Camile? - Unoszę brew, ignorując wymierzane w nas ciekawskie spojrzenia odkąd tylko się tu pojawiłyśmy.
- Tak, dokładnie. - Kiwa głową i lekko się krzywi. Nie ukrywam, jestem zaskoczona wrogim nastawieniem Miley do Camile, ale potem przypominam sobie jak potraktowała mnie na początku. Jej dezaprobata wcale nie musi mieć wyjaśnienia.
- Nazywasz ją tak, bo po prostu ci nie pasuje, czy dlatego, że ją znasz i taki wniosek wyciągnęłaś? - pytam ostrożnie, chcąc się upewnić jak wygląda sytuacja.
- Znam ją i uwierz mi, w pełni zasługuje na miano suki. Nie cierpię jej, a ona mnie. Szczerze mówiąc to mam tę dziewczynę totalnie gdzieś, ale dobrze ci radzę. Uważaj na nią. - Miley patrzy na mnie w taki sposób, że przechodzą mnie ciarki. Czyli jednak jej postawa jest uzasadniona. 
- Dlaczego jej nie lubisz? - pytam, ponieważ moja ciekawość bierze nade mną górę.
- Bo jest suką, to proste - prycha. - Nie lubię osób, które mają zbyt wysokie mniemanie o sobie. Naprawdę nie wiem jak Justin z nią wytrzymuje.
- To jego przyjaciółka - mamroczę pod nosem, bo uświadamiam sobie jak te słowa śmiesznie brzmią. Powtarzam je sobie od wczoraj, chcąc zakłócić w sobie to dziwne uczucie.
Miley bierze głęboki oddech i przez chwilę przygląda mi się uważnie, a w jej oczach dostrzegam coś na kształt żalu i niepewności.
- Musisz coś wiedzieć, skarbie - zaczyna spokojnie i ciepło. Mój żołądek fika koziołka. - On zawsze wybierze ją. To znaczy, jasne, możecie być razem i nawet on może cię kochać, ale kiedy ktoś postawi go przed wyborem ona czy ty, on wybierze ją. Ta suka owinęła go sobie wokół palca, a on tego nie widzi. Tyle razy próbowałam mu wybić ją z głowy, ale zawsze kończyło się to kłótnią. Nie chcę cię straszyć, ani nic z tych rzeczy, bo może się coś zmienić, ale chciałam, żebyś była na to gotowa...
Nie słucham jej już. Wygłasza swój monolog, ale ja zatrzymałam się na zdaniu: "On zawsze wybierze ją." Zrobiło mi się sucho w ustach, a w głowie zaczęło mi nieprzyjemnie szumieć. Nie, ona nie może mieć racji. To jakaś bzdura, nie możliwe, żeby Justin był aż tak głupi, prawda? Mocno zagryzam zęby, starając się uspokoić nerwy. 
- ... Dlatego się martwię. Lubię cię, Teksas i wydaje mi się, że ty i Biebs to coś poważniejszego. Teraz, kiedy w LA jest Camile może mu trochę odbijać. Daj mi wtedy znać, osobiście skopię mu dupę, jasne? Nie pozwolę temu babsku coś spieprzyć między wami. - Miley mówi to z takim przekonaniem i obietnicą, że mam ochotę ją przytulić i przy okazji wybuchnąć głośnym płaczem. 
Nie dopuszczam do siebie złych myśli, ale coś mi mówi, że w nocy będzie ciekawie. Wypuszczam powietrze z płuc, po czym uśmiecham się blado do mojej towarzyszki.
- Dziękuję - mówię jedynie i dzięki Bogu kelnerka przynosi nasze zamównienia, więc skupiamy się na jedzeniu i plotkowaniu na tematy, które podsuwa Miley. 

Reszta dnia upływa mi na nadrabianiu zaległości, robieniu kawy Chrisowi i przekładaniu lub umawianiu jego spotkań. Dzięki temu, że miałam tyle zajęć nie myślałam o Justinie i jego przyjaciółce, której z każdą minutą ufam coraz mniej. Słowa Miley kręcą się gdzieś na tyłach mojej głowy, ale nie pozwalam im na siebie wpłynąć. Muszę walczyć i będę walczyć o tego mężczyznę. Kocham go, to nie ulega wątpliwości.
Kiedy jestem w drodze powrotnej do domu dzwonię do mamy, by spytać się czy nie trzeba zrobić jakichś zakupów. Jak się okazuje mama właśnie wyszła je zrobić, ale wcześniej umówiła się na kawę z koleżanką, natomiast jeśli chodzi o moich przyjaciół to Angie jest gdzieś na mieście, a Ian na sali tanecznej. Swoją drogą powinnam z nim ustalić jakieś terminy naszych treningów, żeby z niczym nie kolidowały. Nie mam zielonego pojęcia jak uda mi się zrobić wszystko to co zaplanowałam, ale mam nadzieję, że podołam. 
Stoję na światłach w gigantycznym korku, więc żeby się czymś zająć postanawiam sprawdzić twittera oraz instagrama. Gdy wchodzę w pierwszą aplikację okazuje się, że Miley oznaczyła mnie w swoim tweecie.

Miley Ray Cyrus @MileyCyrus
Świetne popołudnie z @faithwihford! Dobrze było cię zobaczyć, dziewczyno i troche poplotkować! Love that guuuuurl!

Uśmiecham się szeroko, gdy czytam jej wpis i natychmiast odpisuję.

Faith @faithwihford
@MileyCyrus dzięki za to spotkanie. Musimy robić to częściej! Luv ya 2!

Później wchodzę w interakcje, które wprost wariują. Udaje mi się dostrzec kilkadziesiąt obraźliwych tweetów oraz kilka, które są miłe. Jedna z dziewczyn wysłała mi nawet podziękowania, co szczerze mówiąc poważnie mnie zaskakuje i powoduje jednocześnie mały uśmiech. Szybko jej odpisuje i odkładam na chwile komórkę, ponieważ samochody ruszają do przodu. 
Po kilku minutach znów jestem zmuszona się zatrzymać, więc postanawiam sprawdzić teraz instagrama i natychmiast tego żałuję. Gdy aplikacja się otwiera pierwszym zdjęciem jakie widzę, jest zdjęcie Justina, Camile i jeszcze jakiegoś faceta z meczu koszykówki. Rozpoznaję po koszulkach, jakie mają na sobie. Coś w środku mnie głośno krzyczy, ale tłumię jak najszybciej. To tylko przyjaciółka, powtarzam sobie chyba po raz tysięczny tego dnia. Powoli zaczynają drażnić mnie te słowa.
Troche mi przykro, że dowiaduję się o takich rzeczach z internetu, a na dodatek Justin cały dzień się do mnie nie odzywał. Do tego czasu zdążyłabym odbyć z nim dwie rozmowy i wymienić kilkanaście smsów. Dzisiaj jednak nic z tych rzeczy nie miała miejsca i to mnie martwi, a zarazem nieco krzywdzi. W takim razie ja wykonam pierwszy krok, nie poddam się bez walki.

Do: Justin
Halo, zapomniałeś już o mnie? Tęsknię za tobą.

Na odpowiedź muszę czekać kilka minut.

Od: Justin
Nigdy w życiu, słodka Faith. Mam dziś troche zakręcony dzień,  przepraszam. Też za tobą tęsknie. Co tam?

Och, odnoszę wrażenie, jakby nie mógł teraz pisać albo jakby średnio mu na tym zależało. Nigdy wcześniej nie dostawałam od niego błahych odpowiedzi. Najwyraźniej dzisiaj jest ten pierwszy raz.

Do: Justin
Nic specjalnego, właśnie wracam do domu. Jestem zmęczona. A co u Ciebie?

Skoro ma ochotę pobawić się w suche odpowiedzi to proszę bardzo. Mnie dwa razy nie trzeba powtarzać.

Od: Justin
Wszystko okej. Jak było na lunchu z Miley? Była miła? 

Do: Justin
Było bardzo przyjemnie, poplotkowałyśmy trochę. A jak było na meczu z Camile? Dobrze się bawiliście? :)

Okej, jestem wkurzona. Nie podobają mi się jego odpowiedzi, a do tego mam wrażenie, jakby chciał mnie z całych sił zbyć. Nie tym razem, skarbie.

Od: Justin
Czy ty jesteś zazdrosna? ;)

Wybucham tak głośnym śmiechem, że ludzie, którzy siedzą w samochodach obok odwracają głowy i patrzą na mnie jak na ostatnią wariatkę. Na jakiej podstawie Justin stwierdza, że jestem zazdrosna? Ja jestem na niego zła, zazdrość nie ma tu nic do rzeczy. Chcę z powrotem mojego Justina, który nie był takim palantem jakim jest teraz.

Do: Justin
Nie, nie jestem ;) Po prostu pytam jak się bawiliście. Nie wiem, gdzie ty tu widzisz zazdrość :)

Od: Justin
Wiesz, że nie byłem tam tylko z Camile? Tak czy inaczej było fajnie, tylko szkoda, że bez ciebie.

Och, z całą pewnością panna Co To Ja Nie Jestem się o ciebie zatroszczyła. Mam ochotę w coś uderzyć, ale potem lekko się uśmiecham, czytając raz jeszcze końcówkę smsa. Ciekawe, czy to tak na serio.

Do: Justin
Może będę następnym razem, o ile w ogóle mi o tym powiesz. Tęskniłam za tobą cały cholerny dzień, Justin. Dlaczego taki jesteś? 

Od: Justin
Przepraszam, nie chciałem, żebyś się źle czuła. Po prostu strasznie się cieszę z przyjazdu Camile i staram się z nią spędzić jak najwięcej czasu, bo potem znów możemy się nie widzieć kilka miesięcy. Może wpadnę wieczorem do ciebie? 

Do: Justin
W sumie to czemu nie. Mam straszną ochotę na sushi. Przywieziesz sushi? Prooooooszę.

Od: Justin
Hahaha, tak przywiozę :D Tęskniłem, naprawdę. 

Czytam wiadomość i lekko się uśmiecham. Może kiedy do mnie przyjedzie wszystkie wątpliwości miną i będzie już tylko lepiej? Na to liczę. Odkładam telefon i ruszam, ponieważ korek nagle się zmniejszył. 
Wracam do domu kompletnie wykończona i nieco rozdrażniona. Chyba jeszcze nigdy się tak nie cieszyłam z tego, że dom jest pusty. Kiedy tu jechałam myślałam dosłownie o wszystkim i to trochę popsuło mi i tak kiepski humor. Po głowie wciąż krążą mi myśli związane z Johnsonem i tym co muszę zrobić oraz słowa, którymi uraczyła mnie dziś Miley. Nie chcę w je wierzyć, to jakaś bzdura. Justin naprawdę byłby w stanie tak się zachować? Nie mogę sobie tego nawet wyobrazić. By jakoś przerwać ciszę panującą w domu włączam telewizor i zmierzam do pokoju, gdzie przebieram się w luźniejsze ciuchy. Chcę związać włosy, ale nigdzie nie mogę znaleźć gumki, więc jestem zmuszona iść do łazienki jakiejś poszukać. Gdy jestem w korytarzu moją uwagę przykuwają słowa prezenterki, dobiegające z dołu. Kiedy słyszę imię Justina, a potem Camile powoli schodzę po schodach, bojąc się tego co zobaczę. Niepewnie unoszę wzrok na telewizor i natychmiast tego żałuję. A więc Miley miała rację?
Na ekranie migają zdjęcia tej dwójki, relaksujących się w basenie i doskonale się bawiących. Każde kolejne zdjęcie wydaje się być coraz bardziej intymne, a oni przestają wyglądać jak przyjaciele. Robi mi się słabo, więc łapię się ściany i zaczynam głęboko oddychać. Nie, powiedzcie mi, że to jakiś cholerny, mało zabawny żart. Do oczu napływają mi łzy, a kiedy w telewizji pokazują filmik przedstawiający zabawy w basenie Justina i Camile, moje policzki stają się mokre. Osuwam się na podłogę, chowam twarz w dłoniach i zaczynam głośno płakać, wyrzucając z siebie cały ból i rozgoryczenie, jakie towarzyszą mi odkąd ta dziewczyna się tu zjawiła. Nie cierpię tego uczucia bezsilności i mam ochotę w coś uderzyć. "Nie, skarbie. Dobrze wiesz, że masz ochotę na coś zupełnie innego" mruczy moja podświadomość, momentalnie mnie otrzeźwiając. Nie, nie ma mowy! Nie zaćpam! Chociaż z drugiej strony mała dawka jeszcze nikomu nie zaszkodziła... Nie! 
Zrywam się z podłogi i biegnę do łazienki, a tam wpadam pod prysznic, puszczając na siebie lodowatą wodę. Nie mogę uwierzyć, że ja naprawdę o tym pomyślałam. Czuję się jakbym zdradziła samą siebie, a przy okazji i Todda. Moja ćpuńska przygoda zaczęła się po śmierci brata. Na początku była to tylko trawka, ale potem któryś z moich kumpli ćpunów pokazał mi amfetaminę, kokainę i inne ciężkie dragi. Na początku zachowywałam pozory, dobrze się uczyłam, chodziłam na treningi, starałam się nie wracać pod wpływem narkotyków do domu. Potem wymknęło mi się to spod kontroli, a kiedy mama znalazła mnie totalnie naćpaną w mojej łazience wszystko się dla mnie skończyło. Nie chciałam być w ośrodku, nie liczyło się dla mnie nic. Miałam wrażenie, że dragi przynoszą mi ukojenie, którego wtedy tak bardzo potrzebowałam. Pod wpływem jakoś lepiej radziłam sobie ze stratą ukochanej mi osoby. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że nikt z mojej rodziny nie osądził mnie, nie przylepił mi łatki zdemoralizowanej ćpunki. Oni to zrozumieli, wiedzieli dlaczego tak postąpiłam i nie odeszli ode mnie. Tyle, że ja wtedy tego nie widziałam. Siedząc na odwyku wpadałam w jeszcze większą depresję i na dodatek musiałam sama z tym walczyć, nie wolno mi było podawać silnych leków. Nie mam zielonego pojęcia jak udało mi się z tego wszystkiego wyjść, ale czuję, że to dzięki Toddowi, on musiał nade mną czuwać.
Dlatego teraz, kiedy ta nieproszona myśl pojawiła się w mojej głowie czuję się okropnie źle. Siedzę pod zimnym strumieniem wody i staram się skupić na czymś innym. Nie mogę teraz myśleć o Justinie, o tej suce i przede wszystkim o narkotykach. Co by było, gdyby kiedyś Gracie zobaczyła mnie naćpaną i sama coś takiego zrobiła? Przecież umarłabym tysiąc razy i nigdy nie wybaczyłabym sobie, że pozwoliłam jej oglądać takie gówno, jakim wtedy byłam. To trochę pomaga mi się otrząsnąć i zbieram się w sobie, by wyjść z kabiny. Oplatam się ręcznikiem, po czym ubieram się w to samo co przed chwilą z siebie zdjęłam w biegu, a następnie rozczesuję włosy i zaczynam je suszyć. Kilka minut później wychodzę z łazienki czując się nieco lepiej, a na dodatek wpadam na pewien pomysł. To trochę zabawne, ale pokażę Justinowi i tej okropnej blondynce, że nie jestem ślepa na ich zachowanie.
Wchodzę do pokoju i odszukuję swój telefon. Później wchodzę na instagrama, by dodać zdjęcie, które najpierw sobie robię. Wyglądam na nim bardzo naturalnie i można się w tym nawet doszukać trochę seksu, ale nie jest tego wiele. Przesyłam selfie dalej, dobieram najlepszy filtr i dodaję je z dosyć kontrowersyjnym opisem, "I thought he only liked the Latina category. Smh... #nomakeup #hatewhengirlssaythat". A niech mają.
Dopiero później myślę nad konsekwencjami mojego czynu, ale szczerze mówiąc teraz mało mnie to obchodzi. Niech wybuchnie wojna, mam to gdzieś. Skoro oni mogą się zachowywać w taki sposób, to dlaczego ja mam siedzieć cicho? Może to mało dojrzały gest, ale zawsze coś.
Odkładam telefon na bok i wciągam na kolana laptopa. Wcześniej sięgam po torebkę, w której mam listę od Caren. Dokładnie ją studiuję, aż w końcu znajduję nazwisko, o którym wspominał mój ojciec. Johnson's Company to firma transportująca różne towary między stanami lub kontynentami. Mają dobrą renomę i pozytywne opinie klientów. Nie wiem dlaczego współpracują z Fitzgeraldem, ale najwyraźniej im obu przynosi to niezły zysk, a ja to rozumiem. Na liście widnieje jeszcze nazwisko Briana jako cichego udziałowca firmy co trochę mnie zaskakuje. Musiał całkiem niedawno nim zostać, ponieważ kiedy jeszcze sprawdzałam jego papiery w Dallas nic o tym nie wspominał. 
Tak czy inaczej rozważam spotkanie się z panem Johnsonem i porozmawianie z nim na temat mojego ojca. Skoro się znają, może on wyjaśni mi dlaczego ojciec sam nie może sobie z nim tego wszystkiego załatwić. Zaczynam przekopywać internet w nadziei, że znajdę jakieś przydatne informację i zupełnie zapominam o tym co dzieje się dookoła mnie. Wbrew temu wszystkiemu, to dla mnie zbawienne.

Około dziewiętnastej z zamyślenia i pracy wyrywa mnie dzwonek do drzwi. W domu nadal nie ma nikogo oprócz mnie, ale jakoś się tym nie martwię. Wiem gdzie wszyscy są, więc jestem spokojna. Schodzę na dół i zmierzam do przedpokoju, by otworzyć drzwi. Przede mną stoi Justin ubrany w czarną bluzę oraz czarne dresy, a na głowie ma snapbacka, również czarnego. Opiera się o futrynę, trzymając w jednej dłoni torbę z Sushi House, a w drugiej malutki bukiecik kwiatów.
- Mogę? - pyta, gdy stoję przez chwilę bez ruchu, wpatrując się w niego. Wygląda wyśmienicie i do tego te kwiaty!
- Eee, tak, proszę. - Odsuwam się na bok, żeby mógł wejść do środka, po czym zamykam za nim drzwi.
- Jesteś sama? - Jego ochrypły głos roznosi się po całym domu, gdy wchodzi głębiej.
- Tak, mama jest u koleżanki, a może już na zakupach, Angie gdzieś na mieście, a Ian na sali - wyjaśniam, zbliżając się do niego. 
Justin kładzie torbę na blacie kuchennym, po czym odwraca się i przez moment spogląda na mnie łagodnie, następnie wręczając mi bukiecik.
- Chciałem cię jeszcze raz przeprosić - wzdycha, a ja wciskam nos między kwiatki. Ślicznie pachną.
- W porządku - mruczę i idę poszukać jakiegoś flakonu, do którego później wstawiam bukiecik. 
Zanim mam okazję zrobić cokolwiek innego Justin podchodzi do mnie i przyciska mnie do blatu.
- Och, i tak, masz rację. Lubię latynoskie klimaty, nawet bardzo - mruczy mi do ucha, a ja otwieram szeroko oczy. Widział zdjęcie. - Jednak jesteś zazdrosna.
- Nie, jestem wściekła - odpowiadam cicho, a potem nasze usta łączą się w gorącym, namiętnym pocałunku, który zapiera mi dech w piersiach. Justin przyciska mnie biodrami do szafki za mną, a ja kładę dłoń na jego ciepłym karku, lekko go głaszcząc i drapiąc. Z mojego gardła wydobywa się cichy jęk, gdy chłopak podnosi mnie i sadza na blacie, a później przenosi dłoń na mój policzek. W głowie zaczyna mi szumieć, a krew zaczyna szybko płynąć w żyłach, rozpalając mnie do granic możliwości. Po mojej złości nie ma już śladu. Jak on to robi?
W końcu cmoka mnie ostatni raz i odsuwa się, oblizując swoje wargi.
- Pysznie - mruczy, po czym odwraca się i wyciąga z torby dwa zestawy sushi. Zeskakuję na podłogę i przytulam się do jego pleców, zerkając na jedzenie.
- Co tam masz? - pytam, choć doskonale wiem co. Justin podnosi ramię, przesuwa mnie do przodu i teraz ja obejmuję go w pasie, a on kładzie rękę na moich ramionach. 
- To co chciałaś. Nie wiedziałem na jaki zestaw masz ochotę, więc wziąłem wszystkiego po trochę - wyjaśnia, cmokając mnie w skroń. Uśmiecham się delikatnie na ten gest i ściskam go nieco mocniej.
- Dziękuję, mój ty wybawco - mruczę z rozbawieniem, po czym odsuwam się od niego i sięgam po jedno z pudełek. - Chcesz coś do picia? 
- A co masz? 
- Eee, chwila. - Podchodzę do lodówki i ją otwieram, sprawdzając jej zawartość. - Woda, sok i piwo - oznajmiam, sięgając po sok dla siebie.
- Piwo będzie w sam raz - odpowiada, po czym zabiera oba opakowania z jedzeniem i zmierza do salonu. - Obejrzymy coś? 
- Jasne - zgadzam się z ochotą i wręczam mu puszkę z napojem, a następnie siadam po drugiej stronie kanapy, otwieram pudełko z sushi, wyciągam przed siebie nogi i obserwuję, jak Justin przeszukuje półkę pod telewizorem, w której są płyty z filmami. Bawi mnie fakt, że od razu wiedział, gdzie szukać. 
W końcu decyduje się na komedię z Ryanem Goslingiem i wkłada płytę do nośnika DVD, a następnie sadowi się po przeciwnej stronie kanapy, również wyciągając nogi. Spoglądam na niego z lekkim uśmiechem, ale nie odzywam się ani słowem. Kto by pomyślał, że będę spędzać tak leniwy wieczór z Justinem Bieberem, bożyszczem nastolatek i do tego będzie tak przyjemnie.

Pierwsza część filmu upływa nam na tym, że jemy swoje zestawy, komentujemy film i głośno się śmiejemy. Dochodzę do wniosku, że nigdy nie znudzi mi się dźwięk śmiechu Justina. To tak piękna melodia, że przechodzą mnie dreszcze za każdym razem, kiedy ją słyszę. Aktualnie Mój Śmieszek skończył już jeść i dopija piwo, przy okazji głaszcząc mnie po nagiej nodze, robiąc na niej palcami różne wzory. Przyglądam mu się w skupieniu, zauważając, że wygląda teraz tak, jak zwykły dwudziestojednoletni mężczyzna, który spędza wieczór ze swoją dziewczyną. Nie żadna gwiazda światowego formatu, tylko normalny facet, jakich są miliony w tym mieście. To zadziwiające, że nigdy nie patrzyłam na niego przez pryzmat zarozumiałego celebryty. Fakt, czasami mnie irytował, ale nigdy nie dał mi do zrozumienia, że jest ode mnie lepszy, ponieważ jest sławny. To jedna z wielu rzeczy, jakie w nim kocham. Nie bronię się przed tym już ani chwili dłużej, ale zastanawiam się czy powinnam mu o tym powiedzieć. Boję się jego reakcji, boję się, że mnie odrzuci. To by mnie chyba zabiło. Nie wiem, nie jestem pewna czy jestem wystarczająco silna, by pogodzić się ze stratą kolejnej osoby. Muszę wybrać odpowiedni moment, żeby mu wszystko powiedzieć. Nie chciałabym, żeby się przestraszył.
Do mojej głowy wpada dosyć nieprzyjemna myśl, mówiąca, że jestem przecież jedną z wielu jego kobiet, że tak naprawdę nic nie znaczę. Szybko ją jednak blokuję, bo nie chcę sobie psuć tego wieczoru. Coś mi mówi, że w najbliższym czasie będzie takowych jak na lekarstwo.
- Gdzie planujesz zrobić swoje urodziny? - pytam, gdy w filmie nie dzieje się nic specjalnie ważnego.
Justin przez moment milczy, wpatrując się w ekran, ale po chwili niechętnie odrywa wzrok i skupia go na mnie.
- Nie wiem, myślałem o jakichś wyspach - odpowiada spokojnie, robiąc minę, mówiącą "Jeszcze się zastanawiam".
- Och - mruczę. - Myślałam, że raczej zostajesz tutaj. - Wciągam wargi, trochę zaskoczona tym, że prawdopodobnie spędzę kilka przyjemnych dni na wyspach w towarzystwie przyjaciół Justina.
- Niee, to mi się już znudziło. - Krzywi się. - Lubię podróżować i poznawać nowe miejsca, a taka okazja jest wprost idealna. Zobaczysz, będzie fajnie. - Uśmiecha się do mnie pokrzepiająco i głaszcze pare razy moją łydkę.
- Nie wątpię - odpowiadam i pociągam łyk soku pomarańczowego. - Dasz mi znać, kiedy się już zdecydujesz? - Nie wiem dlaczego zadaję to pytanie.
- Jasne - chichocze, oblizując wargi. - Nie mam wyjścia. - Mruga do mnie, a potem skupia się na filmie. Nie wiem co więcej mam powiedzieć, więc również wracam do oglądania.

Chwilę przed końcem naszego seansu do domu wracają mama i Gracie, a zaraz po nich wbiega Angie.
- Cholera, chyba nigdy nie przyzwyczaję się do tego, że w naszym domu siedzi Justin Bieber - rzuca Angie, śmiejąc się i głośno dysząc.
- Przebiegłaś maraton? - pytam rozbawiona, patrząc na jej podnoszącą się i opadającą klatkę piersiową.
- Chciałam dogonić Mandy, ale w szpilkach to niewykonalne. - Kręci głową i sięga po butelkę wody, która stoi obok lodówki.
Oboje z Justinem wstajemy z kanapy i idziemy przywitać się z dziewczynami. Gracie głośno piszczy na widok chłopaka wyciąga rączki w jego stronę, co wywołuje falę śmiechu u całej naszej czwórki. Oczywiście Justin natychmiast odbiera ją od mamy.
- Chyba wymieniła sobie mnie na lepszy model - mruczę z udawanym smutkiem, kiedy widzę jak Gracie wpatruje się w twarzy Justina. 
- Bądź ostrożna, bo jeszcze odbije ci faceta - dodaje Angie, a ja wybucham głośnym śmiechem. To taka przyjemna, zabawna sytuacja, która powoduje u mnie szczery uśmiech.
- Jak się czujesz? - pyta mama, kiedy pomagam jej wypakowywać zakupy. Justin oraz Angel są w salonie, gdzie zajmują się Gracie i rozmawiają na różne tematy.
- W porządku - odpowiadam ostrożnie, zerkając kątem oka na rodzicielkę. 
- Na pewno? Rozmawiałam z Brianem. 
- I co? - Udaję objętość i opanowanie, jednocześnie cała drżąc ze strachu w środku. 
- Martwię się. Wyglądasz na zmęczoną kochanie - wzdycha mama, podając mi karton mleka, który wkładam do lodówki.
- Bo jestem zmęczona - odpowiadam, odgarniając włosy z czoła. - Wiesz, mam dużo pracy, cała ta sprawa z ojcem...
- Czego on od ciebie chciał? Tylko tym razem powiedz mi prawdę. - W głosie mamy słyszę ostrzeżenie i tą matczyną siłę.
- Potrzebuje, bym w czymś mu pomogła - mówię wymijająco. - Powiem wam o wszystkim, kiedy już to załatwię. 
- Dziecko, uważaj na siebie. Obie dobrze wiemy, że to niebezpieczny człowiek - rzuca mama, z wyraźnym rozdrażnieniem. Zamykam lodówkę i sięgam po szklankę wody, bo zrobiło mi się trochę ciepło przez tą rozmowę.
- Wiem, pamiętam o tym - wzdycham i pociągam łyk zimnego napoju. Uff, jak dobrze. Opieram się o blat i obserwuję trójkę ludzi, za których oddałabym życie. Szkoda tylko, że jedno z nich nie ma o tym pojęcia.
- To dobrze. Skarbie, gdyby on tylko ci czymś groził, gdyby wymuszał coś od ciebie to masz mi natychmiast powiedzieć. Nie przeżyłabym, gdybyś podzieliła losy Todda... - mówi smutno, a ja wypuszczam z ręki szklankę, oblewając przy tym swoje spodenki.
- Kiedyś byłam temu bliska - mamroczę pod nosem, w całkowitym amoku. Słowa mojej mamy sprawiły, że przypomniałam sobie chwile, kiedy byłam o krok... Dopiero kilka sekund później otrząsam się i zaczynam zbierać kawałki szkła, leżące u moich stóp. Nie zwracam uwagi na to, że kaleczę sobie dłonie i stopy, nie czuję bólu. Ciemność chce znów mną zawładnąć, ale tym razem walczę z nią z całych sił. Nie mogę się teraz zatracić, na oczach wszystkich. 
- Faith? - Słyszę nagle, ale mam wrażenie, jakby wypowiedział je ktoś stojący ode mnie ze sto metrów. 
Zamykam oczy i biorę dwa głębokie oddechy, próbując przywołać się do porządku. 
- Kochanie? - Tym razem głos jest znacznie bliżej. To mama, poznaję. - Wszystko w porządku?
- Tak - wyrzucam z siebie. - Słabo się poczułam - odpowiadam ostrożnie, odzyskując po chwili ostrość widzenia. 
Wszyscy zgromadzeni w domu patrzą na mnie bacznie, z pewnością przestraszeni moim zachowaniem.
- Przepraszam - mamroczę pod nosem i wyrzucam kawałki szkła, które mocno ściskałam w dłoni. 
Nagle przy moim boku pojawia się Justin, ostrożnie łapie moje dłonie, po których spływa krew.
- Pokaleczyłaś się - stwierdza rzeczowo, po czym pociąga mnie w stronę zlewu, by zmyć czerwoną ciecz. - Co się stało? Nie boli cię? - pyta spokojnie, przemywając wodą moje rany.
Kątem oka widzę jak mama trzyma Gracie, a Angel wyciąga z szafki opatrunku.
- Zrobiło mi się słabo - powtarzam to co wcześniej, przełykając ślinę. - Właściwie to... nie czuję. 
- Co? Jak to? - Justin marszczy brwi, odbierając od Angel środek odkażający.
Wzruszam ramionami, ale kiedy tylko środek wchodzi w reakcję z ranami wydaję z siebie cichy syk. Okej, czucie wraca. 
- Czyli jednak boli. - Słyszę za sobą Angel, która za pewne bacznie obserwuje poczynania Justina.
Powoli wraca mi pełna świadomość i poczytalność, a z każdym oddechem jest coraz lepiej. 
Justin ostrożnie i dokładnie czyści każdą ranę, a później starannie ją opatruje. Poświęca się temu całkowicie, a ja nie jestem w stanie się ruszyć. Gdy kończy z dłońmi, przyklęka i ściera krew z moich nóg. 
- Do jutra powinno się zagoić - oznajmia, sprawdzając moje dłonie raz jeszcze. Później odsuwa się na moment i zaczyna myć ręce.
- Kiedy ostatni raz byłaś na badaniach? - pyta mama, patrząc na mnie z troską i niepokojem, przez co ściska mi się serce.
- Nie pamiętam - odpowiadam szczerze. 
- Powinnaś iść zrobić je jak najszybciej - ruga mnie mama, podchodząc do mnie i całując mnie w czoło. Gracie obdarza mnie zdezorientowanym spojrzeniem, ale głaszcze mnie małą rączką po policzku.
- Muszę iść się przebrać - rzucam, zerkając na swoje przemoczone ciuchy, po czym ruszam do swojego pokoju. Jak się okazuje Justin podąża za mną. 
- Co to było? - pyta, gdy wchodzimy do środka. Przytula się do mnie od tyłu, całując mnie w czoło.
- Nie wiem, naprawdę źle się poczułam - szepczę i przekręcam się tak, że teraz stoję twarzą do niego. - Jestem zmęczona. 
- Dobrze, przebierz się, a potem się położysz - mruczy spokojnie, odgarniając mi włosy z twarzy. Jego pokrzepiający uśmiech sprawia, że czuję się lepiej. 
Wyplątuję się z jego objęć i idę do szafy, z której wyciągam czarną koszulkę i dopasowane, sportowe spodenki. Odwracam się do Justina, dając mu do zrozumienia, żeby wyszedł.
- Serio? - pyta drwiąco. - Widziałem cię już nie raz w samej bieliźnie - wzdycha, a ja muszę przyznać mu rację. 
- Jesteś niemożliwy - syczę, a potem odważnym ruchem zdejmuję z siebie mokrą koszulkę i spodenki, które chwilę później zamieniam na suche ciuchy.
- No widzisz? Nic złego się nie stało - śmieje się Justin, pociągając mnie do siebie i całując mnie w sam środek ust. 
- Jeszcze nie. - Mrugam do niego, chcąc zachować pozory dobrego humoru. Prawda jest taka, że mam ochotę wybuchnąć głośnym płaczem. - Chce się położyć. 
- Okej. - Justin kiwa głową i ciągnie mnie w stronę mojego łóżka. 
- Nie, śpię u Angel - wyjaśniam.
- Więc chodźmy do Angel. Myślę, że nie obrazi się, jeśli chwile z tobą poleżę.
- Mam nadzieję. - Uśmiecham się lekko i opuszczam pokój. W korytarzu spotykam przyjaciółkę.
- Pójdę się już położyć, dobrze? - pytam spokojnie, patrząc na zatroskaną Angie.
- Jasne, nie ma problemu. Zostać z tobą? 
- Nie, nie trzeba. Justin się zaoferował. - Wzruszam ramionami, po czym marszczę brwi. - Zresztą, nie wiem o co robicie tyle szumu. Nic mi nie jest, słabo się poczułam i tyle. Jest mi już lepiej.
Angie posyła mi znaczące spojrzenie, unosząc przy tym idealnie wyregulowaną brew w górę, ale nie odzywa się ani słowem. Ignoruję to i wchodzę do jej pokoju, w którym ślicznie pachnie. Justin wchodzi za mną i nim mija minuta on jest bez bluzy i koszulki. 
- Chodź tu. - Pociąga mnie za sobą na łóżko mojej przyjaciółki, po czym obejmuje mnie szczelnie ramieniem i całuje mnie we włosy. Przerzucam nogę przez jego brzuch, a on kładzie dłoń na moim udzie, zaczynając je lekko gładzić.
- Czujesz się lepiej? - pyta po chwili, kiedy ja wdycham jego upajający zapach.
- Mhm - mruczę i wzdycham cichutko.
Justin zaczyna chichotać, po czym wyciąga telefon i unosi go nad głowę. Zgaduję, że robi nam zdjęcie.
- Chyba nie chcesz tego dodać - zaczynam niepewnie, lekko się od niego odsuwając.
- Ależ owszem, chcę - odpowiada z przekorą i szerokim uśmiechem na twarzy.
Justin kadruje zdjęcie, lekko je rozjaśnia i w takim stanie dodaje je z opisem: " All i want it's nothing more. #chillinwithbae #nicenight" 
Czytając opis, czuję jak do oczu napływają mi łzy. 
- Justin, ja... - Gdy tylko uświadamiam sobie co chcę mu powiedzieć, natychmiast milknę. Nie, nie powiem mu tego. Nie chcę psuć tej chwili. 
- Tak? - pyta, unosząc brew i wciąż patrząc w ekran.
- Nie, nic. To po prostu urocze - mówię szybko i cmokam go w policzek. Nie wiem dlaczego nie chcę zapytać się go kim dla niego jestem. Mam nadzieję, że wkrótce mi powie.
Justin uśmiecha się do mnie, ukazując szereg prostych i białych zębów. Patrzy na mnie przez chwilę, a potem ujmuje mój podbródek i lekko go całuje.
- Ty jesteś urocza - mruczy. 
Sięga po moją pokaleczoną dłoń i zaczyna obsypywać ją pocałunkami. To kolejny z powodów, dla których go kocham - ma niespotykanie dobre serce.
Później milczymy przez kilka minut, dopóki nie wpadam na fajny plan.
- Justin - przeciągam samogłoski i podnoszę się na łokciach.
- Hm? 
- Mogę twój telefon? 
- Po co? - Marszy brwi.
- Chcę się trochę pobawić i dać parę follow twoim fanom. Proszę - jęczę z nadzieją w głosie i patrzę na niego wyczekująco.
Justin przez chwile wygląda jakby walczył sam ze sobą, ale w końcu wręcza mi komórkę, wcześniej ją odblokowując. Wchodzę na jego twittera, który od razu zaczyna wariować przez interakcje. Widzę setki tweetów na sekundę, kierowaną do Justina z prośbą o follow, więc staram się wychwycić ich jak najwięcej. To super uczucie wiedzieć, że jednym kliknięciem sprawiam radość tylu osobom. Zatracam się w tym w najlepsze, dopóki nie przerywa mi połączenie telefoniczne. Na ekranie pokazuje się zdjęcie Camile i Justina, którzy się do siebie tulą i szeroko się uśmiechają. 
- To Camile - mówię ponuro i wręczam chłopakowi dzwoniącą komórkę. Kładę się na plecach i obserwuję jego ruchy. Siada na łóżku, prostując się.
- Co tam, Cam? - zaczyna pierwszy. - Tak, jestem u niej... W sumie to nie wiem... Poważnie? Chcesz, żebym przyjechał?... Okej, niedługo będę. Do zobaczenia. 
Słysząc jego słowa cała się spinam i od razu pochmurnieję. On naprawdę do niej teraz pojedzie? Z jednej strony nie mam prawa go tu zatrzymywać, ale z drugiej czuję się teraz odrzucona. To tego boję się najbardziej.
Justin wstaje z łóżka i zakłada na siebie koszulkę, a potem bluzę.
- Już idziesz? - pytam, nie ukrywając swojego żalu.
- Tak, Camile została sama w domu i mówi, że mnie potrzebuje. Nie mogę jej zostawić, zrozum - mówi pospiesznie, poprawiając włosy.
Patrzę na niego, lekko mrużąc oczy. Nie mogę w to uwierzyć. "On zawsze wybierze ją" - słowa Miley na nowo rozbrzmiewają mi w głowie, a to powoduje u mnie silny ból w klatce piersiowej. Ledwie udaje mi się powstrzymać jęk.
- Jasne - mówię cicho i siadam, obserwując jego ruchy. 
- To super, mała - rzuca, po czym nachyla się do mnie i składa na moim czole szybki pocałunek. - Jutro u Johna jest mała impreza, wpadniesz? 
- Jeśli mogę. - Wzruszam ramionami i uśmiecham się blado. Nie mam ochoty na tą imprezę, ale wiem, że to jedyny sposób, żebym mogła spotkać się z Justinem. Będzie tam również Camile, a to podoba mi się najmniej.
- Zaczyna się o dwudziestej. Wyśle ci jutro adres, okej? Musze już lecieć. Do jutra, słodka Faithie - rzuca i po chwili wybiega z pokoju jak poparzony. 
Przez chwilę patrzę na zatrzaśnięte przed momentem drzwi, a potem opadam bezwładnie na łóżko, naciągam na siebie kołdrę i zagryzam mocno wargę do tego stopnia, że czuję posmak krwi w ustach. Znów czuję się tak samo okropnie jak wcześniej. Dlaczego on do jasnej cholery zachowuje się jak pies Camile? Nie cierpię tej laski, to jest więcej niż pewne. Zostawił mnie, bo ona tego chciała. Jestem pewna, że to wszystko było zamierzone. Chce mi się płakać. A w zasadzie kto mi broni? Wtulam nos w poduszkę i zaczynam głośno szlochać, mając gdzieś czy ktoś mnie usłyszy. Jestem rozgoryczona, zmęczona i przede wszystkim cholernie samotna. 

Budzę się w nocy zlana potem i obolała. Sucho mi w ustach, a serce wybija nierówny rytm. Byłam tak blisko... Obracam się na bok i widzę pogrążoną w śnie Angel. Ostrożnie, by jej nie obudzić, wychodzę z łóżka i zmierzam do łazienki. 
Tam przemywam twarz lodowatą wodą i staram się wrócić do normalności. Gdy tylko podnoszę wzrok i widzę swoje odbicie, jest jeszcze gorzej. Zaczynam drżeć, robi mi się zimno i osuwam się na podłogę, z trudem łapiąc oddech. Przestaję panować nad swoim ciałem, moje rany dają się we znaki, niemiłosiernie piekąc. Chcę wstać, ale nie nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Walcz, Faith. Walcz.
W mojej głowie zaczynają pojawiać się destrukcyjne myśli i głosy, przestaję być świadoma wszystkiego co dookoła się dzieje. Wtedy, resztkami poczytalności przypominam sobie, że gdzieś w kuchni mam jeszcze swoje stare leki. Nie wiem czy powinnam je brać, ale teraz nie widzę innego wyjścia. Praktycznie czołgając się opuszczam łazienkę i zsuwam się po schodach na dół. Zbierając w sobie wszystkie siły jakie mam, docieram do kuchni i pierwsze co robię, to przeszukuję szafkę z lekami. Prawię tracę nadzieję, kiedy na końcu zauważam czerwonawy, wąski słoiczek z kilkoma pastylkami na dnie. Rozpoznaję w nich mój ratunek i szybko zażywam dwie. Gdyby ktoś z boku mnie obserwował, mógłby spokojnie zawrzeć tą scenę w dobrym horrorze. 
Siedzę na podłodze i opieram się o szafkę, tracąc resztki świadomości. Po chwili odpływam, zupełnie tracąc nad sobą kontrolę. Tak źle jeszcze nie było.

Nie mam pojęcia ile czasu mija kiedy zaczynam wracać do normalności. Powoli świta, więc obstawiam, że musiałam spędzić w kuchni kilka godzin. Chwała Bogu, że nikt mnie tu nie znalazł. Rozglądam się dookoła i widzę swoje opatrunki, które leżą obok mnie. Nie pamiętam kiedy je zdjęłam, ale teraz zauważam, że poraniłam się jeszcze mocniej. Jasna cholera. Ostrożnie wstaję, nadal nie będąc pewna czy mogę stać. Później zbieram plastry i bandaże, obmywam na nowo rany i na nowo je opatruję. Bolą mnie, bardzo mnie bolą, ale muszę sobie dać z tym radę. Wciąż jestem przerażona i roztrzęsiona po ataku, nie przechodziłam tego tak poważnie od kilku lat. Dlaczego teraz to wróciło? 
Sprzątam po sobie w kuchni, bo zostawiłam ładny bałagan, a następnie wracam do pokoju Angie. Nadal śpi, więc po cichu wsuwam się do łóżka, mając nadzieję, że jej nie obudzę.  Chciałam umrzeć, a nie udawało mi się nawet zasnąć. To wszystko było ponad moje siły. Myśli bolą. Nocą gryzą jak wygłodniałe zwierzę. Dopiero teraz sobie o tym przypomniałam. Teraz, kiedy przeszłam ten atak, uświadomiłam sobie jak zły jest mój stan. Ale nie mogę się poddać, będę walczyć. 

Następny dzień jest dla mnie jedną wielką ściemą. Od rana wszystkim wciskam kit, że czuję się dobrze i tak dalej. W pracy raczej nie funkcjonuję jak normalny człowiek, zmieniam się w mini robota. Nie robię sobie przerw, nie idę na lunch, moim jedynym posiłkiem jest poranna owsianka i trzy kawy, które wypiłam do tej pory. Niektóre rany na moich dłoniach zdążyły się zasklepić, więc nie wygląda to tak źle. Justin około południa dzwoni zapytać co słychać, ale nasza rozmowa trwa zaledwie kilka minut, ponieważ musi wracać do pracy. W tle doskonale słyszałam śmiech Camile i wiem, że to było celowe. 

W domu jestem po osiemnastej. Zostałam dłużej w pracy, żeby nadrobić zaległości i przy okazji udało mi się jakimś cudem umówić spotkanie z Johnsonem. Mama oraz Ian próbują o czymś ze mną porozmawiać, ale raczę ich jedynie zdawkowymi informacjami. Nie mam siły na dłuższe, poważniejsze paplaniny. 
Przygotowanie na imprezę u kolegi Justina zajmuje mi dłużej niż zazwyczaj. W końcu jednak o wpół do ósmej jestem gotowa. Mam na sobie czarne rurki z wysokim stanem, czarny, dopasowany croptop, kurtkę moro z ładnymi wykończeniami i czarne buty na płaskim obcasie. Włosy rozpuściłam i lekko pokręciłam, a na twarz nałożyłam delikatny makijaż.
- Wrócisz na noc? - pyta mama, gdy idę do drzwi.
- Tak, raczej tak - odpowiadam z lekkim uśmiechem, po czym żegnam się z nią i wychodzę. Nie zamierzam dzisiaj pić, więc jadę swoim samochodem. Kilka minut wcześniej Justin wysłał mi adres.
Gdy docieram na miejsce jestem zdenerwowana i niepewna. Wchodzę na ostatnie piętro budynku, ponieważ impreza ma się obyć na dachu. Okej, może będzie fajnie. W środku spotykam masę zupełnie obcych mi osób i natychmiastowo czuję się tutaj nieswojo. Powinnam zostać w domu. 
Wzrokiem odszukuję Justina, który siedzi w loży w towarzystwie znajomych. Rozpoznaję Fredo, Za, Ryana oraz oczywiście Camile, która wisi Justinowi na ramieniu. Przełykam ślinę i odsuwam na bok swoje złe samopoczucie. Muszę uwierzyć, że będzie fajnie.
- Cześć! - woła Justin, gdy tylko pojawiam się przy nich. - Super, że jesteś.
- Też się cieszę - kłamię i przyklejam na usta krzywy uśmiech. Witam się z każdym kogo znam, a potem Justin przedstawia mnie reszcie nieznajomych mi osób. Najgorsze jest to, że jestem teraz jego przyjaciółką. To mnie zabolało, cholernie mocno, ale nie daję tego po sobie poznać. Gdy Fredo proponuje mi drinka, odmawiam i proszę o coś bez procentów. Koniec końców otrzymuję bezalkoholowego, słodkiego drinka, który jest przepyszny. Fredo zaczyna ze mną rozmawiać, więc pozwalam się temu wciągnąć, ignorując ostentacyjne zachowanie Camile. 
Mija godzina, a ja zamieniłam z Justinem może kilka zdań. Chłopak jest duszą towarzystwa, wszyscy ulegają jego urokowi. Widzę ile uwagi poświęca Camile i to jaka ona jest szczęśliwa. Staram się wmawiać sobie swoją mantrę, że to tylko przyjaciele, ale to nie pomaga. Oprócz Alfredo, Za czy Ryana nikt ze mną nie rozmawia, a to daje mi wiele do zrozumienia. Poza tym, kto chciałby rozmawiać z wariatką i do tego ćpunką? Ale oni przecież o tym nie wiedzą... 
Wstaję od stolika, przepraszając wszystkich pod pretekstem udania się do łazienki. Kłamię jednak, chcę być na chwilę sama. Ta impreza to nie wypał. Staję gdzieś z dala on nich, w miejscu, gdzie nikt nie zwraca na mnie szczególnej uwagi. Patrzę na Justina, który właśnie opowiada jakąś historię, która bawi wszystkich dookoła i na Camile, która jest adorowana przez większość towarzystwa.
Może jeszcze niedawno wmawiał mi, że mnie chce, że nie zostawi... Ale prawda jest taka, że nie wiem nawet kim ja dla niego jestem. Chociaż patrząc z perspektywy ostatnich kilku dni, mogę pokusić się o stwierdzenie, że jestem tylko jedną z wielu jego dziewczyn. To właśnie dlatego nigdy nie powiedziałam mu co do niego czuje, za bardzo bałam się, że zada mi ból odpowiedzią. A teraz ją otrzymuję, niemą. Biorę głęboki oddech i patrzę na nich wszystkich raz jeszcze, ze łzami, które formują się w moich oczach. Nie pasuję tu, nigdy nie będę wystarczająca, teraz to wiem. On zasługuje na coś lepszego, na dziewczynę, która nie ma pochrzanione życie. A ja nie chcę być kimś, kto ma być tylko na chwilę. Odrzucenie jest zbyt bolesne. Odsuwam się w tył, a potem odchodzę. Z tego miejsca i jego życia.

Zbiegam na dół jak najszybciej potrafię. Wsiadam do samochodu i praktycznie od razu zaczynam szlochać. Moje serce pękło na miliard kawałeczków, ale muszę to przeżyć. Tak musi być, nie pasuję tu. 
Niewiele pamiętam z drogi powrotnej do domu. Wiem, że kiedy w radiu usłyszałam Grand Piano Nicki Minaj zaczęłam płakać jeszcze głośniej, wyjąc żałośnie do pustej przestrzeni. Chciałam umrzeć, zniknąć, a najlepiej nigdy nie pojawić się w życiu Justina. To mnie przerosło. 
W resztce poczytalności wysyłam do Miley smsa o treści "Miałaś rację", a później wyłączam telefon i zmierzam do windy, ponieważ jestem już w garażu. 
Wchodzę do mieszkania, w którym panuje błoga cisza. Jak dobrze, że wszyscy śpią. Ostrożnie zdejmuję buty, wiążę włosy i chcę iść dalej, ale zatrzymuje mnie pukanie do drzwi. Zalana łzami, zastanawiam się kogo niesie. Otwieram drzwi, mając w dupie to jak wyglądam i nagle przed sobą widzę zdyszanego Justina.
- Co ty do jasnej cholery wyprawiasz? - warczy i wchodzi do środka. 
- Zostaw mnie - warczę przez łzy i odsuwam się w tył.
- Co? - Przystaje zaskoczony, świdrując mnie spojrzeniem.
- Wracaj tam. To twój świat. Ja do niego nie pasuję i już nawet nie należę - dukam, odsuwając się za każdym razem kiedy on się do mnie przysuwa.
- Słucham?
- Justin, proszę cię. Wyjdź stąd.
- Dlaczego? Co się stało? - pyta, marszcząc brwi.
- Kim ja dla ciebie jestem co? - kontruję. - Wiem, że nic dla ciebie nie znaczę. Nie chcę być tylko kolejną zabawką, którą za chwile odstawisz na półkę. Nie jestem wystarczająco silna, by to znosić. Więc jeśli masz mi coś teraz do powiedzenia, to proszę, teraz jest na to moment. A jeśli nie, jeśli jestem dla ciebie tylko na chwilę, to prosze cię wyjdź. - Płaczę, z każdą chwilą coraz bardziej.
Justin patrzy na mnie przez moment, trawiąc zapewne moje słowa.
- Faith, ja... - Na jego twarzy pojawia się strach, ale i pewnego rodzaju oskarżenie. 
- Więc wyjdź - rzucam słabo i zamykam oczy.
A on to zrobił. Nie musiałam długo czekać.
Żadnych przeprosin. Żadnego wahania. Obrócił się na pięcie i sześć kroków później zniknął z mojego życia. Na dobre.



Przepraszam, że tak późno. Proszę, komentujcie. To motywuje mnie do pracy.
Dziękuję,
V.