niedziela, 15 lutego 2015

Rozdział 13

"Valentine's Day"


Stoję w osłupieniu, niezdolna do żadnego ruchu. Czuję ulgę, gdy okazuje się, że Ian zachowuje zimną krew i odsuwa się ode mnie. To dobry krok z jego strony. Biorę głęboki oddech i zbieram się w sobie, bo wiem, że muszę stawić czoła tej sytuacji.
- C-co ty tu robisz? - pytam drżącym głosem, za który ganię się w myślach. Nie tak miało to wyglądać.
- Słucham? - pyta Justin, śmiejąc się gorzko. - Pytasz mnie, co JA tu robię? - Jest wściekły, niedobrze. - Wydzwaniam do ciebie od ponad godziny, odchodzę od zmysłów, bo nie mam pojęcia co się z tobą dzieje, a ty zadajesz takie pytania? Poza tym wydawało się, że sama prosiłaś, bym tu przyszedł.
- Uspokój się - proszę, patrząc na niego niepewnie.
- Do jasnej cholery, Faith! Jak mam być spokojny, skoro w głowie tworzę najgorsze scenariusze, a ty zamiast odpowiedzieć na jeden pieprzony telefon, bawisz się w najlepsze z jakimś obcym typem! - krzyczy tak głośno, że odskakuję w tył.
- To mój przyjaciel, nie jest obcy - tłumaczę cichym, rozedrganym głosem. Kulę się w sobie
- Rzeczywiście, to wiele tłumaczy! Gówno mnie obchodzi, kim on jest! - Nie poznaję go. Co w niego wstąpiło? Zaczyna mnie przerażać. - Co ja mam sobie o tym myśleć, zastając was w takiej sytuacji!
- Przestań na nią w końcu krzyczeć! - Ian staje w mojej obronie. Gdyby nie ta cała sytuacja, przytuliłabym go za to.
- Zamknij się, z nie z tobą rozmawiam - warczy Justin, posyłając mu mordercze spojrzenie.
- Zachowuj się tak dalej, a zmienię parę drobiazgów na twojej wypielęgnowanej buźce - rzuca w odwecie Ian. On również jest wściekły.
- Przestańcie! Oboje przestańcie, do ciężkiej cholery! - wybucham. - A ty jeśli nadal masz zamiar na mnie wrzeszczeć bez większych powodów, możesz od razu stąd wyjść. Nie jestem twoją własnością, mam też własne życie- syczę i nie wiedzieć czemu w moim gardle rośnie gula. O nie. Nie chcę teraz płakać. Przynajmniej nie w ich obecności. Moje słowa wyraźnie działają na Justina, ponieważ wyraz jego twarzy łagodnieje, a postawa nabiera spokoju.
Ignoruję to podchodząc do kuchenki, gdzie wyłączam palnik na którym stała patelnia z makaronem. Sięgam do szafki nade mną, wyciągam z niej biały talerz i przekładam na niego jedzenie dla Iana. W milczeniu, które doprowadza mnie do szału kładę podstawkę na blacie wyspy, a zaraz po niej talerz.
- Proszę. Smacznego - patrzę na Iana i lekko się uśmiecham. Na niego nie jestem ani trochę zła, wręcz przeciwnie. Bronił mnie przed... Justinem. Myśl, że Justin jest tak wściekły wywołuje na moich plecach nieprzyjemny dreszcz.
- Napijesz się czegoś? Może też masz ochotę zjeść? - Patrzę z dystansem na Justina. Jednak dobre maniery biorą nade mną górę.
- Jedyne na co teraz mam chęć, to rozmowa z tobą - odpowiada równie sucho. - Możemy to gdzieś zrobić?
Waham się przez chwilę, rozważając czy powinnam zostawiać Iana. Szczerze mówiąc wolałabym z nim zostać, ponieważ wiem, że on nic mi nie zrobi. Chwila. Czy ja boję się, że Justin mnie skrzywdzi fizycznie? Przecież to chore i niemożliwe. Prawda? W końcu dochodzę do wniosku, że jeśli z nim nie porozmawiam ta napięta atmosfera będzie się utrzymywać w powietrzu w nieskończoność.
- Tak. U mnie w pokoju - odpowiadam cicho, ale zdecydowanie. - Chyba wiesz, które to drzwi. - W moim głosie słychać odrobinę drwiny, ale Justin najwyraźniej postanawia tego nie zauważać. Może to i lepiej, nadal nie wiem jak bardzo jest wściekły.
Patrzę przepraszająco na Iana, który uśmiecha się pokrzepiająco do mnie dając znak, że sobie poradzi i że to rozumie. Jednak gdy patrzy w kierunku Justina jego spojrzenie ciemnieje i jest wręcz lodowate. Cholera.
Tak czy inaczej mój wściekły, absurdalnie bogaty i momentami arogancki pan Bieber nie rusza z miejsca, dopóki ja nie będę przed nim. Rany, dżentelmeństwo chyba wraca do łask, Bogu dzięki.
Gdy znajdujemy się w moim pokoju, zamykam za nami drzwi i nagle w ułamku sekundy, zanim mam okazje cokolwiek powiedzieć Justin przygważdża mnie do ściany, całując mocno i gorąco. O rety, to takie pierwotne i... okropnie seksowne.
- Nie wykręcaj mi takich numerów, nigdy więcej . - Odrywa się niechętnie i dyszy, obejmując moją twarz obiema rękami. Patrzy na mnie tak, jakby upewniał się czy jestem cała i zdrowa.
- Justin, przecież nic się nie stało - odpowiadam, jeszcze trochę oszołomiona jego pocałunkiem.
- Ale mogło. Nie miałem z tobą żadnego kontaktu odkąd poszłaś na rozmowę - mówi z frustracją, besztając mnie. - Martwiłem się.
- Przepraszam - odpowiadam szeptem. - Napisałam przecież smsa...
- Tak, wiem. A ja na niego odpisałem, zadając ci pytanie. Później nie otrzymałem odpowiedzi. To mnie zdenerwowało.
- Rozumiem, ale nie możesz się wściekać za każdym razem kiedy nie będę ci dłużej odpisywać.
- Kiedy tu jechałem nie byłem wściekły, a zmartwiony. Wściekłem się dopiero wtedy, gdy usłyszałem, a potem zobaczyłem cię z tym chłopakiem. - Gdy wspomina o Ianie spina się i jakby trochę oddala ode mnie, przyjmując formalną, wręcz oziębłą postawę.
- Ian to tylko mój przyjaciel. Nie widziałam go odkąd wyjechałam z Dallas, stęskniłam się za nim. Jest dla mnie jak brat. - Wzruszam ramionami. Nie czuję się winna temu, że dobrze bawiłam się z Ianem. Moja podświadomość gratuluje mi tej myśli i pyta, dlaczego miałabym się czuć inaczej. Wow, po raz pierwszy jest ze mnie dumna.
- Nie ufam mu - rzuca znienacka Justin, odsuwając się ode mnie, wciąż jednak pozostaje w odległości kilku centymetrów.
- Co? - pytam odruchowo, marszcząc brwi.
- On nie patrzy na ciebie jak na przyjaciółkę, Faith. - Przełykam ślinę, słysząc te słowa. Justin wypowiada je chłodno i przekonująco, a do mnie wraca wspomnienie tamtej nocy, kiedy Ian mnie pocałował i zachowywał się bardzo niegrzecznie.
- On tobie też nie ufa - ripostuję na poprzednie stwierdzenie Justina. - Po tym, jak dzisiaj się zachowałeś na pewno przestał cię lubić.
- A w ogóle to robił? - pyta Justin, uśmiechając się kpiąco. Ugh, co za drań. Milczę, bo nie wiem co odpowiedzieć. Sądzę, że Ian tak czy inaczej nie przepadałby za Justinem, chociaż sama nie wiem dlaczego.
- Wiesz, skarbie. - Uśmiecha się krzywo. - Jakoś mało mnie to obchodzi, czy mam jego przychylność, czy też nie.
- Justin, to mój przyjaciel - rugam go, czując delikatne ukłucie w sercu. Myśl, że Justin tak podchodzi do moich bliskich nieco mnie rani i dystansuje od niego.
- Wiem i szanuję to, ale w dalszym ciągu mam gdzieś jakie jest jego nastawienie do mnie. Sądzę, że on myśli dokładnie tak samo. - Och, on wydaje się być taki pewny siebie. Nie, on taki jest.
- Czyli będziesz traktował tak wszystkich moich przyjaciół? - Nawet nie próbuję ukryć rozdrażnienia w moim głosie.
- Tylko tych, którzy nie wzbudzają mojego zaufania i patrzą na ciebie tak, jak nie powinni - odpowiada z pełnym spokojem. Jak on to robi?
- Och, w takim razie wnioskuję że będziesz patrzył z góry tylko na moich męskich przyjaciół, tak? - Odnoszę wrażenie, że tu wchodzi w grę zazdrość, a nie brak zaufania.
- A masz ich więcej? - pyta, unosząc w górę brew.
- Eee... w zasadzie to nie. Chyba nie - odpowiadam cicho, czując zażenowanie.
- W takim razie, mam póki co kłopot tylko z Ianem i z tego co mówisz nie zapowiada się, bym miał go jeszcze z kimś innym. Zresztą mówiłem ci kogo będę traktował z rezerwą, Faith. Nie obchodzi mnie płeć. - Patrzy na mnie tymi orzechowymi oczyma tak, że zapiera mi dech w piersiach. Czuję w sercu pewnego rodzaju troskę, jaką oferuje mi Justin. Cóż, muszę to zaakceptować takim jakim jest.
- A Eddie? Ma u ciebie kredyt zaufania? - W końcu to też facet i jest moim przyjacielem.
- Jest gejem - mówi krótko. - Wierzę mu, bo wiem, że nie chce dobrać ci się do majtek.
Rany boskie, Bieber!
- Chwila, skąd wiesz, że Eddie to gej? - Nie przypominam sobie, żebym mówiła mu o jego orientacji. Zresztą widział go chyba raz na oczy.
- Faith, nie trudno to rozgryźć. Jestem spostrzegawczy. - Mruga do mnie i uśmiecha się tak, że miękną mi nogi. Lubię rozluźnionego i beztroskiego Justina. Jest fajny.
- Jasne - mruczę, odpychając się od ściany i siadając na łóżku. - Więc masz problem z facetami, których pociągają kobiety, tak?
- W takim razie musiałbym mieć problem sam ze sobą. - Patrzy na mnie z rozbawieniem.
- Och. - Wyrzucam z siebie i cała się czerwienię. Źle to ujęłam, nie śmiej się ze mnie Bieber.
- Faith, posłuchaj. - Kuca przy mnie i opiera rękę na moich złączonych kolanach. - Wiem, że nie mam w gruncie rzeczy do ciebie żadnych praw, ale nie wiedzieć czemu irytuję się, kiedy widzę, że jakiś mężczyzna patrzy na ciebie z pożądaniem. Nie podoba mi się to, a ponieważ Ian właśnie tak się zachowuje, nie będę udawał, że wszystko jest super. Zresztą, jaki przyjaciel tak robi?
- Poradzę sobie z tym - mruczę i oblizuję wargę, unikając spojrzenia  Justina.
Chłopak przygląda mi się przez chwilę w milczeniu, po czym kiwa ledwie zauważalnie głową. Widzę po nim, że i tak nie prędko zaufa Ianowi. Ściągam jego rękę z moich kolan i wstaję, otrzymując w zamian skonsternowanie spojrzenie.
- Wypada nam zejść na dół, Justin - mówię, czując wyrzuty sumienia, że zostawiłam tam Iana.
- W porządku - odpowiada sucho i wstaje, a w jego oczach widzę dystans. To sprawia, że czuję smutek, ale nie mogę sobie teraz na to pozwolić. Muszę wracać do Iana.
Gdy schodzę na dół, Ian właśnie kończy jeść.
- Kiedy wróci Angel? Muszę wycałować jej stopy za ten makaron. - Uśmiecha się szeroko i patrzy na mnie ciepło. Dzięki Bogu nie nawiązuje do sytuacji sprzed kilkunastu minut i zdaje się ignorować napiętą atmosferę między nim a Justinem. Może mam do niego żal i czasem jego zachowanie sprawia mi przykrość, ale bardzo go kocham i zawsze będzie dla mnie ważny.
- Nie wiem, powinna niedługo wrócić - odpowiadam i nastawiam wodę na herbatę. - Na pewno nie chcesz się niczego napić? - Zerkam na Justina, który usiadł przy wyspie, zaraz obok Iana. A to dopiero odważny krok.
- Nie, dziękuję. - Posyła mi uprzejmy uśmiech. - Więc Ian, jak minęła ci podróż?
Justin zaskakuje nas oboje tym pytaniem. Ian prawie krztusi się ostatnim kęsem makaronu, rozszerza lekko oczy i prostuje się, a ja mrugam kilkakrotnie w zupełnym osłupieniu. Justin natomiast wygląda na rozluźnionego.
- Całkiem dobrze, dziękuję - odpowiada po chwili mój przyjaciel, patrząc dziwnie na Justina. - Tylko catering mają do dupy - dodaje, przez co cicho chichoczę, zalewając fusy wrzątkiem.
- Tak, słyszałem że jedzenie w samolotach nie należy do najsmaczniejszych - mówi Justin i chyba nawet stara się być miły, ale słabo mu to wychodzi. - Co sprowadziło cię do Los Angeles?
Co to, u licha, za przesłuchanie? Nie podoba mi się to, jak zachowuje się Justin, ale za to pytanie akurat jestem mu wdzięczna, bo sama chciałabym to wiedzieć.
- Cóż, za kilka dni odbywa się tu konkurs, na który chciałbym się udać - odpowiada, ale wydaje mi się, że to bardzo wymijająca odpowiedź. Muszę z nim pogadać na osobności.
- Na jak długo zostajesz? - Kolejne pytanie zadane tym samym, oziębłym tonem.
- Prawdopodobnie miesiąc. - Mówiąc to Ian patrzy pewnie na Justina i uśmiecha się z wyższością. Chyba domyślił się, że to mu się nie spodoba.
Patrzę na Justina i widzę jak cały się spiął. Ma zaciśniętą szczękę i pięść, do tego stopnia, że pobielały mu knykcie. Ale ja też jestem wkurzona na Iana, że nic mi o tym nie powiedział. Nie to, że się nie cieszę, że tu jest, ale miesiąc to naprawdę trochę sporo czasu, a ja mam przecież pracę. Angel zresztą też.
- I gdzie się zatrzymujesz? - pyta po raz kolejny, gromiąc Iana wzrokiem. Niech oni oboje w końcu przestaną. Wkurza mnie to.
- No, tutaj, a gdzie indziej? - Ian wzrusza ramionami i uśmiecha się fałszywie do Justina.
O Boże, pomocy! Patrzę na Justina, który jest o krok od wybuchnięcia. Jego wściekłość jest wręcz namacalna i boję się, za moment zrobi coś głupiego. Odkładam kubek z herbatą na blat i podchodzę do niego, uśmiechając się pokrzepiająco. Zamyka na chwilę oczy, a gdy je otwiera patrzy na mnie łagodnie. Zupełnie nie wiem co mam zrobić, ani jak się zachować. I wtedy ku mojej uciesze, słyszę jak drzwi od mieszkania się otwierają, a po chwili Angel wpada do kuchni i biegnie do Iana, ściskając go mocno i witając się wylewnie.
- Chciałbym zostać z tobą sam - mruczy mi do ucha Justin, wykorzystując chwilę nieuwagi moich przyjaciół, a później całuje mnie w ucho. Ten gest wywołuje u mnie przyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa.
Kiwam głową w odpowiedzi, ale na razie nigdzie się nie ruszam. Póki co muszę tu zostać i pogadać chwilę z Angie.
- Ian, tak się cieszę, że tu jesteś - śmieje się głośno i całuje go raz jeszcze. Boże, ależ ta moja przyjaciółka wylewna. - Och, cześć Justin. Przepraszam, nie zauważyłam cię - mówi speszona i wita się, całując Justina w policzek.
- Nic się nie stało - odpowiada rozbawiony Justin, patrząc na nią przyjaźnie.
- Widzę, że mieliście okazję już się poznać! - piszczy Angel, patrząc na Iana i Justina. - Ale super, teraz będziemy mogli wszyscy razem wychodzić!
- Uspokój się, Angie - prosi ją Ian. On doskonale wie, że takie wyjście nie prędko nadejdzie. - Cieszę się, że tu jestem, ale chciałbym się położyć. Lot trochę mnie zmęczył.
- Tak, jasne. Poczekaj rozścielę ci w pokoju gościnnym - mówi Angel, odkładając torbę na blat.
- Pokój gościnny? Faith mówiła, że będę spał na kanapie. - Ian patrzy na nas zdezorientowany.
- Żartowałam. - Kulę się i szczerzę, patrząc na mojego przyjaciela. W jego oczach teraz tańczy rozbawienie.
- Mówiłem ci już, jak bardzo cię nienawidzę? - Jestem pewna, że gdyby nie Justin, Ian właśnie by się na mnie rzucił i zaczął łaskotać. Na szczęście się powstrzymuje.
Zaczynam się głośno śmiać razem z Angel i Ianem, a Justin zachowuje powagę. Patrzę na niego i wiem, że bardzo chce zostać już ze mną sam na sam. Mam wrażenie, że chce mi coś powiedzieć.
- Chodź, weź torby i zapraszam do pokoju. - Angie łapie przyjaciela za rękę i ciągnie go za sobą, zostawiając nas w końcu samych. Patrzę na Justina i biorę jego dłoń, po czym prowadzę do swojego pokoju. Gdy już tam jesteśmy atmosfera między nami nagle się zagęszcza. Justin patrzy na mnie tak gorącym spojrzeniem, że mam wrażenie, iż lada chwila cała spłonę. Mój oddech staje się urywany i krótki, ciało jest teraz jednym wielkim, krzyczącym pragnieniem. W życiu nie czułam czegoś takiego. Oddychaj, Faith, oddychaj. Nagle Justin robi krok  moją stronę i popycha na łóżko, posuwa w górę, a jego usta lądują na moich, obejmując je w posiadanie. Pocałunki są zachłanne, pełne pożądania i jakiegoś niespotykanego szaleństwa. Wplatam palce w miękkie włosy Justina, a on napiera na mnie swoim ciałem, wbijając w materac. Rozchyla moje wargi językiem i po chwili mój język wychodzi mu na spotkanie. Och, on tak cudownie smakuje. Pociągam za jego włosy, a w zamian otrzymuję gardłowy jęk, który przeszywa moje ciało. O rety, jak mi gorąco. Justin przenosi dłoń w dół, chwyta moją nogę trochę nad kolanem i podciąga w górę, uginając ją. Jeździ po niej dłonią i lekko wbija w nią palce, a później przenosi rękę na moją twarz. Po raz pierwszy czuję, że tak bardzo pragnę faceta. I to nie byle jakiego, bo Justina Biebera. Nie mam pojęcia co on ze mną robi, ale czuję się zahipnotyzowana.
Naglę Justin gryzie moją dolną wargę, a ja jęczę cicho na to doznanie. O Boże.
- Szaleję na myśl, że on zostanie tu na cały miesiąc - szepcze z determinacją, unieruchamiając moją głowę i patrząc mi w oczy. - Jesteś. Tylko. Moja - wymawia między pocałunkami.
Ciężko dyszę, walcząc o każdy oddech. Przełykam ślinę i próbuję się uspokoić.
- Przecież wiesz, że to ciebie chcę, nie jego - odpowiadam pod wpływem silnych emocji.
Przez twarz Justina przebiega łobuzerski uśmiech, po czym daje mi jeszcze jednego szybkiego buziaka i schodzi ze mnie. Nie! Wracaj tu!
- Przepraszam, muszę zadzwonić. - Patrzy na mnie łagodnie i wyciąga z kieszeni telefon.
- Jasne, pójdę do łazienki - odpowiadam cicho i zsuwam się z łóżka. Nogi mam jak z waty, ale jakoś udaje mi się dojść do toalety bez większych przeszkód. Staję przed lustrem, kładę dłonie na krawędzi umywalki i pochylam się, biorąc głęboki oddech. W moich żyłach jeszcze buzuje krew i kręci mi się w głowie. To co się stało przed momentem było tak cholernie dobre. Miałam wrażenie, jakbyśmy istnieli tylko ja i on. Nic innego mnie nie obchodziło. To jest właśnie to, co Justin ze mną robi. Spędzam jeszcze kilka minut w łazience, po czym wracam do pokoju. Justin siedzi przy moim biurku i trzyma w dłoniach kartkę.
- "Long walks in the dark through woods grown behind the park, I asked God who I'm supposed to be." - cytuje, uśmiechając się lekko. - Sama to napisałaś?
Otwieram szeroko oczy i wyrywam mu natychmiastowo kartkę.
- O co ci chodzi? - pyta zaskoczony Justin.
- O nic - warczę i siadam na łóżku. Sięgam po okulary korekcyjne, które leżą na szafce i czytam tekst.
- Zrobiłem coś złego? - Siada obok mnie i patrzy na mnie zmartwiony.
- Grzebałeś w moim biurku, choćby nawet - odpowiadam z rozdrażnieniem.
- Przepraszam, szukałem czegoś do pisania - tłumaczy i wydaje się być szczery. - Piszesz teksty?
- Nie. To znaczy... Nie - kręcę głową i odkładam kartkę na szafkę. - To stare dzieje, nie chcę o tym mówić.
Justin przygląda mi się przez chwilę, aż w końcu kiwa głową. Zdejmuje buty i kładzie się na łóżku, po czym pociąga mnie do siebie, tak bym leżała obok.
- Jak poszło na rozmowie? - pyta spokojnie, obejmując mnie ramieniem.
- Dobrze, dostałam pracę - oznajmiam i uśmiecham się nieśmiało, po czym przekręcam się na brzuch i patrzę na Justina.
- Gratuluję, panno Wihford. - W jego głosie słyszę uznanie. - Tak szybko?
- Tak, potrzebują asystentki od zaraz - wyjaśniam i oblizuję wargi, nie ukrywając mojej radości.
- Kiedy zaczynasz?
- Jutro.
- Rozumiem. A twój szef? - pyta, zakładając mi kosmyk za ucho.
- To znaczy? - O cholera. Powiedzieć mu, że Chris to mój były?
- Jaki jest? Poznałaś go w ogóle?
- Eee... tak - odpowiadam nerwowo.
- Chcesz mi coś powiedzieć? - Patrzy na mnie badawczo i unosi brew.
- Ale skąd...?
- Twoje ciało. Cała się spięłaś, kiedy zapytałem o szefa.
O rany, jest cholernie spostrzegawczy.
- Znam go. To mój stary znajomy - mówię zgodnie z prawą. Część o naszym związku postanawiam ominąć. Mam nadzieje, że Justin nigdy się o tym nie dowie.
- Och? - Wydaje się być wyraźnie zaintrygowany. Dobra, czas mu sprzedać parę informacji.
- Z Dallas. Chodziliśmy razem do szkoły. Wyjechał po jakimś czasie z miasta, by móc się rozwijać. Jego ojciec to strasznie wpływowy człowiek i rok temu nadał mu miano prezesa oddziału jego firmy w Los Angeles. Chris to inteligenty młody facet.
- Rozumiem - odpowiada zwięźle. - Mam nadzieję, że będzie cię dobrze traktować.
Och, możesz być pewien że tak będzie.
- Tak, ja też - uśmiecham się lekko, podciągam do góry na łokciach i całuję go czule w usta, uśmiechając się przy tym.
Justin ujmuje moją twarz i przedłuża pocałunek do granic możliwości.
- Twoje usta - mruczy i oblizuje wargi.
- Co? - pytam skonsternowana, marszcząc brwi.
- Są takie słodkie. Nie mogę się im oprzeć - dodaje i patrzy na mnie ciemnym spojrzeniem. O święty Boże. - O której jutro zaczynasz? - A to dopiero zmiana tematu.
- O dziewiątej - odpowiadam spokojnie, delektując się tą przyjemną atmosferą między nami.
- Okej. - Uśmiecha się lekko i sięga do kieszeni. - Chodź tu. - Podciąga się do góry i klepie miejsce obok. Z pytającą miną robię to, o co mnie prosi i siadam obok.
Justin odblokowuje telefon, wchodzi w aplikację instagrama i wyciąga rękę przed siebie.
- Co ty robisz? - pytam, gdy przysuwa się bliżej mnie.
- Zdjęcie - odpowiada z rozbawieniem.
- Nie śmiej się ze mnie - besztam go, starając się ukryć wkradający się na moją twarz uśmiech.
- To nie zadawaj takich głupich pytań- śmieje się i całuje mnie szybko we włosy. - Robimy śmieszne miny - oznajmia i obraca aparat w telefonie.
Kręcę głową, po czym robię dzióbek i wciągam lekko policzki, a Justin unosi brwi i wytyka końcówkę języka przed zęby.
- Idealnie - mówi i opuszcza rękę. Zabiera się za przerabianie zdjęcia obejmując mnie ręką.
- Ten może być? - pyta, wybierając filtr.
- Tak, jest w porządku - zaczynam się śmiać. Och, jaki z niego mały chłopiec.
Gdy Mój Chłopiec ostatecznie zatwierdza przerobione zdjęcie, przesyła je dalej i dodaje opis " #funnyfacesnight w/  this lovley chic @faithwithford :)" . Po chwili zdjęcie jest już w sieci. Patrzę tępo w telefon. O kurwa, teraz już każdy wie kim jestem.
- O co chodzi? - Justin marszczy czoło i odkłada telefon na kolana.
- Twoi fani... - szepczę.
- Co z nimi?
- Dowiedzą się kim jestem, jak mam na imię. - Dlaczego aż tak się tym przejęłam?
- Nie bój się - mruczy mi do ucha i obejmuje mocno ramionami od tyłu. - Nie możesz być anonimowa w nieskończoność.
Wiem, że Justin ma rację i że nigdy nie zrobiłby czegoś, by narazić mnie na niebezpieczeństwo, ale po prostu obawiam się reakcji tych wszystkich ludzi, gdy zobaczą mnie na zdjęciu. Moja podświadomość budzi się z błogiej drzemki i uświadamia mi, że przecież taka jest kolej rzeczy. Jego fani, cały świat w końcu musi dowiedzieć się kim jest ta tajemnicza dziewczyna.
Zamykam oczy i tulę się do klatki Justina, szukając w niej schronienia.
- Faithie, muszę już iść - odzywa się po chwili, odpychając mnie delikatnie od siebie. - Jest późno.
- Nie zostaniesz na noc? - Te słowa nieproszone opuszczają moje usta, ale Justin nie wydaje się być nimi zaskoczony.
- Nie, mała. Oboje musimy jutro wcześnie wstać. - Wstaje i uśmiecha się do mnie ciepło. - Odezwę się jutro. - Nachyla się i całuje mnie słodko w sam środek ust. - Śpij dobrze, słodka Faith.
- Poczekaj, odprowadzę cię - mówię, ale on potrząsa głową.
- Nie trzeba. Połóż się już spać, jest późno. Do jutra. - Całuje mnie raz jeszcze i wychodzi z pokoju, zamykając za sobą cicho drzwi. Siedzę przez chwilę na łóżku, wpatrując się w ścianę przede mną. Chciałam żeby tu został, było mi tak dobrze. Już za nim tęsknię. Wzdycham ciężko i niechętnie decyduję się, by przebrać się w piżamę. Ściągam z siebie dresy i koszulkę, składam je i wkładam do szafy, bieliznę wrzucam do kosza na brudy i wskakuję w krótkie spodenki i koszulkę. To mój zestaw do spania, jest wygodny i nie jest mi w nim za ciepło. Rozwiązuję włosy, odkładam okulary na szafkę, podłączam telefon do ładowania, nastawiam budzik i wchodzę do łóżka. Dopiero teraz uświadamiam sobie, jak bardzo zmęczona jestem. Nie mam pojęcia kiedy zapadam w silny sen.

Następnego ranka budzi mnie głośne pukanie do drzwi. Co jest do cholery?
- Faith, wyłaź stamtąd! - wrzeszczy Angie zza drzwi, wydając się wyraźnie podekscytowana. Rany, która jest godzina? Patrzę na zegarek, który wskazuje na siódmą piętnaście. I tak muszę już wstawać.
- FAITH! - odzywa się ponownie moja przyjaciółka, a ja mam ochotę rzucić jej poduszą w twarz. Słyszę do cholery. Gramolę się z łóżka, zakładam na siebie szlafrok i otwieram drzwi. Zamieram.
- No nareszcie - piszczy Angel, uśmiechając się do mnie szeroko.
Cały górny hol, całe schody i część dolnego piętra jest obsypana białymi płatkami róż. U stóp schodów stoi sześć ogromnych koszów tych kwiatów, które układają się w korytarz. Oniemiała schodzę ostrożnie na dół, zastanawiając się co czeka mnie na końcu. Nie mam pojęcia o co chodzi. Uśmiecham sie szeroko, gdy przed sobą widzę jeszcze większy kosz, tym razem z różowymi różami. Do jego boków są przyczepione dwa balony w kształcie serca w tym samym kolorze co kwiaty. Dostrzegam między różami białą kopertę, podchodzę więc jeszcze bliżej, wyciągam ją i otwieram.

" Słodka Faith,
Mam nadzieję, że pierwszy dzień w pracy okaże się pomyślny. 
Nawet nie masz pojęcia jak długo o Tobie myślałem zeszłej nocy.
Ufam, że kwiaty wywołają uśmiech na Twojej ślicznej twarzy, za którą chyba już trochę się stęskniłem i nie sprawią większego kłoptu dla twoich współlokatorów.
Bądź dziś gotowa na 19.30, przyjadę po ciebie. 
Udanych  walentynek, Faith. 
Justin"
Notatka jest napisana odręcznie, co sprawia, że uśmiecham się jeszcze szerzej. Czytam wiadomość raz jeszcze i mój uśmiech nieco rzednie. Cholera, dziś są walentynki! Na śmierć o tym zapomniałam.
- Ma chłopak gest - gwiżdże z uznaniem Angel, pojawiając się nagle za mną.
- I to nie mały - mruczę i kucam przy koszu, zanurzając nos w kwiatach. Mmm, pachną równie pięknie co wyglądają. Czuję, jak przez mój brzuch przelatuje chmara motylów. Muszę podziękować Justinowi jak najszybciej.
- Szczęśliwego dnia zakochany, Faith. - Mruga do mnie Angie i cmoka w policzek.
- Wzajemnie - śmieję się. - Masz już jakieś plany? - Patrzę na nią, unosząc znacząco brew.
- Eee, no wiesz... Xavier zaprosił mnie na kolację - mruczy, lekko się rumieniąc.
- Xavier? - Kto to u licha?
- Lil Za - wyjaśnia, kręcąc głową z dezaprobatą.
- Sorki, skąd mogłam wiedzieć. - Wzruszam ramionami i mijam ją, ponieważ muszę iść do łazienki.
- A ty? - woła za mną przyjaciółka.
- Zdaje się, że też! - odkrzykuję i słyszę, jak Angie się śmieje.
Wchodzę do łazienki i najpierw biorę prysznic. Później myję zęby, susze włosy, wcieram balsam w ciało i zmierzam do pokoju, by się ubrać. Zakładam bieliznę, następnie wciągam obcisłe, ciemne dżinsy na nogi, a na górę wkładam miętową luźną koszulę. Wyglądam schludnie i elegancko, jak na asystentkę prezesa przystało. Siadam przy toaletce, tuszuję rzęsy i przeciągam bezbarwnym błyszczykiem po ustach. Zerkam na zegarek, jest pięć po ósmej. Okej, za jakieś dwadzieścia minut muszę wyjechać, by zdążyć na czas. Korki w Los Angeles są okropne.
Schodzę na dół, gdzie siedzi Angie i wcina tosty.
- Smacznego - mówię na wejściu, a ona kiwa mi głową z buzią pełną jedzenia.
Nalewam sobie kawy do kubka, którą zaparzyła Angel i dodaję do niej trochę mleka. Mmm, pyszna. Robię sobie jeszcze szybko jakąś kanapkę i siadam obok przyjaciółki.
- Podekscytowana pierwszym dniem w pracy? - pyta ciepło, zerkając na mnie.
- Jak cholera. Trochę się denerwuję - wyznaję i gryzę kanapkę.
- To normalne, ale będzie dobrze. Zobaczysz. - Mruga do mnie i upija łyk soku.
- Też idziesz dziś wcześniej do agencji? - pytam.
- Mam dziś sesję do tego magazynu, pamiętasz mówiłam ci o nim.
- Rany, Angie! Tak się cieszę! Powodzenia! - wołam i ściskam ją mocno.
- Wzajemnie skarbie - odpowiada radośnie.
Gdy pogrążamy się z Angie w rozmowie, do kuchni wchodzi zaspany Ian nagi od pasa w górę.
- Co kur... ? - zatrzymuje się nagle, widząc kwiaty w mieszkaniu.
- Justin postanowił umilić Faith dzień zakochanych - wyjaśnia Angie i uśmiecha się znacząco. - Kochany jest, nie?
- Taa - odpowiada Ian, wyglądając na zdegustowanego. Czy to już zawsze tak będzie wyglądać? Nie podoba mi się ta wizja.
- Jakie masz plany na dziś? - pytam, ignorując zachowanie mojego przyjaciela.
- Nie wiem. Połażę trochę po mieście, odwiedzę paru starych znajomych. Coś ze sobą zrobię. - Wzrusza ramionami i nalewa sobie kawy.
- Nie będzie mnie dziś wieczorem - dodaję, patrząc na niego przepraszająco.
- Mnie też - mruczy Angel.
- Ja pierdole, czuję się niechciany - śmieje się Ian. - Spoko, nic się nie dzieje. Zajmę się sobą - uśmiecha się łobuzersko. Jestem pewna, że wyrwie jakąś panienkę.
- Tylko się zabezpiecz - rzucam uszczypliwie i zeskakuję ze stołka. Na mojej twarzy widnieje głupawy uśmiech.
- Strasznie śmieszne - kontruje Ian, wyłapując żart.
W przedpokoju zakładam na stopy beżowe szpilki, zabieram torebkę i chowam kluczyki od samochodu.
- Do później! - wołam i wychodzę z mieszkania, pędząc do samochodu.

Przed firmą jestem kilka minut przed dziewiątą. Parkuję samochód na wolnym miejscu, wychodzę z niego i z ulgą stwierdzam, że dzisiaj przed wejściem nie czekają na mnie paparazzi.  Gdy jestem już w środku podchodzę do recepcji, gdzie siedzi ta sama dziewczyna co wczoraj.
- Dzień dobry, panno Wihford - wita mnie z firmowym uśmiechem.
- Och, mów mi Faith - odpowiadam miło. - Pan Fitzgerald mówił, że mam prosić panią o wyrobienie karty pracownika.
- Jestem Jessica. - Uśmiecha się i wyciąga do mnie rękę. Ściskam ją lekko. - Poczekaj tu, to zajmie dosłownie dwie minuty.
Rzeczywiście, nim się obejrzę Jessica wręcza mi kartę.
- Wystarczy, że przeciągniesz ją przy bramkach i wchodzisz. Używaj jej też podczas lunchu, dzięki niej masz rabaty - tłumaczy.
- Jasne, dzięki. - Uśmiecham się promiennie i idę do bramek. Robię dokładnie tak jak poinstruowała mnie Jessica i po chwili jestem już w windzie. Wyjeżdżam na odpowiednie piętro, wysiadam i rozglądam się, zupełnie nie wiedząc gdzie mam teraz iść.
- Panna Faith Wihford? - odzywa się nagle rudowłosa kobieta za biurkiem.
- Tak, to ja - odpowiadam nieco nerwowo, podchodząc do niej.
- Gabinet pana Fitzgeralda jest na końcu korytarza. Prezes już pani oczekuje - mówi to tak formalnym tonem, że trochę mnie to zaskakuję.
- Dziękuję. - Staram się być miła, ale jakoś mi to nie wychodzi w stosunku do niej. Tak czy inaczej idę w kierunku, który wskazała mi rudowłosa pani i w końcu widzę drzwi, do przeszklonego gabinetu Chrisa.
Pukam nieśmiało i praktycznie od razu otrzymuję odpowiedź.
- Proszę! - Jego ton jest tak bardzo apodyktyczny.
- Dzień dobry. Czekałeś na mnie? - pytam, wchodząc do pokoju, który służy za jego gabinet. Jest cholernie przestronny i stanowczo zbyt duży jak dla jednego człowieka.
- Tak - odpowiada krótko, mierząc mnie wzrokiem. - Pokażę ci, gdzie jest twoje biurko.
Chris wstaje i zapina marynarkę, po czym podchodzi do mnie i kładzie dłoń na moich lędźwiach, prowadząc w stronę drzwi. Przechodzimy na drugą stronę korytarza, gdzie stoi kilka biurek.
- To należy do ciebie - wyjaśnia rzeczowo.
- A pozostałe? - pytam, stawiając torebkę na blacie.
- Za chwilę pojawią się tu moi bliscy współpracownicy. To ich biurka.
- Dobrze, w porządku. - Kiwam głową i patrzę na Chrisa. Jest dzisiaj jakby nieobecny. - Co mam robić?
Chris przygląda mi się przez chwilę, po czym daje mi szybki zarys moich obowiązków.
- Przejrzyj te papiery i przynieś mi sprawozdanie do trzynastej. Później zadzwoń do chłopaków z finansów i poproś ich, aby stworzyli raporty z ostatniego miesiąca i jak najszybciej przesłali mi je na mejla. O czternastej mam umówione spotkanie z przedstawicielami dwóch firm telekomunikacyjnych - przenieś je na czternastą trzydzieści, bo wcześniej mam wideokonferencję z Chinami i nie wiem, czy się wyrobię. Na razie to by było na tyle. - Cały ten czas patrzy na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Dobrze, Chris. Dziękuję - mówię cicho i siadam przy pustym jeszcze biurku.
- Ach, i jeszcze jedno. - Nachyla się i opiera ręce o blat.
- Tak? - pytam, marszcząc brwi.
- Tutaj jesteśmy w relacji pracownik - pracodawca. Zwracaj się do mnie "panie prezesie", jasne?
Mrugam kilkakrotnie.
- Tak, rozumiem - odpowiadam cicho.
- Świetnie. Czekam na sprawozdania - mówi i wraca do swojego gabinetu.
Biorę głęboki oddech i zerkam na stos papierów. Takim oto sposobem zaczął się mój pierwszy dzień w pracy.

Kończę sprawozdania przed trzynastą, więc mam chwilę, by wystukać smsa do Justina.

Do: Justin
Dziękuję za kwiaty - są prześliczne i sprawiły mi wiele radości. Wykupiłeś całą kwiaciarnię? 

Uśmiecham się pod nosem i wysyłam wiadomość. Odpowiedź przychodzi po chwili

Od: Justin
Konkretnie dwie. Jedna nie miała tylu białych róż. Jak to się dzieje, że możesz smsować w pracy? Panno Wihford, tak nie wolno.

Kręcę głową z niedowierzaniem.

Do: Justin
Oszalałeś, Bóg mi świadkiem. Mogę, bo skończyłam wcześniej pisać sprawozdanie. Poza tym ty też pracujesz.

No bo przecież pracuje, prawda?

Od: Justin
Zauważ, że moja praca ma charakter nieco mniej zobowiązujący. Wracaj zarabiać pieniądze :) odezwę się wieczorem. 
PS. Już nie mogę się doczekać. 

Czytam wiadomość i czuję napięcie w ciele. Och, stęskniłam się już za nim, a nie minął nawet jeden dzień. Jak to możliwe? "Bo się w nim zakochałaś, idiotko?" pyta ostro moja podświadomość, a ja krzywię się na jej słowa. Zgłupiała, do reszty.
W końcu zbieram sprawozdania z biurka i idę do gabinetu Chrisa.
- Nie, nie mam na to czasu... Niech Craig się tym zajmie, przecież mu za to płacę... Nie interesuje mnie to, jeśli mu się coś nie podoba zawsze może zmienić pracę... Nie ulegnę, może o tym zapomnieć... W kwestii Vancouver jeszcze się zastanawiam, mam czas do przyszłego tygodnia... Tak, załatw to. - Chris odkłada telefon i patrzy na mnie pytająco.
- Przyniosłam dokumenty - mówię i kładę je na jego biurku.
- Świetnie. Dzwoniłaś do finansów?
- Tak, powinien pan dostać niedługo mejla. Spotkanie również udało mi się przełożyć.
- Doskonale - mówi z uznaniem. - Idziesz na lunch? - pyta nonszalancko.
- Eee, chyba tak - odpowiadam, odgarniając włosy z twarzy.
- Dobrze. Kiedy wrócisz wyślesz mejle do kilku ludzi. Tematy i adresy zostawiłem ci rano na biurku. W razie pytań, przyjdź tu. - Uśmiecha się do mnie enigmatycznie, po czym sięga po telefon i wybiera jakiś numer.
Chyba powinnam wyjść. Odwracam się na pięcie i idę do drzwi. Chris już rozpoczął rozmowę, więc nawet nie zauważa, kiedy wychodzę. To dziwne zwracać się do niego per pan, ale rozumiem powagę sytuacji. Jest prezesem, nie może pozwolić sobie na poufałość z personelem.
- Hej, idziesz na lunch? - pyta mnie ciemno włosa dziewczyna, która zajmuje dwa biurka za mną. Ma brytyjski akcent.
- Tak, właśnie się zbierałam - odpowiadam uprzejmie.
- Jestem Caren - wyciąga do mnie wypielęgnowaną dłoń. To wysoka blondynka o mocnych rysach twarzy. Ma wyraźne brwi i śliczne oczy. Jest niesamowicie piękna i do tego ma doskonałą figurę!
- Chciałabyś wybrać się ze mną? Nie mam towarzystwa, a ty wydajesz się być w porządku. Chyba jesteś tu nowa, no nie? - Caren mierzy mnie wzrokiem, uśmiechając się przy tym.
- Pracuję tutaj od dzisiaj, jestem asystentką pana Fitzgeralda - wyjaśniam, zakładając na ramię torebkę i zmierzając z dziewczyną do windy.
- Możliwe, one zmieniają się co chwila. - Macha nonszalancko ręką.
- Poważnie? Dlaczego? - pytam zaskoczona tą informacją.
- A ja wiem? Nigdy mnie to nie interesowało. - Wzrusza ramionami, wchodząc do kabiny.
- Rozumiem - odpowiadam cicho i zjeżdżamy razem z Caren w dół.

Na lunchu było naprawdę przyjemnie. Caren okazała się przezabawną i bardzo inteligentną dziewczyną. Dowiedziałam się, że pochodzi z Londynu i ma dwójkę rodzeństwa. Przeniosła się do Los Angeles, bo po prostu miała na to ochotę. Jest ode mnie starsza o dwa lata, ale tego zupełnie się nie czuje. Polubiłam ją. Gdy wróciłyśmy do biura, każda z nas zajęła się swoją pracą i czas jakoś nam zleciał do siedemnastej. Żegnamy się z Caren na parkingu i każda z nas odjeżdża we własnym kierunku. Po drodze do domu, wstępuję jeszcze do sklepu, myśląc o Justinie.

W mieszkaniu jestem po osiemnastej. Iana nie ma, przynajmniej nie w kuchni, a Angie biega nerwowo po pokojach. Róże nadal zdobią parter.
- Co się stało? - pytam przestraszona.
- Xavier ma tu być za chwilę, a ja nie jestem jeszcze gotowa! - piszczy, wkładając do ucha kolczyk.
- Chryste, Angie wyglądasz jak milion dolarów! Czego ci jeszcze brakuje? - pytam odkładając torebkę na blat.
- Butów! - piszczy i po raz setny poprawia włosy.
- Czarne szpilki - mówię od razu, analizując jej stój. Ma na sobie czarną luźną koszulę, czarne poszarpane spodenki i do tego założyła złote dodatki. Usta podkreśliła czerwoną szminką, która idealnie zgrywa się z jej paznokciami.
- Dziękuję, mamacita! - woła z przedpokoju, prawdopodobnie szukając szpilek.
- A gdzie Ian?
- Poszedł do znajomego, a potem mówił, że wybiera się na jakąś imprezę.
- Ma klucze?
- Tak, dałam mu zapasowe - odpowiada. - I jak?
Angie stoi przede mną i uśmiecha się szeroko. Słodki Jezu, ona jest taka śliczna.
- Wyglądasz przepięknie. Lil Za będzie zachwycony - przekonuję i ściskam ją.
Nagle rozlega się dzwonek domofonu. Ktoś czeka na dole.
- O boże! To on! - piszczy po raz kolejny, zachowując się jak nastolatka.
- Udanego wieczoru - śmieję się i całuję ją w policzek.
- Tobie też! - Uśmiecha się i po chwili nie ma jej już w mieszkaniu. Więc zostałam sama.
Uśmiecham się sama do siebie, patrząc na kwiaty. To mi przypomina, że ja sama muszę się zacząć szykować, jeśli chcę wyrobić się na czas. Idę więc najpierw do sypialni, by tam pozbyć się ubrań, a następnie do łazienki, by wziąć odświeżający prysznic.
Gdy jestem już czysta i sucha, idę do swojego pokoju, gdzie zakładam świeżą, jasną bieliznę, która jest wykończona śliczną koronką. Włączam prostownicę, jednocześnie zastanawiając się co ubrać na tę okazję. Otwieram szafę i mój wzrok pada na różową sukienkę, sięgającą do około połowy ud i jest nieco rozkloszowana u dołu. Gdy na nią patrzę, na myśl przychodzą mi kwiaty, które przysłał mi Justin. Tak, będzie odpowiadania. Wyciągam ją i układam ostrożnie na łóżku, by się nie pomięła. Następnie siadam przy toaletce, prostuję włosy i nakładam makijaż. Tym razem oczy robię mocniejsze niż zazwyczaj, a na usta kładę lekko różowawy błyszczyk. Wykonuję ostatnie poprawki i w końcu mogę założyć sukienkę. Pięknie się na mnie układa i podkreśla to co powinna. Wkładam do uszu długie, pasujące kolczyki, a na nadgarstek zakładam tę samą złotą bransoletkę, którą podarował mi Todd. Tęsknię za nim.
Zegar wskazuje 19.17, gdy stoję przed lustrem i podziwiam swoje dzieło. Czuję się dobrze i hm... zaskakująco ładnie. Dobra robota, Wihford!
Skoro mam jeszcze trochę czasu, postanawiam zająć się moim prezentem dla Justina. Nie chcę, by pomyślał, że o nim zapomniałam. Na kilka minut przed 19.30 zakładam na stopy sandałki na szpilce i używam swoich ulubionych perfum. Cholera, denerwuję się. Przygryzam wargę i nagle mój telefon się odzywa.
- Czekam na ciebie na dole - słyszę po drugiej stronie, gdy odbieram.
- Za chwilkę będę - odpowiadam i rozłączam się.
Biorę niewielką torebkę, wkładam do niej telefon i prezent, łapię beżowy płaszczyk, gdyby później było mi zimno i wychodzę. Cała się trzęsę, gdy zjeżdżam windą na dół. Zaraz Go zobaczę i prawdopodobnie spędzę miły wieczór. Na zewnątrz okazuje się, że jest ciepło - aż za ciepło. Hugo stoi przed samochodem i obdarza mnie uprzejmym uśmiechem.
- Dziękuję Hugo - mówię, gdy otwiera dla mnie drzwi. Wsiadam do środka i mój wzrok od razu ląduje na Justinie, który przez chwile patrzy na mnie oniemiały.
- Cześć - witam go nieśmiało.
- Hej - odpowiada ochryple, sięgając po moją dłoń, którą zaraz obsypuje pocałunkami. - Wyglądasz przepięknie - mruczy, patrząc mi w oczy.
- Dziękuję. Ty również - stwierdzam, przyglądając się jego ubraniom. Jest ubrany cały na czarno, a na głowie ma stylowy kapelusz. O rety, wygląda seksownie.
- Gdzie jedziemy? - pytam, rozkoszując się dotykiem jego ust.
- Najpierw na kolację - oznajmia cicho, nie spuszczając ze mnie oczu. Czuję się trochę skrępowana.
- Jak ci minął pierwszy dzień w pracy? - pyta, łącząc nasze dłonie i kładąc je sobie na kolanach.
- Całkiem w porządku, dziękuję. - Uśmiecham się lekko. - Miałam dużo pracy.
- A jednak znalazłaś czas na smsowanie - Justin dodaje z ironią.
- Nie mów, że ci to przeszkadzało - kontruję, unosząc drwiąco jedną brew.
- Mnie nie, ale być może twojemu szefostwu tak. - Przechyla głowę i posyła mi ten swój łobuzerski, wszystko wiedzący uśmieszek. Potrząsam głową.
- A ty? Jak tobie minął dzień? - pytam, nie chcąc drążyć poprzedniego tematu.
- Większość czasu spędziłem w studiu, a w między czasie byłem na próbie - odpowiada bardzo rzeczowo i spokojnie.
- Och, jak wam idzie? - pytam, nawiązując do teledysku.
- Powoli kończymy. Będziemy kręcić od przyszłego tygodnia. - Gdy o tym mówi, uśmiecha się i widzę w nim, że to dla niego ogromna radość.
- To wspaniale, bardzo się cieszę - stwierdzam zgodnie z prawdą, chociaż czuję w sercu ukłócie smutku.
- Ja również, ale wolałbym, żebyś to ty była na miejscu tej nowej.
- Już o tym rozmawialiśmy, Justin - upominam go, nie mając ochoty na ponowne tłumaczenie.
- Tak, wiem. Nie zapomniałem - odpowiada nieco zbyt ostro. Boże, te jego zmiany tonu mnie kiedyś wykończą.
- Jesteśmy na miejscu, panie Bieber - oznajmia Hugo, przerywając nam rozmowę i chwała Bogu.
Justin uśmiecha się do mnie, po czym wyskakuje z samochodu, obchodzi go i otwiera drzwi z mojej strony. Jestem zaskoczona, że nie ma tu jeszcze paparazzi. No ale skąd mogliby wiedzieć, że to akurat tutaj będziemy. Chłopak podaje mi dłoń, bym mogła wysiąść, a potem splata nasze palce ze sobą. Patrzy na mnie ciepłym, rozkosznym spojrzeniem i prowadzi do wejścia.
W środku słodko pachnie i panuje względny spokój.
- Panie Bieber, witamy w restauracji Il Cielo - kłania się uprzejmie elegancko ubrany kelner. - Proszę za mną. - Odwraca się i rusza w głąb budynku, a my podążamy za nim. Jestem onieśmielona wystrojem tej restauracji, jak i całą tą otoczką. Z każdym krokiem mam wrażenie, jakbym przenosiła się do zupełnie innego miejsca. Kelner prowadzi nas przez pełną osób salę, a ja nigdzie nie widzę wolnego stolika. To dziwne. Nagle przechodzimy przez podwójne, drewniane drzwi ze szklanymi oknami, zostawiając za sobą cały tamtejszy zgiełk, a następnie nasz przewodnik otwiera jeszcze jedne drzwi, które prowadzą nas na zewnątrz.
- Życzę państwu udanego wieczoru - mówi kelner i dyskretnie znika, pozostawiając nas samych.
Patrzę na to co mam przed sobą i czuję jak w moich oczach zbierają się łzy zachwytu. Pomieszczenie, w którym stoimy jest otoczone ścianami z marmuru, gdzie nie gdzie są porośnięte bluszczem, ale nie ma nad nami sufitu. Na środku stoi okrągły stolik, a przy nim dwa wyglądające na drogie i wygodne krzesła. Na podłodze, dookoła nas porozrzucane są płatki różowych róż, tych samych, które podarował mi dziś rano Justin. Nie ma tu ani jednego sztucznego światła, wszędzie stoją rozpalone duże świece, które nadają temu miejscu jeszcze więcej intymności. Stoję bez ruchu, podziwiając ten nieziemski widok, aż nagle czuję jak Justin oplata mnie od tyłu ramionami i wręcza mały bukiecik, składający się z kilku róż w tym samym kolorze, co płatki wokół nas. A więc postawił na jeden gatunek, ciekawie.
- Zasługujesz na wszystko, co najlepsze moja słodka Faith - mruczy mi do ucha, które po chwili całuje. Wsuwam nos w bukiet i zaciągam się pięknym zapachem kwiatów. Bóg mi świadkiem, że to pierwsze róże, których zapach czuję i uważam za wyjątkowy.
- Tu jest przepięknie - szepczę i zamykam oczy, nie chcąc się popłakać.
- Cieszę się, że ci się podoba - mruczy, a ja wyczuwam jak się uśmiecha. - Chodź, zjemy coś.
Odsuwa się ode mnie i podchodzi z przodu, po czym patrzy na mnie zaskoczony.
- Dlaczego masz łzy w oczach?
Opuszczam głową i kręcę nią, biorąc dwa głębokie oddechy.
- Po prostu jestem pod wrażeniem - odpowiadam szczerze, układając w usta w coś na kształt uśmiechu. - Dziękuję - szepczę.
- Później - odpowiada i łapie mnie za dłoń, pociągając delikatnie w stronę stolika.
Kiedy już przy nim jesteśmy, odsuwa dla mnie krzesło i czeka, aż na nim usiądę. Dopiero potem on robi dokładnie to samo.
- Mam nadzieję, że nie będziesz miała mi za złe, że wybrałem już dla nas posiłki. - Justin patrzy na mnie nieodgadnionym spojrzeniem.
- Oczywiście, że nie. Ufam ci. - Posyłam mu uprzejmy uśmiech i wzdycham cicho.
Po chwili pojawia się przy nas kelner, niosąc ze sobą dwie lampki białe wino w odpowiednim wiaderku wypełnionym lodem. Stawia go na stole i zbędnym teatralnym ruchem otwiera butelkę. Nalewa nam trunku do kieliszków i wkłada butelkę z powrotem do lodu.
- Oprócz tego, życzą sobie państwo coś do picia? - pyta kelner, uśmiechając się do nas firmowo.
- Poproszę wodę niegazowaną - odzywam się nieśmiało, zupełnie nie wiedząc czemu.
- Dla mnie to samo. - Kiwa Justin i po chwili kelnera już nie ma.
- To wszystko musiało cię kosztować majątek - mówię, starając się zabrzmieć jak najbardziej nonszalancko.
- Naprawdę się tym przejmujesz? - pyta, nie ukrywając rozbawienia.
- Śmiejesz się ze mnie? - Udaję oburzenie i kładę dłoń na sercu.
- Aha - śmieje się radośnie Justin.
- Dlaczego? - pytam, choć to pytanie jest trochę niedorzeczne.
- Bo jesteś śmieszna - oznajmia spokojnie, szczerząc się do mnie głupkowato.
- Śmieszna żałosna, czy śmieszna ha, ha?
- W większości to drugie. - Mruga do mnie.
- W większości? - piszczę, chociaż chce mi się bardzo śmiać. - Czyli jednak zachwouję się żałośnie?
- Tego nie powiedziałem - odpowiada, mierząc mnie czujnym spojrzeniem.
- Ależ owszem, powiedziałeś. - Mrużę oczy i staram się walczyć z drgającymi kącikami ust.
- Nie, nie powiedziałem. - Justin poprawia się na krześle i nabiera obronnej postawy.
 - Nie kłóć się - grożę, przygryzając wargę.
- To ty się nie kłóć.
- Och, ta rozmowa zmierza donikąd. - Kręcę głową i przewracam oczami, zacznając się śmiać.
Wzrok Justina nagle ciemnieje i patrzy na mnie tak palącym spojrzeniem, że słyszę wręcz jak moja skóra zaczyna skwierczeć.
- No co? - pytam szeptem, zdając sobie sprawę, że mój głos drży. A niech to.
- Jesteś przepiękna, Faith. Zdajesz sobie z tego sprawę? - W jego głosie nie ma ani krzty rozluźniania. On mówi to śmiertelnie poważnie.
- Eee... nie wiem - odpowiadam i wzruszam ramionami, patrząc w bok. Cała się czerwienię.
Justin otwiera usta, ale wtedy nadchodzi kelner z naszą wodą oraz przystawką. To ostrygi, już kiedyś je jadłam. Nie były takie złe.
-  Życzę smacznego - mówi nasz ober i w ciągu kilku sekund już go nie ma.
- Wiesz, naprawdę powinnaś nauczyć przyjmować komplementy - rzuca Justin, sięgając po ostygę i przechylając ją do gardła.
- Słucham? - Marszczę czoło i powtarzam jego czyn. Mmm, te ostrygi są pyszne.
- Cała się czerwienisz za każdym razem, kiedy powiem ci coś miłego. Albo płaczesz, to zależy jak na to spojrzeć. - Droczy się ze mną, a to dupek.
- Lubisz mnie upokarzać? - pytam chłodno, piorunując go spojrzeniem.
- Nie robię tego. - Kręci przecząco głową i bierze łyk wina. - Po prostu stwierdzam fakty.
- Jasne - mruczę i odwracam wzrok. Trochę mnie wkurzył, nie ukrywam.
- No, już. Nie złość się na mnie. To ma być miły wieczór - prosi i patrzy na mnie łagodnie, sięga po moją dłoń, by złożyć na niej pocałunek. Usta ma chłodne i wilgotne od wina, o rety.
Unoszę na niego swój wzrok i już mu przebaczam. W jego spojrzeniu jest tyle siły i przekonania, ale również widzę w nim delikatność i troskę. Och, to mnie pokonuje, nie potrafię się na niego złościć.
Reszta wieczoru mija nam w wyśmienitej atmosferze. Ani ja, ani Justin nie wchodziliśmy na takie tematy, które mogłyby popsuć nam nieco humory. Zamiast tego śmialiśmy się i rozmawialiśmy o tak wielu rzeczach. Justin jest bardzo inteligentny, zabawny i czasem naprawdę niedorzecznie seksowny. Jestem mu tak bardzo wdzięczna za ten wieczór, jest magicznie.
Naszym głównym posiłkiem był pieczony comber jagnięcy z puree z topinambur i oliwą truflową, a do tego sos z rozmarynem. To było takie pyszne, że powinno być zakazane. Na deser otrzymaliśmy tort daquoise z karmelem i chrupiącymi orzechami, ledwo zmieściłam to wszystko w siebie. Kiedy odkładałam talerz uświadomiłam sobie, że ta kolacja była chyba najdroższą kolacją w moim życiu. Powinnam za nią jakoś oddać Justinowi, ale czuję, że gdy zacznę temat on się wkurzy.
Uśmiecham się sama do siebie, gdy myślę o tym jak bardzo ten mężczyzna się dla mnie postarał. Ta restauracja, to jedzenie, ten klimat. To coś niesamowitego. Zastanawiam się jednak, dlaczego on to wszystko robi? Rozumiem kolację, ale nie spodziewałam się, że odbędzie się ona w takej oprawie.
 - Chodź, będziemy się zbierać - mówi po chwili Justin, odsuwając się od stołu.
Patrzę na przepięknie ozdobione pomieszczenie. Nie chcę stąd iść, atmosfera i klimat są tak cudowne, że mogłabym spędzić tu całe życie. No dobra, przynajmniej cały wieczór. Jednak wiem, że Justin przygotował dla nas coś więcej.
- No, wstawaj. - Uśmiecha się łagodnie i podaje mi rękę, bym mogła się podnieść. Gdy stoję, chcę zabrać dłoń, ale on przekręca swoją i splata nasze palce ze sobą. O rety, to takie... intymne. Przynajmniej chwila w jakiej to zrobił, takim to uczyniła . Zabieram malutki bukiecik ze stołu i ruszam za Justinem, gdy ten zmierza do wyjścia. Przed nami pojawił się już ochroniarz.
- Panie Bieber, masa paparazzi czeka przed wejściem. Zechcą może państwo opuścić restauracje tylnymi drzwiami?
- Nie, zamierzam wyjść głównym wejściem- odpowiada rzeczowo Justin. - Czy samochód czeka przed budynkiem?
- Tak, panie Bieber.
- Wspaniale. - Kiwa głową, zbliżając się do drzwi. Już tutaj słyszę krzyki paparazzich.
Chcę uwolnić dłoń z uścisku Justina, ponieważ uznaję, że nie powinniśmy opuszczać restauracji w ten sposób, ale on zaciska ją jeszcze mocniej.
- Justin, nie możemy...
- Owszem, skarbie. Możemy - odpowiada i uśmiecha się szeroko, po czym przekracza próg cały czas mocno trzymając mnie za rękę.
Wtedy rozpoczyna się atak ze strony paparazzi.
- Justin! Czy ty i Faith jesteście razem?
- Justin, stary! Co tam?
- Czy ona jest twoją walentynką?
- Skomentujecie pogłoski o tym, że to dla niej zostawiłeś Shaylę?!
- Zdradziłeś Shaylę, prawda?!
- Kim ona jest?! Dlaczego spędzasz z nią tyle czasu?!
Justin ignoruje wszystkie te pytania, cały czas szeroko się uśmiechając. Ja natomiast pochylam głowę w dół i zaciskam usta, czując jak mój żołądek zaczyna się nieprzyjemnie skręcać. Te wszystkie flesze, krzyki, pytania i zarzuty sprawiają, że jest mi niedobrze i zaczyna się kręcić w głowie. Skupiam się na tym, że muszę dojść tylko do samochodu. Już czekają na nas otwarte drzwi, więc Justin wsiada jako pierwszy, a później podaje mi dłoń i przeciąga na swoje kolana. Ochroniarz zamyka mocno drzwi i krzyki trochę cichną, jednak paparazzi przykładają aparaty do szyby i pstrykają kolejne zdjęcia. Nadal siedzę na kolanach Justina, więc próbuję się zsunąć na siedzenie obok, ale on skutecznie zatrzymuje mój ruch ręką.
- Nie, zostań - szepcze i muska nosem moją szyję. - Wszystko w porządku?
- Tak, chyba tak - odpowiadam cicho i odkładam bukiecik na bok, by móc swobodnie przytulić do Justina. Reaguje natychmiast, oplatając mnie ramionami. Czuję się teraz bezpiecznie.
Hugo wchodzi do samochodu i praktycznie od razu odjeżdża, zostawiając za nami cały chaos, jaki spowodowali paparazzi. Zamykam oczy i opieram głowę na ramieniu Justina, wdychając jego odurzający zapach. Uśmiecham się lekko, gdy czuję jak zaczyna rytmicznie i miarowo gładzić mój bok. Mruczę cicho z przyjemności, co wywołuje mały śmiech Justina.
- Zmęczona? - pyta po chwili, wciąż z wyczuwalnym rozbawieniem w głosie.
- Mhm. - Kiwam głową, nie będąc w stanie wypowiedzieć żadnego słowa.
Klatka piersiowa Justina zaczyna drżeć, ponieważ ponownie się śmieje.
- W porządku, możesz się trochę zdrzemnąć. Przed nami jakieś czterdzieści minut drogi - mówi spokojnie, po czym całuje mnie we włosy. Kto by pomyślał, że taki z niego romantyk.
- Mhm - mruczę ponownie, oplatam go w pasie, poprawiam się na jego kolanach i po raz kolejny zaciągam się jego zapachem. Boże, pachnie tak pięknie.
Nie zastanawiam się gdzie jedziemy, bo i po co. Wiem, że mogę mu zaufać i że tam gdzie zmierzamy, czeka na mnie coś miłego. Nie mam pojęcia dlaczego czuję się tak w jego towarzystwie. Znam go dopiero od 'pięć minut', a mam wrażenie jakbyśmy byli sobie bliscy od lat. Mimo, że czasem działa mi na nerwy i mam go serdecznie dość, nie potrafię ot tak zapomnieć. Zresztą on też mi na to nie pozwala.
Nagle, zdecydowanie za szybko czuję delikatne szturchanie.
- Hej, jesteśmy na miejscu. - Słysze głos Justina przy swoim uchu, to powoduje przyjemny dreszcz. Niechętnie otwieram oczy i spotykam się z ciepłym uśmiechem, którym mnie obdarza.
Hugo otwiera nam drzwi, więc wychodzę z samochodu jako pierwsza. Cholera, jesteśmy pod jego domem. Powinnam się tym przejąć? "Całkiem możliwe, że będzie chciał zaciągnąć cię do łóżka, kochanie" mruczy moja podświadomość, karcąc mnie spojrzeniem. O nie, nie kochanie. O tym możesz zapomnieć.
- Chodź. - Justin wyrywa mnie z tej małej kłótni, łapie moją dłoń i prowadzi do domu. Nie zatrzymujemy się jednak w środku. Przechodzimy przez kuchnię oraz duży pokój i wychodzimy na zewnątrz. Justin i ja kroczymy po kamiennej ścieżce, która prowadzi do murowanej altany przypominającej mały domek. Ogród jest niesamowicie oświetlony, a dzisiejsza noc wyjątkowo nas rozpieszcza. Jest ciepło, a niebo zdobią miliardy gwiazd.
- Poczekaj tu na mnie. - Chłopak uśmiecha się grzecznie i wraca do domu. Przede mną znajduje stolik, na którym stoją dwa pełne kieliszki i szampan. Przyglądam się etykiecie. Cholera, to Dom Pérignon, on kosztuje majątek! Przewracam oczami, myśląc o rozrzutności Justina i biorę do ręki kieliszek. Mmm, napój jest wart swojej ceny. Mam ochotę przejść się po ogrodzie, ale do tego muszę zdjąć szpilki. Trawa i obcasy to nie jest najlepsze połączenie. Siadam na miękkim leżaku, odpinam paseczki przy kostkach i odkładam buty na bok. Sięgam po torebkę, by wyjąć z niej prezent dla Justina, ale wcześniej moją uwagę przykuwa mój telefon. Marszczę brwi i wyciągam go, po czym patrzę oniemiała na ekran. Mam spam na instagramie i twitterze, komórka non stop miga i pokazuje coraz to nowsze powiadomienie. Przełykam ślinę i drżącymi rękoma odblokowuję go, po czym wchodzę najpierw na instagram, gdzie czytam komentarze pod ostatnim zdjęciem.
"Dziwka!"
"Odpierdol się od niego!"
"Kolejna, która leci na pieniądze Justina? Daj mu spokój!"
"Nienawidzę cię!"
"Justin nie bądź głupi, to zwykła szmata!"
"MODLĘ SIĘ O TWOJĄ ŚMIERĆ, SZMATO"
Do moich oczu zbierają się łzy. Mam wrażenie, jakby ktoś dał mi w twarz czymś ciężkim. Z gulą w gardle otwieram twittera. Tam jest dokładnie to samo, te same wyzwiska, te same groźby, te same bluzgi. A to wszystko od jego fanów, od osób, dla których Justin  jest wszystkim. To boli mnie najbardziej, to tego obawiałam się odkąd zaczęłam się z nim spotykać.
Kolejne powiadomienie. Kolejna bluzga.
Nie wytrzymuję. Odkładam telefon na bok, chwytam kieliszek z szampanem i idę na trawę, zbliżając się do basenu. Nie próbuję już powstrzymać łez, spływają teraz po moich policzkach, prawdopodobnie rozmazując makijaż.
Rozumiem rozdrażnienie fanów Justina, to musi być dla nich cios i niemałe zaskoczenie. Ale dlaczego muszą radzić sobie z tym w taki sposób? Dlaczego tak mnie nienawidzą? Co ja im takiego zrobiłam? Przecież nie odebrałam im Justina, on dalej jest dla nich, on dalej ich kocha i dalej o nich dba. Czemu więc w ich oczach jestem takim złem? Pewnie powinnam się tym nie przejmować, w końcu w świecie show-biznesu zawsze tak jest, ale nie potrafię przyjąć tylu przykrych słów ze stoickim spokojem. Przynajmniej nie teraz.
Słyszę, że Justin wyszedł na zewnątrz, nie odwracam się jednak. Wkładam czubki palców u stopy do wody w basenie i rysuję jakieś wzory. Staram się uspokoić urywany oddech, ale nie stać mnie nawet na to. Mój towarzysz wchodzi do altany i nagle z głośników wydobywa się przyjemna dla ucha muzyka. Uśmiecham się blado, słysząc ją. Po chwili czuję jego osobę obok mnie. Nie patrzę na niego, bo nie jestem w stanie opanować łez. Nie mam żadnej drogi ucieczki, a nie chcę by widział moje łzy.
- Faith? Wszystko w porządku? - pyta z troską, gdy nie odzywam się do niego przez dłuższą chwilę.
Mogłabym powiedzieć, że owszem, ale jak wytłumaczę łzy? Kręcę więc głową, patrząc w wodę. Justin wyciąga z mojej dłoni kieliszek, kładzie go na ziemi, a poźniej chwyta mnie za ramiona i obraca w swoją stronę.
- Co się stało? - W jego głosie słychać przerażenie. - Dlaczego płaczesz?
Podnoszę niepewnie wzrok i patrzę na niego zapłakana, czując że nie jestem w stanie wypowiedzieć jednego konkretnego zdania. Kręcę głową, walcząc z kolejnymi łzami.
- Faith, rozmawiaj ze mną - nalega ostro Justin.
- Daj mi twój telefon - dukam drżącym głosem.
- Co? - Marszczy brwi, patrząc na mnie, jak na wariatkę.
- Po prostu mi go daj - proszę, pozwalając kolejnym łzom spłynąć po twarzy.
Justin puszcza moje ramiona i wyciąga komórkę z kieszeni, cały czas marszcząc brwi. Nie rozumie jeszcze dlaczego o to proszę. Podaje mi ją i obserwuje każdy mój ruch.
Wchodzę na jego profil na instagramie, klikam na zdjęcie ze mną z poprzedniej nocy i czytam komentarze. Nie ma potrzeby, abym przechodziła na swoje konto, tutaj jego fani też nie szczędzą mi obraźliwych słów. Obracam telefon i pokazuje mu ekran. Justin najpierw patrzy na mnie, nie mając pojęcia o co mi chodzi, a dopiero potem spuszcza wzrok na komórkę. Mija kilka sekund, a Justin cały się spina i już wiem, że jest wściekły. Odbiera ode mnie iPhone'a i odchodzi na kilka kroków, wpatrując się z niedowierzaniem w ekran. Opuszczam głowę i zaciągam się szlochem, ale do jasnej cholery dlaczego?! Czemu aż tak mnie to boli!? Przecież mogłam się tego spodziewać.
Nagle czuję jak Justin podchodzi do mnie i pociąga do siebie tak, że opieram się dłońmi o jego klatkę piersiową. Unosi mi brodę, a później zaczyna ocierać moją mokrą twarz.
- Jesteś zbyt piękna, by płakać - szepcze, a potem nachyla się by scałować nowe łzy, które pojawiły się na policzkach. Zamykam oczy i pozwalam mu na to wszystko, mając wrażenie, że jego pocałunki są kojące dla mojej duszy.
W pewnej chwili do moich uszu dobiegają pierwsze dźwięki Love Me Like You Do Ellie Goulding. Justin ujmuje moją twarz i patrzy na mnie tak pożądliwie.
- Zatańcz ze mną - mówi i to wcale nie jest prośba. To polecenie.
A ja ochoczo się na to zgadzam. Ten człowiek zna mnie tak krótko, a wie co pomaga mi  zapomnieć o całym bólu, wszystkich problemach.
Ellie zaczyna śpiewać, a my poruszamy w takt tej pięknej piosenki. Justin cały czas patrzy mi w oczy sprawiając, że mój oddech przyspiesza. Czuję jego dłonie prześlizgujące się po moim ciele i oddaję się temu mężczyźnie bez opamiętania. Chcę, żeby robił ze mną te wszystkie magiczne rzeczy, które potrafi tak doskonale. Zamykam oczy i pozwalam mu prowadzić moje ciało tak jak tego chce. Przechyla mnie, obraca i prowadzi w taki sposób, że zapominam o bolącej duszy.
Gdy piosenka dobiega do najspokojniejszego i najcichszego momentu, stoimy z Justinem twarzą w twarz, a ja nucę słowa razem z Ellie, które tak idealnie pasują do sytuacji w jakiej oboje się znajdujemy.
- I'll let you set the pace, 'cause I'm not thinking straight. My head spinning around I can't see clear no more... What are you waiting for?
Utwór nagle staje się głośniejszy i tak emocjonalny, że cała drżę. Justin natchmiastowo reaguje na moje słowa. Podnosi mnie, a ja oplatam go nogami w pasie, jego smaczne usta lądują na moich, opuchniętych od płaczu. Nasze pocałunki są przepełnione pasją, pragnieniem i dramatyczną potrzebą zapomniania o bólu. Justin niesie mnie w kierunku domu, zatrzymując się jedynie po to, by otworzyć drzwi tarasowe. Kiedy jesteśmy już w środku, przechodzimy do kuchni trochę nieopacznie wybierając to miejsce. Justin sadza mnie na blacie i całuje jeszcze zachłaniniej niż wcześniej. Nasze języki toczą zażartą walkę o dominację, ale ja z czystą przyjemnością przegrywam. Zarzucam mu ręce na ramiona i wplatam dłonie w miękkie włosy, pociągając lekko za końce. Z gardła Justina wydobywa się jęk, a potem czuję jak gryzie moją wargę i pociąga ją do siebie. O rany! Jest mi gorąco, klatka piersiowa unosi się w szaleńczym tempie, a ciało z trudem radzi sobie z miriadami doznań.
Nagle dłonie Justina lądują na moich udach i mimo, że jestem jednym wielkim płonącym pożądaniem nie mogę pozwolić, by stało się coś więcej niż powinno. Sięgam po jego dłonie i odsuwam je na bok. Justin odrywa się ode mnie patrzy badawczo. Kręcę tylko głową.
- Dobrze - szepcze i całuje mnie w czoło. - Rozumiem.
Uśmiecham się do niego delikatnie i wciągam usta. Nie wiem co powiedzieć, bo jeszcze nie całkiem doszłam do siebie po tym co stało się przed chwilą.
- Zostań tu na noc - prosi Justin, zakładając mi włosy za ucho.
- W porządku - odpowiadam i przyciskam policzek do jego dużej, ciepłej dłoni.
Nie chcę wracać do domu, nie mam na to siły. Jest mi tu dobrze, bo jest tu Justin.
- Chodź, już późno. Położymy się spać. - Uśmiecha się i pomaga mi zejść z blatu. Później splata nasze palce ze sobą i rusza w kierunku schodów. Wychodzimy na piętro, a potem na jeszcze jedno. Skręcamy w prawo i przechodzimy korytarzem do dalszej części budynku. Dom jest doskonale oświetlony i przestronny, a wystrój w ogóle nie przytłacza. Podoba mi się tu, chociaż można się w tym miejscu zgubić. Zatrzymujemy się przed podwójnymi drzwiami i ciemnego drewna. Justin popycha je i wchodzimy do naprawdę ogromnej sypialni, która musi należeć do Justina, ponieważ jest w niej wiele osobistych rzeczy. Na ścianie wisi jego hokejowa koszulka, kilka platynowych płyt i pare rodzinnych zdjęć. Na biurku dostrzegam porysowanego i obklejonego laptopa oraz trochę biżuterii obok niego.
- Czego potrzebujesz do spania? - pyta Justin, puszczając moją dłoń i podchodząc do kolejnych, tym razem jaśniejszych drzwi.
- Eee, łóżka? - odpowiadam lekko rozbawiona.
- Chodzi mi o piżamę, Einsteinie. - Kręci głową, patrząc na mnie z uśmiechem na ustach.
- Wystarczy jakaś koszulka i spodenki. - Wzruszam ramionami i zakładam włosy za uszy.
- Okej, zaczekaj tu - rzuca  Justin i znika za drzwiami.
Podchodzę do łóżka i siadam na nim, podziwiając pokój. Za mną znajdują się dwa duże okna, ze wspaniałym widokiem. Rany, ale musi być tu pięknie o wschodzie słońca. Widać, że to pokój mężczyzny, mimo że jest posprzątany. W powietrzu unosi się zapach perfum Justina, gdzie nie gdzie leżą jego czapki, bluzy i widzę też w kącie deskorolkę. Obracam się i patrzą na łóżko, na którym siedzę. Nie chcę myśleć ile dziewczyn pieprzył tu Justin. Krzywię się na tę myśl.
- Proszę. Koszulka i spodenki, szukałem najmniejszych. - Z zamyślenia wyrywa mnie niski głos Justina, więc obracam się szybko do niego i odbieram ubrania.
- Dzięki - bąkam.
- O czym myślisz? - pyta wprost, odchodząc ode mnie i ściągając tshirt przez głowę. O rety, jego ciało.
Patrzę na niego i czuję jak rumienią mi się policzki. Przecież nie mogę powiedzieć mu prawdy.
- Odpowiedz mi - nakazuje władczo, stając przede mną w odległości kilunastu centymetrów.
- Myślałam o tym, ile było tu wcześniej kobiet - odpowiadam z zażenowaniem. Czy ja naprawdę to powiedziałam?
- Dwie - rzuca zwięźle, po czym odwraca się i wyciąga z szafki jakieś papiery.
- Dwie? - Nie ukrywam zaskoczenia.
- Moja mama i ty - warczy. Chyba go trochę zirytowałam.
- Jak to? A twoje poprzednie... - Nie mam okazji dokończyć, ponieważ Justin mi przerywa.
- Nie brałem ich nigdy do mojej sypialni. Pieprzyłem je w innych pokojach - odpowiada ostro i zdecydowanie.
Zaskakują mnie jego słowa. Więc dlaczego ja tu jestem? "Bo nie chciałaś się z nim pieprzyć, geniuszu" dorzuca moja podświadomość. W myślach mówię jej, gdzie ma sobie pójść z tym swoim ciętym językiem.
- Łazienka jest po lewej stronie, drugie drzwi. Możesz spać w pokoju obok niej, jest cały dla ciebie - oznajmia sucho, otwierając laptopa i klikając w przyciski kilka razy.
Och, czyli nie będę tu spać? Ale dlaczego? Czemu ten niewiarygodnie przystojny mężczyzna nie chce bym spała razem z nim? Odrzucam go? "Przed chwilą cię całował jak wariat, ale odmówiłaś mu seksu. Nie udawaj takiej zaskoczonej" moja przyjaciółka umieszczona w mojej głowie wraca do mnie nieproszona.
- Dobrze, dziękuję - mówię cicho i wstaję, zmierzając do drzwi. - Dobranoc, Justin - dodaję i chwytam za klamkę. Zanim mam okazję wyjść, on pojawia się przy mnie, ujmuje moją twarz w dłonie i całuje mnie czule i delikatnie.
- Dobranoc, Faith. - Po tych słowach pozwala mi wyjść.
Od razu odnajduję łazienkę. Zamykam się w niej, pozbywam ubrań i wchodzę pod prysznic. Mój makijaż jest w tragicznym stanie, ale raczej wątpię, bym znalazła tu mleczko do demakijażu. Musi wystarczyć sama woda i może jakiś krem. Tak czy inaczej szybko się myję, odszukuję czyste ręczniki i wycieram ciało. Wiążę włosy w kucyka gumką, którą miałam na nadgarstku. Zawsze mam ją w pogotowiu. Próbuję zmyć makijaż jak najlepiej i muszę przyznać, że nawet mi się to udaje. Widzę w kubeczku jednorazową szczoteczkę, więc otwieram ją i nakładam na nią pastę. Chryste, czuję się jak w hotelu. Kto normalny trzyma w domu jednorazowe szczoteczki? "Tu przewija się tyle kobiet, że to konieczne" szepcze podświadomość. Och, mogłaby już naprawdę iść spać.
Kończę wizytę w łazience po około dwudziestu minutach. Mam na sobie swój stanik, koszulkę i spodenki Justina, a wszystko jest przesiąknięte jego zapachem. Wchodzę do przeznaczonego dla mnie pokoju, który jest urządzony cały w bieli i srebrze. Ładnie tu. Kładę sukienkę oraz majtki na komodzie i wchodzę do łóżka. To był przyjemny dzień, jednak pełen niespodzianek, niekiedy naprawdę przykrych. Na myśl przychodzą mi te wszystkie komentarze skierowane w moją stronę i robi mi się jeszcze bardziej przykro. Chciałabym leżeć teraz obok Justina, on sprawia że ból jest mniejszy, chociaż sam czasem mi go zadaje. Staram się szanować jego decyzję o tym, że chce spać sam, ale naprawdę ciężko jest mi znieść myśl, że znajduje się ode mnie tylko pare drzwi dalej. Potrzebuję go, nie chcę być tu sama. Myśli zaczynają mnie przytłaczać i nie pozwalają mi zasnąć. Och, pieprzyć to.
Wstaję z łóżka i pewnym siebie krokiem idę w kierunku sypialni Justina. Nie obchodzi mnie, że mogę zostać za to ukarana. Chcę po prostu być blisko. Otwieram cicho drzwi i okazuje się, że w pokoju panuje mrok, a człowiek którego pragnę leży w łóżku. Zamykam za sobą i zbliżam się do niego. Chyba już śpi. Cóż, będzie musiał się obudzić. Zdecydowanym ruchem wchodzę do łóżka i kładę się obok chłopaka. Natychmiast reaguje, obejmując mnie ramieniem i całując w czoło. Tulę się do niego i zamykam oczy.
- Już myślałem, że nie przyjdziesz - szepcze. - A teraz śpij, moja słodka Faith.


Przepraszam, że dopiero dzisiaj i musieliście tyle czekać. Dziękuję za waszą wyrozumiałość oraz wsparcie i mam nadzieję, że wybaczycie mi. Ufam, że spodoba wam się rozdział. Dajcie znać w komentarzach. Raz jeszcze, dziękuję!
Love,
V.


niedziela, 8 lutego 2015

Rozdział 12

"Niespodzianka!"




Wpatruję się w jego twarz i kilkakrotnie mrugam, starając się przetworzyć to co właśnie powiedział. Jestem jego? Dajcie mi chwile. Czy tego chce? Czy to jest to, czego potrzebuje? Część mnie, na te pytania ma tylko jedną odpowiedź - tak. Ale druga część, powiązana z rozumem i zdrowym rozsądkiem każe mi się poważnie zastanowić, póki jest jeszcze na to czas. Czy ufam Justinowi? Nie wiem. Bardzo tego chcę, ale wiem, że ten świat, gdzie sława i pieniądze tworzą własne reguły oraz wartości nie przynosi wielu profitów. Przynajmniej w tym okresie, kiedy jesteś nowicjuszem i stoisz na świeczniku przez kilka dobrych tygodni. Obawiam się, że moja poraniona i wciąż regenerująca się psychika może nie udźwignąć ciężaru, jaki niesie za sobą związanie się z kimś takim jak Justin Bieber. Moje wątpliwości cichną, gdy zauważam wyczekujący i pełen nadziei wzrok Justina, gorączkowo błądzący po mojej twarzy. Och, już dobrze. Chcę dać mu szansę, pozwolić zbudować zaufanie i sprawić, by to co jest między mogło się rozwinąć.
- Twoja - szepczę w odpowiedzi, podnosząc rękę i dotykając jego ciepłego policzka. Mój dotyk wywołuje u niego uśmiech tak piękny i czysty, że moje serce zaczyna przyjemnie kołatać.
Justin po chwili odchodzi ode mnie, tylko po to by podnieść z ziemi mój sweter.
- Chyba się nie pobrudził - mówi, oglądając go dokładnie.
- Jest w porządku. - Uśmiecham się i odbieram od Justina ubranie. Emocje już nieco opadły, więc zrobiło mi się chłodno. Zakładam sweter i wzdycham cicho, zupełnie nie wiedząc co dalej robić. Splatam ze sobą dłonie, gdy Justin ku mojej uciesze postanawia się odezwać.
- Jesteś głodna? Moglibyśmy pojechać na jakąś kolacje.
- Nie jestem pewna czy mam dziś ochotę na kolejne spotkanie z paparazzi - odpowiadam szczerze.
- No tak - wzdycha. - Przykro mi, że to wydarzyło się tak niespodziewanie, ale...
- Więc można to przewidzieć i zaplanować? - przerywam mu, unosząc w rozbawieniu brew.
Justin patrzy na mnie przez chwilę, po czym zaczyna się śmiać i potrząsać głową.
- Nie, niestety nie. Chodziło mi o to, że nie sądziłem, że dopadną cię tak wcześnie - wyjaśnia, uśmiechając się przepraszająco.
- Dałam sobie radę. - Wzruszam ramionami i kładę dłonie na masce samochodu, przechylając głowę w bok.
- Wiesz, że musisz się przygotować na częstsze spotkanie z nimi, prawda? 
Kiwam głową i unoszę lekko kąciki ust. To nie będzie łatwa sprawa, ale taka jest kolej rzeczy jeśli decyduję się na spotykanie z Justinem. Ryzyko utraty nerwów i sił jest spore, ale świadomość, że będę mogła zbliżać się z dnia na dzień do tego pięknego mężczyzny coraz bardziej skutecznie zmniejsza moje obawy.
- Dzielna dziewczynka - mruczy Justin i całuje mnie słodko w czoło. Zamykam oczy pod wpływem dotyku jego miękkich ust, rozkoszując się tym niewielkim gestem. - W takim razie chodź, pojedziemy do mnie, skoro nie chcesz kolacji.
- Nie to, że nie chcę. Po prostu wolę spędzić ten czas z tobą w miłej atmosferze, zamiast przejmować się fleszami aparatów - mówię cicho i opuszczam głowę. 
Justin wsuwa swój palec wskazujący pod moją brodę i podnosi ją w górę, bym mogła na niego spojrzeć. 
- Masz rację, chcę tego samego. - Przez jego twarz przebiega łobuzerki uśmiech, który odmładza go jeszcze bardziej. Rany, chyba lubię beztroskiego Justina. 
Wpatruję się w jego młodą, piękną twarz i uśmiecham się delikatnie, nie czując skrępowania. Po prostu jest mi dobrze, sama nie wiem dlaczego. Ta chwila mogłaby trwać w nieskończoność.
- Będziesz się tak na mnie gapić, czy zejdziesz z maski i pojedziesz ze mną? - pyta Justin i wyciąga  do mnie dłoń, nie ukrywając rozbawienia.
- Eee, tak. Jasne, już - mamroczę w odpowiedzi i zeskakuję na ziemię. Z ulgą stwierdzam, że moje nogi odzyskały siłę. - Wiesz, nie chcę się narzucać. Ostatnio co rusz lądujemy u ciebie w domu. Możemy pojechać gdzieś indziej - mówię, wzruszając ramionami i zakładając torebkę na ramię.
- Sama przed chwilą stwierdziłaś, że paparazzi mogą nas dopaść - śmieje się Justin. - Poza tym wcale się nie narzucasz, zaufaj mi. Zdaje się, że chłopcy robią jakąś imprezę, więc trochę się zabawimy.
- W twoim domu? Bez ciebie? - pytam zaskoczona, oblizując wargi. Przecież to niegrzeczne.
- Jestem dobrym przyjacielem. - Uśmiecha się i otwiera przede mną drzwi od samochodu.
- Och - mruczę i kiwam głową. To dla mnie coś nowego i niezrozumiałego. Przecież to jego dom i zawsze wydawało mi się, że robienie imprez przypada tylko właścicielowi, a jeśli już jego przyjaciel chce ją zorganizować na jego terenie, to przynajmniej powinien być obecny na wydarzeniu. To dziwne, że Justin nie boi się o swój dobytek, przecież pod jego nieobecność może stać się wiele złego.
- Wsiadasz? - pyta, patrząc na mnie wyczekująco. Chyba jest troche zniecierpliwiony.
- A co z moim samochodem? - Nie zmierzam zostawić go tutaj na całą noc.
- Kiedy przyjedziemy do mnie, poproszę Hugo, by się tym zajął. Zamknij go teraz i chodź - prosi, zachęcając mnie ruchem ręki.
- No dobrze - kapituluję i robię to o co mnie prosi. Wsuwam się na siedzenie pasażera i przyjemnie zapadam się w fotelu. Po chwili Justin również wsiada do środka i nie zwlekając ani chwili odpala wóz, cofa i rusza w dół wzgórza. Radio wypełnia ciszę między nami, a każdy z nas wpatruje się w drogę przed sobą. Myślę o tym co się stało przed chwilą. Justin i ja pocałowaliśmy się. Ale to nie był zwykły pocałunek, czułam w nim to wszystko co przeżyliśmy przez ostatnie kilka dni. Oboje pragnęliśmy siebie nawzajem, ale każde z nas podchodziło do tego zupełnie inaczej. Wiem, że to co dzieje się między nami, dzieje się stanowczo za szybko, ale nie potrafię już dłużej z tym walczyć. Chcę być przy nim, chcę byśmy się do siebie zbliżyli, po prostu go potrzebuję. Mam nadzieję, że on czuje to samo, chociaż powinnam mieć pewne obawy. Co jeśli ze mną będzie tak jak z Shaylą i jej poprzedniczkami? Co jeśli po dwóch tygodniach lub maksymalnie miesiącu mu się znudzę? Co jeśli pozna gdzieś inną, piękniejszą i seksowniejszą dziewczynę, której nie będzie potrafił się oprzeć? Wybaczcie, ale takich nawyków nie da się zmienić ot tak. To śmieszne, gdyby Justin nagle zmienił się w innego człowieka, tylko i wyłącznie dzięki mnie. Zdaję sobie sprawę, że będzie ciężko, ale coś w środku mnie podpowiada, że warto będzie walczyć. Kto by pomyślał, że wszystko zacznie się od jakiegoś głupiego castingu. To mi o czymś przypomina, więc sięgam do torebki i wyjmuję z niej komórkę.
- Co robisz? - pyta nagle Justin, przyglądając mi się kątem oka.
- Piszę do Angie, żeby wysłała moje CV do wybranych firm - wyjaśniam, wystukując wiadomość na ekranie.
- To ty masz już jakieś CV? Przecież masz dopiero dziewiętnaście lat. - Albo mi się zdaje, albo w głosie Justina słyszę lekką kpinę. A to dupek.
- Skończyłam w Dallas najlepsze liceum z wyróżnieniem, w czasie wakacji zasuwałam w firmie rodziców i łapałam dorywcze prace, głównie jako asystentka. Więc tak, mam już jakieś CV - podkreślam przedostanie słowo i wyginam usta w krzywy uśmiech.
- Woah, nie tak ostro. - Justin dotyka klatki piersiowej, sugerując mi, że byłam niemiła.
Wzruszam ramionami w odpowiedzi i wracam do pisania wiadomości.
- Wiesz, że nie musisz tego robić - mówi spokojnie Justin, kładąc dłoń na moim kolanie. Skarbie, weź tą rękę. - Możesz wrócić do nas, teraz już jest bezpiecznie. 
- Nie, Justin. Dziękuję, ale nie wrócę. - Mój głos jest stanowczy i mam nadzieję, że Justin nie będzie ze mną dyskutować na ten temat.
- Dlaczego? - Dobra, jednak będzie.
- Podjęłam już decyzję. Widocznie tak miało być. Jesteście już zgrani, masz inną tancerkę na moje miejsce, wszystko jest ustalone. Nie ma sensu, żebym wracała i przeciągała pracę nad teledyskiem. Wspieram cię w tym co się dzieje, ale nie każ mi wracać do teledysku, tylko dlatego, że skończyłeś z Shaylą - odpowiadam i liczę, że tym razem zrozumiał.
Justin bierze głęboki wdech i kiwa w końcu głową, wbijając wzrok w drogę przed sobą. 
- Zaproś Angel do mnie - mówi cicho, włączając kierunkowskaz. 
- Dobrze - zgadzam się i wystukuję kolejną wiadomość do mojej przyjaciółki. Odpowiedź przychodzi po kilkunastu sekundach. Angie wydaje się być równie zaskoczona co podekscytowana. Odpisuje mi, że będzie za godzinę i żebym była z nią w kontakcie. 
W końcu Justin zatrzymuje się pod swoim domem, gdzie stoi masa innych samochodów. Oczywiście miejsce Justina jest wolne, w końcu to jego posesja. Gasi silnik i odpina pasy, więc ja robię to samo. Zanim jednak zdąży wysiąść z auta, podnoszę się i całuję go w policzek.
- Nie złość się na mnie. Tak będzie lepiej, zaufaj mi - mruczę i kładę dłoń na jego policzku, uśmiechając się zachęcająco. 
- Ja po prostu... Zresztą nie ważne - odpowiada i nachyla się by mnie pocałować. Jego usta są takie miękkie i idealnie pasują do moich. A niech mnie. - Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać. - Wzrusza ramionami i w końcu wysiada z wozu. Robię to samo, zamykam drzwi i podchodzę do Justina, który łapie mnie za rękę i pociąga w stronę wejścia.
Wchodzimy do środka, gdzie panuje okropny zgiełk. Jest tu masa ludzi trzymających w dłoniach czerwone kubki, a w powietrzu unosi się dziwny zapach. Skądś go kojarzę. Justin ciągnie mnie za rękę przez tłum, torując nam drogę. Wita się praktycznie z każdym, kogo mijamy, a ja odpowiadam jedynie lekkim uśmiechem na ich pytające spojrzenia. Czuję się tu nieswojo, wolałabym wrócić do domu i zaszyć się pod kołdrą z książką i herbatą. Wiem jednak, że Justinowi zależy na mojej obecności, więc robię to głównie dla niego, chociaż nie ukrywam, obawiam się, że ta impreza okaże się dla mnie totalną porażką. W końcu docieramy do dużego pokoju, gdzie przy wyjściu na taras i barku stoją Za, Fredo, Twist, Ryan oraz kilku innych znajomych Justina. Obok nich widzę obróconą do mnie tyłem drobną, krótkowłosą blondynkę i jakiegoś mężczyznę, obejmującego ją. Wszyscy rozmawiają ze sobą i wydają się być szczęśliwi. Nagle wszyscy skupiają wzrok na nas, a blondynka odwraca się zaskoczona i gdy dostrzega Justina uśmiecha się szeroko, po czym podchodzi do niego.
- Ah, Biebs! Myślałam, że zniknąłeś na dobre.
O jasny gwint. To Miley Cyrus! 
- Wybacz Miley, musiałem załatwić bardzo ważną sprawę - odpowiada Justin i przytula dziewczynę do siebie.
- Jeśli ta sprawa polegała na pakowaniu twojego penisa w cipkę tej latynoskiej dziewczyny, to mam gdzieś twoje przeprosiny - mówi blondynka, mierząc mnie wzrokiem. Okej, słynie z niewyparzonego języka, ale naprawdę mogłaby trochę przystopować.
- Mogłabyś być milsza - droczy się Justin i przyciąga mnie do siebie. - I nie, nie trafiłaś. Zamierzam skończyć z takimi przygodami.
- Uważaj, bo ci uwierzę - śmieje się Miley. - Ale warto próbować. - Puszcza mu oczko i bierze łyk swojego drinka.
Nie odzywam się ani słowem i jedyne na co mam ochotę to powrót do domu. Mogłam się spodziewać, że ludzie będą na mnie patrzeć jak na kolejną seks zabawkę Justina. Chłopak chyba zauważa moje zakłopotanie, ponieważ zaczyna masować palcami moje biodro i całuje mnie w skroń. 
- Nie zrażaj się do niej, to naprawdę fajna dziewczyna. Tylko na początku wydaje się być arogancka - szepcze mi do ucha, a ja kiwam głową. Nie wiem co powiedzieć, w końcu to jego przyjaciółka. - Poznajcie się - mówi po chwili. - Miley, to Faith. Faith, to Miley. 
Odkładam na bok moje mieszane uczucia i wyciągam rękę do dziewczyny, która po chwili ją ściska.
- Miło mi cię poznać - bąkam i wysilam się na uśmiech.
- Powinnam odpowiedzieć, że mi też, ale daj mi czas. Jeśli okażesz się w porządku, stwierdzę że poznanie było miłe - rzuca Miley, patrząc na mnie uważnie. - Na razie ci nie ufam, laleczko.
- Miley - upomina ją mężczyzna stojący u jej boku. 
- Ach, tak. Poznajcie Patricka. - Miley uśmiecha się, gdy wypowiada jego imię. Chyba jest zakochana, miło to widzieć.
- Nie chodziło mi o to - wtrąca Patrick. - Ale cześć, miło was poznać.
- Witaj wśród swoich - dodaje Justin i ściska się z nim po męsku, klepiąc go w plecy. 
Gdy całą powitalną część mamy już za sobą, cała nasza czwórka wraca do przyjaciół Justina. Fredo i Za od razu rzucają się na mnie, tuląc do siebie i całując w policzki. Uwielbiam tych gości. Ryan cierpliwie czeka, aż chłopcy odsuną się ode mnie i również się ze mną ciepło wita, chociaż zamieniliśmy ze sobą kilka zdań. Twist natomiast kiwa do mnie głową i lustruje spojrzeniem, co staram się zignorować. Uśmiecham się do niego, mając nadzieję, że nie zauważa tej sztuczności. Nie lubię tego typa. 
- Więc Faith, skąd jesteś? - pyta Miley, opierając się o bar.
- Z Dallas - odpowiadam, odbierając od Justina swój drink.
- Teksas, ha? Skąd ta latynoska uroda? - Wow, to prawdziwe przesłuchanie.
- Włoskie korzenie od strony mamy, meksykańskie od taty. - Wzruszam ramionami i biorę łyk drinka, patrząc jej w oczy. Nie pokażę jej, że ma nade mną przewagę.
- Nieźle - śmieje się. - Skąd wzięłaś się w Los Angeles?
- Przyjechałam spełniać marzenia. - Mrugam do niej i uśmiecham się lekko.
- To tak jak my wszyscy - odpowiada gorzko. Okej, nie lubi mnie.  - Może konkretniej?
- Miley, przestań - upomina ją Justin, kładąc dłoń na moim biodrze.
- Nie, w porządku. - Unoszę dłoń informując, że nic się nie dzieje. - Przyjechałam tutaj, bo chciałam zacząć żyć na własny rachunek i znaleźć własne miejsce na świecie. - Mój ton jest obojętny, tak samo jak i jej.
- Na własny rachunek? Nie wybrałaś sobie najtańszego miasta- prycha. - Czym zajmują się twoi rodzice? - Ona chyba naprawdę nie ma zamiaru przestać.
- Prowadzą jedną z najbardziej wpływowych firm w tamtej części Teksasu - odpowiadam szczerze, chociaż mogę się spodziewać, z jaką reakcją to się spotka. 
- Och, czyli kasiasta dziewczynka przyjechała do LA, wmawiając sobie, że chce żyć na własny rachunek, jednocześnie całe życie pływając w forsie? Coś mi mówi, że nawet tutaj twoja rodzinka cię utrzymuje, laleczko. Poza tym musiałaś dobrze zacząć, skoro Bieber właśnie wymienił swoją Blond Sukę na ciebie. - Jej słowa działają na mnie jak kubeł zimnej wody. Chce Wrednej Faith, to ją dostanie.
- Miley! - warczy Justin. - Wydaje mi się, że powinnaś ugryźć się w ten cholerny język, zanim osobiście ci go wyrwę. - Och, on też się wkurzył. Miło wiedzieć, że ktoś mnie tu rozumie.
Robię krok w stronę Miley i patrzę na nią ostro.
- Posłuchaj, laleczko - podkreślam ostatnie słowo dosyć znacząco. - Znasz mnie od jakichś pięciu minut, robisz ze mną przesłuchanie i wydaje ci się, że ponieważ jesteś Miley Cyrus, wolno ci oceniać ludzi i mieszać ich z błotem. Może wcześniej pozwalano ci na to, ale na pewno ja nie będę tolerować czegoś takiego. Gówno wiesz o mnie i o mojej rodzinie, zajmij się własnym, napakowanym forsą tyłkiem, a ode mnie się odczep. I jeśli nadal masz uważać mnie za seks-zabawkę Justina, to bardzo mi przykro, ale wszyscy się rozczarujecie - warczę i wkładam w te słowa tyle jadu ile tylko potrafię. Rzucam jej i całej reszcie piorunujące spojrzenie i wychodzę na taras, chcąc zaczerpnąć świeżego powietrza. W przeciwnym razie, byłabym w stanie kogoś zagryźć. Miley niemiłosiernie mnie wkurzyła swoim zachowaniem. Jeśli jest taka sama w stosunku do każdego, to aż dziwne że ma tylu przyjaciół. Tak czy inaczej, ja tego tolerować nie będę.
- Ej, Teksas - słyszę za sobą głos Miley. Czego ona jeszcze chce?
- Jeśli masz zamiar znowu mi nawrzucać, to zbierz całą swoją silną wolę i wróć do środka - mówię, patrząc się przed siebie.
- Nie złość się - prosi, po czym staje obok mnie. - Nie chciałam, żeby to tak wyszło, ale umówmy się - nie cierpiałam większości z lasek Biebsa, bo to tępe sztuki, które marzą jedynie o jego pieniądzach i kutasie. 
- Jasne - rzucam chłodno, biorąc sporego łyka drinka.
- Zdałaś mój test, hej - mówi, próbując rozluźnić atmosferę. A mam to gdzieś.
- Pieprzyć twoje testy - warczę i odwracam się, chcąc wrócić do środka. 
- Woah, Teksas! Chwila - łapie mnie za ramię i teraz stoję z nią twarzą w twarz. - Widzę już, że nie jesteś taka jak one. Lubię cię, bo pokazałaś pazurki i to jest inne. Nikt jeszcze nie wygarnął mi tak dobitnie - śmieje się. - Przepraszam, zacznijmy od nowa. 
Patrzę na nią i jej słowa wydają się być szczere. Cały ten czas patrzyła mi w oczy, więc raczej mówiła prawdę. Zabolały mnie jej słowa, ale skoro zauważyła swój błąd i chce go naprawić, czemu jej na to nie pozwolić?
- Okej, w porządku - zgadzam się w końcu i kiwam głową, posyłając jej lekki uśmiech.
- Świetnie. - Klaszcze w dłonie. - Więc jestem Miley, miło mi cię poznać. - Wyciąga dłoń w moją stronę, którą zaraz ściskam.
- Faith, mnie też jest miło - śmieję się. Więc ta impreza może być jeszcze fajna.
- Chodź, wracajmy do środka. Zdaje się, że ktoś tam na ciebie czeka. - Miley puszcza mi oczko, łapie za rękę i ciągnie w stronę wejścia. Gdy pojawiamy się z powrotem w pokoju, Justin mierzy nas wzrokiem, ale kiedy zauważa nasze splecione dłonie wyraźnie się rozluźnia. 
- Wszystko okej? - pyta, gdy do niego podchodzę. 
- Tak - odpowiadam i uśmiecham się słodko. Justin zaczyna się śmiać i potrząsa głową, przyciągając mnie do siebie. Uświadomiłam sobie, że bardzo lubię czuć dotyk jego ciała obok mnie. Kiedy tak rozkoszuję się tą chwilą i rozmawiam z chłopcami, czuję wibrację w kieszeni. Wyciągam telefon i widzę, że dzwoni Angie.
- Okej, mamacita. Jestem przed tą obrzydliwie wypasioną chatą, co dalej? - pyta bez powitania.
- Po prostu wejdź - śmieję się. - Idź do końca korytarza, jesteśmy przy wyjściu na taras.
- Jasne, jeśli się nie zgubię - rzuca i rozłącza się.
Niedługo potem widzę rozglądającą się po domu Angie, która z pewnością mnie szuka.
- O cholera - słyszę za sobą westchnienie Alfredo. Odwracam się i widzę, że on oraz Za i Twist wlepili wzrok w Angie, śliniąc się na jej widok.
- Rezerwuję ją stary - rzuca Twist, klepiąc w klatkę piersiową Za.
- Zapomnij, to cudo jest moje - odpowiada Lil Za.
- To cudo póki co należy do mnie - warczę na nich. - Skrzywdźcie ją, a osobiście się przekonacie co to znaczy zadrzeć z dziewczyną z Teksasu. - Rzucam każdemu z nich zabójcze spojrzenie, upewniając się czy aby na pewno zrozumieli moje słowa. 
Gdy chłopcy potulnie kiwnęli głową, uśmiechnęłam się dumnie i zawołałam do Angie, sprowadzając ją do nas. Nie dziwię się, że wszyscy na nią patrzą, ponieważ wygląda naprawdę dobrze. Ma na sobie dopasowaną czarną sukienkę sięgającą do połowy ud, dżinsową kurtkę i trampki za kostkę. Jej kręcone włosy są doskonale ułożone, a pełne usta pięknie się błyszczą w tym świetle. Gdy do nas podchodzi uśmiecha się szeroko i bez zbędnych słów, wita z każdym. 
- Czego się napijesz? - pyta Ryan, jedyny niezaślepiony urokiem Angie. On jest dla mnie tajemnicą, ale lubię go, ponieważ ma w sobie spokój, o który w dzisiejszych czasach bywa ciężko.
- Obojętnie, zdaję się na ciebie - uśmiecha się do niego i zakłada włosy za ucho, a ponieważ ma ich tak dużo, zaraz zza niego wypadają.
W domu jest tak dużo ludzi, że zastanawiam się skąd oni wszyscy się znają. Dziewczyny w większości są skąpo ubrane, uwydatniając pupę i piersi, a faceci ociekają 'swagiem' do tego stopnia, że aż razi po oczach. Ale wszyscy zdają się doskonale bawić. Koło nas znajduje się obszerna czarna rogówka, na której zdążyli się usadowić Miley i Patrick oraz Alfredo. Kanapa wygląda kusząco, ale w momencie gdy chcę na niej usiąść z głośników leci stara ulubiona piosenka Angie, czyli 'Birthday Cake' Rihanny i Chrisa Browna. Słysze jak moja przyjaciółka głośno piszczy, a po chwili czuję jak ciągnie mnie za rękę w stronę parkietu. Zdążam tylko odłożyć drinka na stolik i posłać rozbawione spojrzenie znajomym. 
Na parkiecie panuje tłok, ale Angie skutecznie robi nam miejsce, dzięki czemu możemy zacząć tańczyć. Zerkam na przyjaciółkę, a ona patrzy na mnie znacząco dzięki czemu uśmiecham się jeszcze szerzej. To wszystko dlatego, że teraz będzie działo się coś bardzo ciekawego. Kiedy ten kawałek wyszedł, Angie cały czas go śpiewała i błagała mnie, żebym jej do tego zatańczyła. Zgodziłam się pod warunkiem, że ona też nauczy się choreografii. Bóg mi świadkiem, że nigdy nie widziałam kogoś tak szczęśliwego podczas nauki tańca. Od tego czasu ilekroć na imprezach leci ta piosenka, robimy z Angie dokładnie to samo co zamierzamy zrobić teraz.
Patrzymy na siebie i zaczynamy się poruszać, mając na twarzy wymalowane uśmiechy. Nie przeszkadza nam brak wolnego miejsca, po prostu dobrze się bawimy. Nasze ruchy są seksowne, niewymuszone i zgrane. Trochę się wygłupiamy, ale głównie jesteśmy skupione na tańcu. Klaszczemy w dłonie, ruszamy tyłkiem, robimy głupie miny i śmiejemy się głośno. Nawet nie zauważamy kiedy, piosenka się kończy, a wzrok większości ludzi jest wlepiony w nas. Gdy to załapujemy zaczynamy się śmiać jeszcze bardziej i schodzimy z parkietu, by czegoś się napić.
- Woah, Teksas! Ty i twoja koleżanka nieźle wywijacie - woła Miley swoim charakterystycznym głosem. 
Chcę odpowiedzieć, ale skupiam się na tym jak Za biegnie do Angie z drinkiem. A to się chłopak nakręcił. Kręcę głową z rozbawieniem i wracam do stolika po swoją szklankę.
- Chyba jestem zazdrosny, gdy wszyscy się na ciebie gapią. - Uśmiecham się, gdy słyszę słowa Justina wypowiadane wprost do mojego ucha. Przechodzi mnie przyjemny dreszcz, gdy czuję jego oddech na sobie. Odwracam się powoli i oblizuję wargi. 
- Więc zamkniesz mnie w pokoju, by na mnie nie patrzyli? - pytam równie cicho, zarzucając ręce na jego ramiona.
- To nie taki zły pomysł - mruczy w moje usta, przyciskając mnie do siebie. - Chodź, chcę zdjęcie - dodaje po chwili, przesuwając dłoń po moich plecach. 
- Co? - pytam skonsternowana, ale nie oponuję gdy ciągnie mnie za sobą w stronę gdzie stoi Twist. Spinam po drodze włosy i pociągam łyk drinka, który tak swoją drogą jest pyszny. 
Justin zakłada okulary oraz czapkę i staje obok Twista, przyciągając mnie do siebie. 
- Po co to zdjęcie? - pytam, opuszczając swoją rękę w dół ciała.
- Chce je wrzucić na instagrama - odpowiada krótko. 
- Na trzy - woła Fredo, który ma nam zrobić fotkę. - Raz, dwa, trzy!
Lekko się odchylam i robię zabawną minę, wystawiając język i mrużąc jedno oko. Twist zaś położył dłoń na ramieniu Justina, również pokazał język, a drugą dłonią pokazał jakiś znak. Justin odbiera telefon od przyjaciela i przerabia zdjęcie, robiąc je czarno białe z jakimś chropowatym efektem. 
- Wiesz, że rozpęta się burza, kiedy je dodasz - szepczę, patrząc na niego z niepokojem.
- O czym ty mówisz? - pyta, odrywając się na moment od zajęcia. 
- Twoi fani... No wiesz, mogą się wściec... A poza tym tabloidy zaczną szaleć - wzdycham, unikając jego wzroku. Dlaczego czuję się tak niekomfortowo mówiąc o tym?
- Posłuchaj skarbie - Justin łapie mój podbródek i przekręca głowę tak, bym mogła na niego patrzeć. - Wolę przygotowywać moich fanów na to, że jesteś w moim życiu krok po kroku. Dobrze wiesz, że nie będziemy się ukrywać w nieskończoność. Nie bój się, jestem tutaj i nie pozwolę cię skrzywdzić, rozumiesz? - pyta powoli, pochylając się w dół, byśmy byli na jednym poziomie. 
Patrzę w jego oczy i gryzę wargę, ale Justin pociąga skórę na moim podbródku tak, że uwalniam ją z uścisku zębów.
- Rozumiesz? - pyta jeszcze wolniej, przybliżając swoją twarz.
- Tak - odpowiadam cicho i kiwam głową, będąc jak zahipnotyzowana. Co do cholery on ze mną robi? To takie... niecodzienne.
- Świetnie. - Uśmiecha się łobuzersko i prostuje, wracając do przerabiania zdjęcia. Gdy już upewnia się, że wszystko jest takie jakie sobie wymarzył, przesyła zdjęcie dalej i w końcu je dodaje razem z opisem "Great night w/ amazing and lovley people! #bless". Uśmiecham się, gdy to czytam, a potem przenoszę wzrok na Justina, patrząc na niego łagodnie. Z każdą chwilą cieszę się, że tu jestem, że mam wokół siebie tak wspaniałych ludzi, którzy potrafią wywołać uśmiech na mojej twarzy.
- Lubię, gdy się uśmiechasz - mruczy, po czym obraca się i wraca do naszej grupy. 
Ku mojemu zaskoczeniu widzę jak Angie siedzi obok Za i szczerzy się do niego jak idiotka, a on spija każe słowo z jej ust. Rany, chyba przypadli sobie do gustu. Kręcę w rozbawieniu głową i podążam za Justinem, który również siada na kanapie, ciągnąc mnie na swoje kolana. 
Reszta imprezy upływa nam w świetnej atmosferze. Śmiejemy się, wygłupiamy, tańczymy i pijemy. Po trzecim drinku jestem już tak rozluźniona, że postanawiamy z Miley i Angie zrobić zawody w twerkowaniu. To jest tak komiczne, że o mało co nie turlamy się ze śmiechu. Justin i reszta chłopców, też mają niezły ubaw. Złapałam się na tym, że często patrzę jak Justin się śmieje. Bóg mi świadkiem, że to jeden z najpiękniejszych widoków i dźwięków, jakie dane było mi sprawdzić. Ogromnie się cieszę, że tym razem tak dobrze bawię się w jego i reszty towarzystwie. To coś, czego potrzebowałam od dłuższego czasu.
W końcu około drugiej nad ranem postanawiam wrócić z Angie do domu.
- Wiesz, że możecie tu zostać? - pyta Justin, odprowadzając mnie do drzwi. Angel zajął się Za i wpakował ją już do samochodu, którym odwiezie nas Gil. 
- Dziękuję Justin, ale to za dużo. Poza tym, obie musimy jutro w miarę wcześnie wstać - mówię, zakładając sweter na siebie. 
- W porządku - wzdycha i otwiera dla mnie drzwi, po czym idzie za mną. Zatrzymuje się na schodku przed wejściem i patrzy na mnie w milczeniu.
- Co? -Marszczę brwi, nie wiedząc o co mu chodzi.
- Zobaczymy się jutro? - pyta z nadzieją, łapiąc moje spojrzenie.
- Jeśli nadarzy się taka okazja - wzdycham, udając znużenie.
- Och. - Justin mruży oczy i układa usta w cienką linijkę. - W takim razie postaram się, by się nadarzyła jak najszybciej.
- W porządku - odpowiadam oficjalnym tonem, starając się nie wybuchnąć śmiechem. - To do zobaczenia, Justin. - Po tych słowach odwracam się na pięcie i robię krok w stronę czekającego na mnie samochodu. Justin jednak w porę łapie mnie za nadgarstek i ciągnie do siebie, przez co wpadam na jego klatkę piersiowa, a jego usta od razu lądują na moich. Uśmiecham się przez pocałunek i kładę dłonie na jego biodrach, ściskając koszulę którą ma na sobie. 
- Zostań. Proszę - wymawia między jednym pocałunkiem, a drugim. Jego głos to wręcz błaganie.
Pozwalam sobie na jeszcze chwilę rozkoszowania się smakiem jego ust, po czym odrywam się od niego i kręcę głową.
- Nie, Justin. Wracam do siebie - mówię stanowczo, ale łagodnie. - Oboje mamy w sobie trochę za dużo alkoholu. Zaufaj mi, jutro będziesz mi wdzięczny, że nie zostałam. - Mrugam do niego i kradnę mu jeszcze jeden, słodki pocałunek.
- Idź już, póki jeszcze nad sobą panuję - mruczy do moich ust, a potem robi krok w tył. - Odezwę się. Dobranoc, Faith.
- Dobranoc, Justin - odpowiadam i patrzę na niego po raz ostatni, po czym w końcu wsiadam do samochodu.
- Jesteście tak słodcy, że zaraz się zerzygam - wita mnie Angel na wejściu.
- Nie wspominając o tobie i Za - warczę w odpowiedzi. 
- On jest... bardzo fajny - odpowiada, uśmiechając się sama do siebie.
- Obiecaj mi jedno - mówię po chwili, zwracając się w jej kierunku.
- Hm? 
- Nie potraktuj go, jak wszystkich innych facetów do tej pory, dobrze? - Proszę ją o to, ponieważ Lil Za jest dobrym człowiekiem i zasługuje na dobre traktowanie. Ufam mu i wiem, że nigdy nie skrzywdził by innej osoby. Jeśli Angel ma plany wobec niego, niech lepiej zmieni swoje podejście do mężczyzn.
- Dobrze - odpowiada i uśmiecha się lekko, ściskają moją dłoń. Widzę w jej oczach, że mówi prawdę, więc rozluźniam się i przymykam oczy, ponieważ jestem wykończona.
Po ponad półgodzinnej drodze powrotnej, w końcu znajdujemy się w naszym mieszkaniu. Zrzucamy buty i idziemy każda do swojego pokoju, marząc o łóżku. Gdy jestem u siebie, ściągam ubrania oraz bieliznę, wrzucam brudne ciuchy do kosza na pranie i zakładam na siebie piżamę składającą się z krótkiego topu i spodenek. Zmywam makijaż, po czym wskakuję pod kołdrę, dokładnie się nią owijając. Przed pójściem spać wchodzę na twittera i instarama. Gdy przeglądam tę drugą aplikację, natrafiam na to zdjęcie, które dodał Justin. Pod nim znajduje się masa komentarzy, które raz są miłe, raz nie i często pytają kim jestem. Nie chcę sobie psuć humoru na noc, więc odkładam telefon na szafkę nocną i zamykam oczy. Tej nocy śnię o pełnych namiętności pocałunkach, szerokim uśmiechu i brązowych oczach.

Następnego dnia wstaję z łóżka przed jedenastą. Nie mam kaca, ani bólu głowy więc dzień od początku zapowiada się doskonale. Zakładam czarny, krótki szlafrok na siebie i idę najpierw do łazienki, by umyć zęby oraz buzie. Po porannej toalecie schodzę do kuchni, gdzie urzęduje już Angel, przygotowując śniadanie.
- Dzień dobry - wita mnie, a ja pochodzę do niej i cmokam ją w policzek.
- Cześć. Jesteś aniołem - mruczę i nalewam sobie kawy do kubka, którą przed chwilą zaparzyła Angie.
- Nie bez powodu mam tak na imię - śmieje się i zanosi do jadalni talerz z warzywami oraz koszyk, gdzie ułożyła chleb. Reszta dodatków jest już na stole. - Chodź - woła.
- Jak tak dalej pójdzie, to nie zmieszczę się w ulubione dżinsy- mówię, gdy sięgam po dżem i kromkę chleba.
- Właśnie, miałyśmy zacząć chodzić na siłownie - przypomina Angie, wiążąc włosy w kucyka.
- Możemy to zrobić od przyszłego tygodnia? Ten zapowiada się troche szalenie. - Mam zamiar szukać tej cholernej pracy do skutku.
- A własnie, zapomniałam ci o czymś powiedzieć - mrucz Angel, patrząc na boki.
- Co się stało? - unoszę brew i opieram się na krześle, biorąc łyk kawy.
- Ian dziś do nas przyjeżdża.
Prawie krztuszę się kawą, gdy to słyszę. Co do cholery?!
- Jak to? Dlaczego nic o tym nie wiem? - pytam, czując rozdrażnienie. 
- Przyjeżdża do LA, bo ma tu jakiś konkurs czy coś w tym rodzaju - tłumaczy Angie. - Nic ci nie mówił, bo nie chciał zawracać ci tym głowy. Widział ile się wokół ciebie dzieje.
- Bzdury - warczę, odsuwając od siebie talerz. - Co to ma w ogóle znaczyć? ­Do jasnej cholery, powinien pogadać o tym też ze mną! A ty? Dlaczego mi o niczym nie powiedziałaś? - pytam ostro, bo jestem naprawdę wkurzona. 
- Bo nie to nie było pewne, aż do wczoraj. Faith, nie chcieliśmy cię tym zajmować...
- Pieprzenie - syczę i wstaję od stołu. - Dobrze wiedzieć, że mam przyjaciół, którzy o wszystkim ze mną rozmawiają. 
- O co ci chodzi, co? Nie cieszysz się, że Ian przyjeżdża? - pyta zaskoczona Angie, wciąż siedząc.
- Cieszę się, ale kurwa mać! Każdego pieprzonego dnia coś w moim życiu się przekręca o sto osiemdziesiąt stopni, mam wrażenie, że zaraz tu eksploduję, a ostatnim razem, kiedy gadałam z Ianem on wydawał się mieć mnie gdzieś. Więc jeśli przyjechał tutaj tylko po to, bo ma jakąś pierdoloną bitwę, to równie dobrze w ogóle nie pokazywać mi się na oczy. On i jego pieprzony świat tańca - mruczę pod nosem.
- Hej, nie mówi tak, bo do niedawna ty też do niego należałaś - upomina mnie oschle Angel.
- Ale ja przynajmniej potrafiłam przełożyć przyjaciół i rodzinę ponad potrzebę bycia na szczycie. Było mi zajebiście ciężko, bo po raz pierwszy zaczęto o mnie pisać w gazetach i to w jeszcze mało przychylny sposób, a kiedy do niego zadzwoniłam, odebrał zupełnie nawalony i do tego w towarzystwie jakiejś panienki. Od tej pory nie raczył mnie nawet przeprosić. Więc wybacz mi, że tak reaguję na ten jego sekretny przyjazd. Rzeczywiście, masz racje. Chyba wywieszę nad drzwiami transparent powitalny! - krzyczę i idę do swojego pokoju, trzaskając za sobą drzwiami. 
Mam ochote coś rozwalić. Okej, może zareagowałam przesadnie, ale na miłość boską! Nie rozmawia ze mną przed długi czas, aż nagle oznajmia, że przyjedzie, bo ma bitwę i potrzebuje gdzieś się przespać. To mnie rani, bo nie potrafił zadzwonić do mnie i o tym pogadać. Z dnia na dzień czuję, że nasza przyjaźń się sypie coraz bardziej.
Siadam przy biurku i otwieram laptopa, chcąc sprawdzić maila. W między czasie, gdy skrzynka się ładuje wchodzę na twittera oraz portale informacyjne. Mogłabym zostać wróżką, ponieważ przepowiedziałam wczoraj rozpętanie się burzy po dodaniu zdjęcia ze mną na instagrama Justina. Otóż tabloid wręcz huczą na mój temat, wypisując coraz to nowsze historię dodając, że beliebers dostają szału, ponieważ jestem obok Justina. Ciesze się, że do tej pory nie odkryto mojego twittera, ale wiem, że prędzej czy później ten dzień nadejdzie i nie ukrywam, że się tego boję. 
W końcu moja skrzynka odebrała wszystkie wiadomości, więc mogę je sprawdzić. W większości to spam, ale ostatnia wiadomość przykuwa moją uwagę, ponieważ została wysłana z jednej z firm, do których wysłałam CV. Wchodzę w nią szybko i czytam jej treść, po czym zaczynam piszczeć ze szczęścia. Chcą się ze mną spotkać, a do tego dzisiaj o 14! Wstaję od biurka i odprawiam krótki taniec radości, po czym zbieram się w sobie i postanawiam, iść wziąć prysznic. Przynajmniej mam jedną dobrą informację tego dnia. Biegnę do łazienki, gdzie szybko się rozbieram i wchodzę do kabiny, odkręcając wodę. Spędzam około piętnaście minut na myciu ciała, włosów oraz depilacji nóg, pach i okolic bikini. Rany, ależ będę wymuskana. Wychodzę w końcu na środek łazienki, owijam się ręcznikiem i biorę się za suszenie włosów. Gdy są już wystarczająco suche, włączam prostownice i czekam aż się nagrzeje, by móc je wyprostować. Ostatecznie tylko lekko podkręcam je na końcach i to by było na tyle z mojej dzisiejszej stylizacji włosów. Później wcieram pachnący balsam w ciało, myję zęby i wchodzę z powrotem do swojego pokoju. Tam wyciągam z szafy czarne luźniejsze spodnie, elegancką koszulkę bez ramion w tym samym kolorze oraz czystą bieliznę. Gdy jestem już ubrana, zerkam na zegarek, który wskazuje na za piętnaście pierwsza. Cholera, mam coraz mniej czasu. Siadam przy toaletce i wyjmuję kosmetyki, które zamierzam użyć. Potrzebuję dziesięć minut na wykonanie odpowiedniego makijażu, z czego jestem ogromnie zadowolona. Zakładam na nadgarstek sporą bransoletę, wyciągam z szafy torebkę, wrzucam do niej potrzebne dokumenty i kosmetyki, używam ulubionych perfum i schodzę na dół, gdzie krząta się ubrana w sportowy strój Angel.
- Wychodzisz gdzieś? - pyta ostrożnie.
- Tak, na rozmowę - odpowiadam sucho, szukając kluczyków do samochodu.
- Żartujesz! - piszczy i klaszcze w dłonie z radości. - Nawet nie wiesz jak się cieszę!
- Jasne. - Kiwam ponuro głową i idę do przedpokoju, by wyjąć czarne szpilki.
Angel podąża za mną i w końcu staje przede mną.
- Posłuchaj, Faithie. Nie chcę i nie mam zamiaru się z tobą kłócić. Rozumiem twoje rozdrażnienie, ale ja naprawdę nie chciałam, żebyś tak to odebrała. Nikt przed tobą tego nie ukrywał, sama widzisz ile ostatnio się u ciebie działo. Nawet nie miałam dobrej okazji do poinformowania cię o tym. I proszę, nie złość się na Iana. On też ma prawo spełniać marzenia, a my jesteśmy jego przyjaciółkami i taka nasza rola, żeby mu pomagać. Jeśli będzie zachowywał się jak dupek, osobiście upewnię się, że tego pożałuje. Tylko proszę, nie złość się teraz na niego. - Angie patrzy na mnie w ten sposób, którego zawsze używa, gdy bardzo jej na czymś zależy. 
Jej słowa do mnie trafiają i jedyne co robię, to przyciągam ją do siebie tuląc się mocno. 
- Przepraszam, że tak ostro zareagowałam - szepczę i całuję ją w policzek.
- Jest okej, rozumiem. - Przysięgam, że ta kobieta jest święta. 
- Kocham cię - mówię, patrząc jej w oczy.
- Ja ciebie też - odpowiada. - Powodzenia mamacita, zadzwoń jak już będziesz po. Trzymam kciuki!
- Nie dziękuję. - Uśmiecham się i wychodzę z mieszkania.
Kilka minut później jadę jedną z głównych dróg Los Angeles do firmy, która zechciała się ze mną spotkać. Oczywiście sama nie wiem jak tam trafić, ale od czego ma się GPS, no nie? 
Jak się okazuje, podróż zajmuje mi ponad półgodziny, a budynek który należy do tej firmy mieści się w centrum biznesowej części LA. Jest ogromny i cały przeszklony, przez co sprawia wrażenie nowoczesnego. Ba, na pewno tak jest. Nazwa korporacji to chyba czyjeś nazwisko, które wydaje mi się dziwnie znajome. Tak czy inaczej wjeżdżam na parking, pobieram kartę parkingową i szukam miejsca. Gdy już je znajduje, nagle rozlega się dzwonek mojego telefonu. Od razu włącza się zestaw głośnomówiący, ale z niego rezygnuję, ponieważ będę zaraz wysiadać.
- Halo? - odbieram, nie patrząc na rozmówcę.
- Cześć. - Po drugiej stronie słyszę głos Justina. 
- Och - wzdycham cicho. - Cześć. 
- Jak tam? Wyspałaś się? - Okej, czyli zaczynamy od banalnych pytań. Niech będzie.
- Tak, a ty? - pytam i patrzę w stronę wejścia, gdzie stoi jakiś dziwny tłum. 
- Też, dziękuję - słyszę w jego głosie, że się uśmiecha. - Gdzie jesteś?
- Właśnie zamierzałam iść na rozmowę kwalifikacyjną, ale ktoś mi przeszkodził - stwierdzam, dając mu do zrozumienia, że chodzi o niego. Justin zaczyna się cicho śmiać.
- Przepraszam - mruczy. - Co to za firma? 
- Eee, Fitzgerald Enterprises Holding - czytam z nagłówka, który widnieje nad wejściem. 
- Zdaje się, że jakaś dobra firma korporacyjna - mówi z uznaniem. - Powodzenia.
- Nie dziękuję - odpowiadam z uśmiechem i wysiadam z samochodu.
- Zobaczymy się później? Chyba się stęskniłem. - Przybiera teraz słodki ton głosu, przez co szczerzę się sama do siebie.
- Dam ci znać wieczorem, bo... - urywam, ponieważ zbliżając się do wejścia zauważyłam kto tworzy tamten tłum. - O cholera - szepczę.
- Co się stało? - pyta zaniepokojony, co wcale mi nie pomaga.
- Paparazzi tu są - odpowiadam drżącym głosem, zwalniając.
- Ja pierdole - klnie Justin. - Okej, Faith. Teraz się skup, dobrze?
- Dobrze - przytakuję, bo to jedyne co mi pozostało.
- Ignoruj ich wszelkie pytania i idź przed siebie pewnym krokiem. Możesz opuścić głowę, zasłonić się włosami lub cokolwiek. I za żadne skarby świata nie przyjmuj do siebie tego, co mówią, okej? - pyta, wydając się być tym zajściem poważnie poruszony.
- Okej - wzdycham. Dobra, Wihford. Teraz wystarczy, że się skupisz i zrobisz to, o co prosił cię Justin.
Robię krok w przód, a później kolejny i kolejny. Dobra, pewny siebie chód mam już z głowy.
- Zbliżasz się do nich? - pyta spokojnie Justin.
- Tak - odpowiadam krótko, biorąc głęboki oddech.
- Dobrze. Za moment się rozłączę, a ty po prostu przejdziesz obok nich. Daj sobie radę jeszcze ten jeden raz, później załatwię ci jakiegoś ochroniarza.
- Nie chcę, żadnych ochroniarzy, Justin - mówię stanowczo, ale natychmiast żałuję, że wypowiadam jego imię tak głośno, ponieważ paparazzi od razu zaczynają robić mi zdjęcia i krzyczeć przeróżne pytania. 
- Cholera, Faith - warczy Justin. - Bądź trochę bardziej ostrożna. Porozmawiamy o tym później, zadzwonię - oznajmia i zaraz potem się rozłącza.
Nie mam czasu, na to by być zaskoczoną, czy urażoną, bo paparazzi od razu otaczają mnie z każdej strony. Nie tracę pewnego siebie kroku, ale to staje się coraz trudniejsze, ponieważ ci mężczyźni ani myślą się przesunąć. Mój problem zauważa odźwierny i dzięki Bogu, przybywa mi na ratunek. 
- Czy Justin porzucił Shaylę dla ciebie?
- Czy to prawda, że panna Dornan przyszła pod wpływem pod dom Justina i cię zwyzywała?
- Ponoć spotykasz się z  Justinem tylko dla jego pieniędzy i sławy? Skomentujesz to jakoś?
Wszystkie te pytania przyprawiają mnie o zawrót głowy. Chcę znaleźć się już w środku i mieć to za sobą. W końcu udaje nam się przedrzeć za drzwi, pozostawiając wstrętnych paparazzi na zewnątrz.
- Wszystko w porządku? Nic pani nie zrobili? - pyta odźwierny, który mi pomógł. 
- Nie, tylko troche wystraszyli - odpowiadam i lekko się do niego uśmiecham.
- Dlaczego panią zaatakowali? Niech mi pani wybaczy, ale zupełnie pani nie rozpoznaję. - Mężczyzna wydaje się być szczerze zawstydzony.
- Nic się nie dzieje, to dobrze. Nie jestem nikim znanym. - Mrugam do niego, po czym udaję się do recepcji.
Tam dostaję plakietkę z nazwą "GOŚĆ" i pozwolenie na przejście dalej. Uprzejma pani za biurkiem powiedziała mi, że muszę wyjechać windą na czternaste piętro i tam poczekać na wezwanie. 
Robię tak jak mnie poinstruowała i kilka minut później jestem na wskazanym piętrze. Siedzę w poczekalni, rozglądając się dookoła. Wnętrze jest bardzo nowoczesne i chłodne. Nie ma tu niczego nadzwyczajnego, wszystko jest utrzymane w jasnej tonacji i tym samym stylu. Po kilku minutach czekania zostaję zaproszona przez drobną blondynkę do sali konferencyjnej, gdzie mam poczekać na kogoś kto zajmie się rozmową ze mną. 
Wchodzę do ogromnego, przeszklonego pomieszczenia. Czuję się w nim taka malutka. Siadam przy stole, przy którym z pewnością codziennie zbierają się jacyś ważni ludzie i omawiają równie ważne sprawy biznesowe. Jest tu tak cicho i sterylnie czysto, że zaczynam się zastanawiać czy aby na pewno nie trafiłam do jakiegoś odizolowanego od świata miejsca. To śmieszne, ponieważ za oknami widzę ogromną ilość wieżowców, a jeśli podeszłabym do szyby widziałabym małe cienie ludzi. Poprawiam się na krześle i cierpliwie czekam, aż ktoś tu wejdzie. Rany, zaczynam się nudzić. Upewniam się, że mam ze sobą wszystkie dokumenty i biorę głęboki, uspokajający oddech. Nagle słyszę, jak ktoś otwiera drzwi.
- Dobrze, Anno. Umów mnie na siedemnastą i zadzwoń do Richa, aby przygotował mi zestawienia z ostatnich trzech miesięcy - tajemniczy Ktoś wydaje polecenie, a mnie przeszywa dreszcz. Znam ten głos. 
Odwracam szybko głowę i zamieram.
- Dzień dob... Faith? - duka zaskoczony mężczyzna stojący przede mną. Czyli nie ja jedna jestem w szoku. - Co ty tu robisz?
O cholera. Wiedziałam, że skądś znam to pieprzone nazwisko.
- Chris? - Patrzę na niego w oszołomieniu, nie mogąc się ruszyć. - O mój Boże - szepczę sama do siebie, próbując nie zapomnieć o oddychaniu. 
Oboje patrzymy na siebie, nie mogąc się ruszyć. Przede mną stoi właśnie mój były chłopak, który lata temu wyjechał z Dallas, by móc się rozwijać i jest jeszcze seksowniejszy niż wtedy. Chris pieprzony Fitzgerald, nie mogę w to uwierzyć.
- Prędzej spodziewałbym się, że spotkam diabła w raju, niż ciebie w mojej firmie - odzywa się w końcu Chris, przerywając tę dziwną ciszę między nami.
- Twojej firmie? - pytam zaskoczona, strarając się uspokoić. 
- Właściwie to mojego ojca, ale rok temu uczynił mnie prezesem - odpowiada spokojnie. - Wybacz mi moje zaskoczenie, ale naprawdę nie przypuszczałem, że tą niesamowitą Wihford okażesz się ty.
- Niesamowitą? 
- Nie każda dziewiętnastolatka może pochwalić się takim CV, Faith - mówi z uznaniem i posyła mi pokrzepiający uśmiech. Jak do cholery udało mu się tak szybko opanować?
- Dziękuję. - Kiwam głową i zagryzam wargę. 
- Cholera, przepraszam, ale muszę to powiedzieć - rzuca troche spięty.
- Co? - Czy moje dzisiejsze odpowiedzi będą tylko pytaniami? Weź się w garść Wihford!
- Jesteś jeszcze piękniejsza niż wtedy, gdy opuszczałem Dallas. - Chris mówi to w taki sposób, że przez moje ciało przechodzą dreszcze. 
- Przestań. - Rumienię się i patrzę na wszystko, oprócz Chrisa. 
- Daj spokój, to tylko zwykły komplement - śmieje się, opierając się wygodnie na krześle. 
Ten dźwięk przywołuje tak wiele przyjemnych wspomnień. Nasz związek był naprawdę udany, bardzo się kochaliśmy, ale później życie poukładało się trochę inaczej niż oboje tego chcieliśmy. Ale jak widać, koniec końców znaleźliśmy własne szczęście. 
- Jasne, ale dawno nie słyszałam go z twoich ust. Ile to już lat? Trzy, cztery? - pytam, starając się z całych sił brzmieć luźno.
- Coś koło tego - zgadza się. - Jak sobie radzisz? - Wiem, że tym pytaniem nawiązuje do mojej przeszłości, ale nie mam ochoty o tym gadać.
- Jak widać dosyć dobrze, skoro siedzę u ciebie w firmie i staram się o pracę. - Uśmiecham się. Okej, jest coraz lepiej.
- Którą w zasadzie masz już w kieszeni - oznajmia bez ogródek, uśmiechając się do mnie równie sympatycznie.
- Słucham? - Marszczę brwi. - Chris, nie chcę zdobywać posady, ponieważ ty i ja...
- Nie, nie, nie! - przerywa mi, śmiejąc się. - Po prostu potrzebuję asystentki na już, bo poprzednia odeszła bez zapowiedzi, a ja ledwo sam to ogarniam. Nasza znajomość nie ma tu nic do rzeczy - wyjaśnia, a mnie spada kamień z serca. 
- Dobrze, rozumiem. 
- Więc od kiedy mogłabyś zacząć? 
- Od jutra - oznajmiam radośnie, ponieważ cieszę się na tę pracę.
- Wspaniale. W takim razie zaczynamy pracę od dziewiątej. Będziesz pracować mniej więcej do siedemnastej, ale czasem będę prosił, żebyś została dłużej jeśli będzie tego wymagać sytuacja. 
- W porządku. Obowiązuje mnie jakiś dresscode? 
- Twojego stanowiska akurat nie. Ale zawsze musisz wyglądać elegancko oraz szykownie. Żadnych zwiewnych sukienek z dekoltem, prześwitujących bluzek itp. - mówi władczo. Wiele się nie zmienił.
- Rozumiem. W takim razie będę tu jutro o dziewiątej. - Ale się cieszę! - Och, a gdzie jest moje biurko? 
- Zaraz obok mojego gabinetu. Pokażę ci je już jutro, ponieważ teraz muszę lecieć na spotkanie.
- Oczywiście, panie prezesie. - Puszczam mu oczko i wstaję, robiąc to samo co on. 
- Poproś też jutro Jessicę, naszą recepcjonistkę, aby wyrobiła ci kartę pracownika - oznajmia i otwiera dla mnie drzwi. Ach, ci dżentelmeni. Fajnie jest ich jeszcze spotykać.
- Dobrze. Więc do jutra - mówię i wchodzę do windy, która jakby na mnie czekała. 
- Do zobaczenia. - Chris posyła mi ten uśmiech, przez który dziewczynom miękną nogi. Mimo, że nie widziałam go pare lat, nadal działa na mnie podobnie jak w Dallas. 
Niestety okazuje się, że paparazzi nadal czekają przed budynkiem. Odźwierny patrzy na mnie ze współczuciem, gdy zauważa moją minę. No cóż, to w końcu ma stać się częścią mojego życia, więc muszę sama stawić czoło tym bezdusznym hienom. Wychodzę na zewnątrz, od razu zderzając się z wodospadem pytań i błyskiem fleszów. Zakładam okulary na nos i idę szybko w stronę samochodu. Nie mam pojęcia jak udaje mi się do niego dotrzeć i wsiąść, ale gdy wyjeżdżam z parkingu prawie płaczę ze szczęścia. Boże, podziwiam Justina i inne gwiazdy, że sobie z tym radzą. To prawdziwy koszmar. 
Postanawiam zdzwonić do niego i powiedzieć mu co i jak, ale gdy wybieram numer włącza się jego poczta. Widocznie pracuje. Wysyłam mu smsa, żeby wpadł do mnie wieczorem i wtedy porozmawiamy. Daruję sobie telefon do Angie, bo jadę do domu i spodziewam się, ją tam zastać.

W mieszkaniu jestem po przeszło godzinie, ponieważ na drogach były okropne korki. Tak jak myślałam, Angel nigdzie nie wyszła.
- Jestem! - wołam z korytarza.
- I jak tam? - odkrzykuje przyjaciółka, po chwili przybiegając do mnie.
- Nie zgadniesz kto jest moim szefem - mówię, zmierzając do kuchni skąd dobiegają wspaniałe zapachy.
- O rany, kolejna szalona informacja.
- Chris Fitzgerald - oznajmiam krótko.
- Słucham? - piszczy Angel. 
- Poczekaj, pójdę się przebrać i wszystko ci opowiem - mówię i biegnę do pokoju, gdzie przebieram się w dres i za dużą koszulkę na ramiączkach. Wiążę włosy w kucyk, schodzę na dół i obserwuję jak Angie nakłada nam obiad. Dzisiaj mamy makaron z sosem, pycha.
- Więc zamieniam się w słuch - rzuca moja przyjaciółka i niesie talerze do stołu.
Cała historia zajmuje około dwudziestu minut, reszta to wspominanie z Angel czasów liceum w Dallas. Podobnie jak ja jest zaskoczona tym co się wydarzyło, ale chyba się cieszy. Zawsze lubiła Chrisa, w zasadzie nie miała powodu by tego nie robić. 
Po siedemnastej leżymy na kanapie i skaczemy po kanałach, odpoczywając po obiedzie i deserze, który składał się z czekolady i lodów. Jest mi tak słodko, że zaraz zwariuję.
- Och, właśnie - zaczyna Angel. - Ian powinien być u nas po dziewiętnastej, sam dotrze tu z lotniska. Przyjmiesz go sama, okej? 
- A ty gdzie będziesz? - pytam, skupiając na nią swoją uwagę.
- Mam kolację biznesową z fotografami itd. Wiesz, ciemna strona modelingu - śmieje się.
- Och, rozumiem. No dobrze - zgadzam się, bo przecież nie mam innego wyjścia. 
Angel sięga po laptopa i zaczyna w nim grzebać, pewnie szukając jakichś nowych przecen w sklepach.
- Dzisiaj też spotkałaś paparazzi? - pyta po chwili, z niepokojem wymalowanym na twarzy.
- Eee, tak - odpowiadam, gryząc wargę. - Są już zdjęcia, co? 
- Tak, patrz. Wyszłaś całkiem dobrze - śmieje się Angie, chcąc mnie rozluźnić. Jestem jej bardzo wdzięczna.
Na ekranie widnieje kilka moich zdjęć, gdy wchodziłam do biura oraz gdy wsiadałam do samochodu. Trzeba przyznać, że wyglądam na bardzo skupioną i obojętną wobec nich. Czyli Justin powinien być ze mnie zadowolony. A własnie, chyba jeszcze mi nie odpisał.

W mieszkaniu zostaję sama przed dziewiętnastą, ale nie na długo. Gdy sprzątam w kuchni, rozlega się dzwonek do drzwi. Biegnę je otworzyć i mimo, że wiem kto to jest, czuję podekscytowanie. Odsunęłam od siebie negatywne uczucia i postawiłam na radość i dobrą zabawę dzisiejszego wieczora.
- Niespodzianka! - woła Ian, rozkładając ramiona, w które po chwili wpadam. - Tęskniłem za tobą - mruczy, gdy wchodzi ze mną do środka i zamyka drzwi. Cały ten czas jestem do niego przytulona.
- Ja też - odpowiadam, gdy w końcu się od niego odlepiam. 
- To super, bo w takim razie będziesz mała serce dać mi coś do jedzenia. Samolotowy catering jest do dupy. - Krzywi się chłopak, idąc za mną do kuchni. 
- Masz szczęście, że Angel ugotowała dziś troche więcej - odpowiadam z rozbawieniem i zabieram si za odgrzewanie makaronu z sosem.
- Wow, ale się urządziłyście! - gwiżdże z uznaniem, rozglądając się po mieszkaniu. - Gdzie będę spał? 
- Tutaj - pokazuję na kanapę. - Jest wygodna, zaufaj mi. - Pokazuję mu język, a on patrzy na mnie łobuzersko, po czym zaczyna mnie gonić, w skutek czego piszczę głośno i uciekam przed nim. Mój mały Ian, nigdy nie wyrośnie z takich zabaw. Biegamy po dolnej części mieszkania, a później dookoła wyspy. Nie przestaję piszczeć, a Ian cały czas się ze mnie śmieje. W końcu łapie mnie i przyciska do blatu, kładąc dłonie po obu stronach mojego ciała.
- Mam cię. - Oboje głośno dyszymy i śmiejemy się na zmianę. Ian pochyla się w przód, ale to naturalny odruch, bo jest zmęczony biegiem. Nagle słyszę trzaśnięcie drzwiami. Pewnie Angie czegoś zapomniała, albo urwała się z tej kolacji, więc nawet nie staram się odepchnąć od siebie Iana. Jednak, gdy zamiast Angel w kuchni zauważam wściekłego Justina, cała krew odpływa z mojej twarzy. 




Cześć! Przepraszam, przepraszam i jeszcze raz przeprasza, że tylu z Was musiało czekać tak długo. Mam nadzieję, że rozdział troche załagodzi waszą złość. Bardzo Wam dziękuję za przekroczenie 11 tysięcy wyświetleń! Jesteście cudowni!
Jeśli rozdział Wam się spodobał lub też nie, zostawcie jakiś komentarz. One dają mi tyle szczęścia. 
Raz jeszcze za wszystko dziękuję!
Love, V.


PS. Co myślicie o jakimś małym one shocie?