"Hamuj się."
Justin prowadzi mnie do samochodu i jak prawdziwy dżentelmen otwiera przede mną drzwi. Dziękuje mu uśmiechem i skinieniem głowy, po czym wsuwam się na siedzenie czarnego Range Rovera. Patrząc po wyposażeniu musiał być piekielnie drogi, ale dla osób takich jak Justin, którzy na koncie maja pokaźna sumę, taki samochód to żaden problem.
Zapinam pasy i po chwili Justin wsiada do środka, wkłada kluczyk do stacyjki, przekręca go i ruszamy.
- A co z twoim ochroniarzem? - pytam, zerkając w bok. Czuje sie trochę onieśmielona jego pewnością siebie i mocą.
- Wyjechał wczesniej moim Ferrari, żeby odciągnąć uwagę paparazzi. To proste, ale skuteczne.
- Czyli jednak obchodzi cie to co powiedzą? - pytam, przekomarzając się. Przecież niedawno mówił, żebym nie zwracała na nich uwagi.
- Obchodzisz mnie ty i to co mogą zrobić z twoim życiem. - odpowiada rzeczowo i włącza sie do ruchu.
- Och - tylko tyle jestem w stanie wydusić z siebie.
- Nawet nie wyobrażasz sobie jak te kanalie mogą ubarwić historie związane z tobą. - Wzdryga się, po czym dodaje. - To jedna z szarych stron bycia rozpoznawalnym.
- A jest ich więcej?
- Oczywiście - odpowiada spokojnie i patrzy na mnie przez krótka chwile.
- Skoro martwisz się co napiszą brukowce, to nie powinieneś sie ze mną spotykać, a już na pewno nigdzie jechać. - Uśmiecham się krzywo, przygryzając dolna wargę.
Widzę jak Justin sie napina i zaciska szczękę.
- Dopóki w moim życiu jest Shayla i jesteśmy postrzegani jako para, lepiej dla ciebie, żebyśmy nie byli widziani zbyt często publicznie. Nie chce, żeby uznali cię za laskę, która niszczy związki, a mnie za kutasa, który zdradza swoje laski. Wbrew pozorom nie jestem takim dupkiem, za jakiego mnie mają. - W jego głosie słyszę irytację i stanowczość.
- Przepraszam - mamroczę i odwracam głowę, podziwiając szalenie nudny widok za oknem.
- Faith - wzdycha Justin. - Nie chciałem cię urazić. Po prostu sam nie ogarniam tego co się dzieje. Tu chodzi o twoje bezpieczeństwo - tłumaczy. - Jeśli uznaliby cię za moją nową kobietę, rozpętałoby się piekło z Shaylą w roli głównej. Zaczęłaby histeryzować, robić awantury, a paparazzi zaczęliby cię prześladować. Dopóki nie mogę być z tobą w każdym miejscu i nie mogę cię wystarczająco dobrze chronić, nie chce, żeby ci ludzie uprzykrzali ci życie. Oni potrafią być naprawdę niebezpieczni. Zrozum to - prosi, a ja czuję jego wzrok na sobie. Cały czas mam odwróconą głowę i bardzo dobrze, bo Justin nie może zobaczyć tego jak bardzo staram się zachować spokój. Cała trzęsę się w środku, to reakcja na jego słowa. Biorę głęboki oddech i kiedy upewniam się, że mogę mówić, odwracam głowę.
- W porządku. Rozumiem. - Posyłam mu delikatny uśmiech i oblizuje nerwowo wargi.
Justin kiwa głową i wbija wzrok w drogę przed sobą. Ponieważ przez większość drogi wydaje się być skupiony na prowadzeniu i praktycznie w ogóle się nie odzywa, mam okazję by dokładniej mu się przyjrzeć. Jego profil jest naprawdę idealny. Prosty nos, doskonale skrojone i cholernie pociągające usta, mocno zarysowana linia żuchwy, która porusza się w cudowny sposób, kiedy Justin zaciska zęby i długie, gęste rzęsy okalające jego oczy. To czyni go nieziemsko seksownym mężczyzną. Tatuaż, który ma na szyi dodaje mu charakteru i siły, którą można wyczuć, gdy tylko się na niego patrzy.
- Wiem co robisz - odzywa się nagle, nie ukrywając rozbawienia.
Cała pąsowieję i pochylam głowę w przód, tak że moje włosy zasłaniają moją twarz. O boże, musiałam się gapić na niego dłużej niż powinnam.
- Przepraszam - bąkam i zagryzam dolną wargę, nie mogąc na niego spojrzeć.
- Hej, spokojnie - śmieje się. - Nic się nie stało. To było miłe. - Zerka w moją stronę i uśmiecha się ciepło.
Nagle samochód zwalnia i z ciekawości, która jest ode mnie silniejsza prostuję się. O rany.
- Jesteśmy - oznajmia Justin, wjeżdżając na podjazd. Gasi silnik, wyskakuje z samochodu, obchodzi go rekordowym tempie i otwiera dla mnie drzwi. Ujmuję jego dłoń, którą wystawił, by pomóc mi wysiąść. Uśmiecham się w podziękowaniu i przenoszę wzrok na ogromny dom przede mną. Jest piękny.
- Mieszkasz w nim sam? - pytam, gdy prowadzi mnie do drzwi wejściowych.
- Nie do końca - potrząsa głową, śmiejąc się. - Czasem moi przyjaciele tu pomieszkują.
- Och, okej - mruczę i wchodzę za nim do środka. Gdy zapala światło w przedpokoju moja szczęka praktycznie uderza o posadzkę.
Ten dom jest od samego wejścia niesamowicie gustownie i modernistycznie urządzony. Bardzo mi się podoba, bo to mój styl. Justin idzie dalej i prowadzi mnie przez kręte korytarze, które zdają się nie mieć końca. W końcu wchodzimy do średniej wielkości pokoju, gdzie znajduje się duży kominek, czarna kanapa, kilka mebli i wyjście na duży taras.
- Rozgość się, zaraz wracam - oznajmia Justin i opuszcza pokój. Przez kilka chwil czuję się niezręcznie i nie wiem co mam ze sobą zrobić, ale po chwili moją uwagę przykuwają zdjęcia wiszące na ścianach. Zdejmuję buty, kładę je obok drzwi i podchodzę do fotografii. Na mojej twarzy maluje się szeroki uśmiech, gdy widzę na nich Justina z młodych lat. Na jednej jest ze swoimi dziadkami i ślicznie uśmiecha się do aparatu, obejmując ramionami szyje babci i dziadka. Dalej jest zdjęcie, na którym Justin i jego koledzy pływają w basenie, śmiejąc się i oblewając wodą. Uznaję, że Justin był uroczym i na pewno trochę zwariowanym dzieciakiem. Chłopcem, który cieszył się życiem i tym, że ma przyjaciół oraz rodzinę. Aż nie do wiary, że kilka lat później stał się megagwiazdą. Idę dalej i dostrzegam zdjęcie chyba z jakiegoś konkursu, bo Justin trzyma w ręku mikrofon i bardzo skupia się na tym co robi. Jest ubrany w elegancką koszulę oraz spodnie, a włosy ma krótko obcięte. Ma może dwanaście, trzynaście lat, nie więcej. Kolejne zdjęcie pokazuje Justina i tę małą dziewczynkę. Och tak, Avalannę. Pamiętam jej imię, ponieważ było o niej głośno dzięki Justinowi, a to co dla niej zrobił pokazało jak dobrym jest człowiekiem. Serce mi się ściska, myśląc o tym jak bardzo Justin i Avalanna byli ze sobą związani. Świadczy o tym nawet sam fakt, że ma w domu zdjęcia z nią.
Nie chcąc wpadać w smutny humor, patrzę na następne zdjęcia i mój wzrok pada na fotografię, gdzie Justin jest ubrany w strój hokeisty i szczerzy się do aparatu. Rany, on naprawdę był wesołym dzieckiem.
- Miałem wtedy może 10 lat. - Słyszę nagle za sobą głos Justina i lekko podskakuję. - I kochałem hokej całym sobą.
Odwracam się i widzę, że podchodzi do mnie, trzymając w obu dłoniach kieliszki z czerwonym winem.
- Ty naprawdę chcesz mnie upić - śmieję się i wskazuję palcem na trunek.
- Nie koniecznie. - Podaje mi kieliszek, cały czas patrząc w oczy.
Dziękuję mu skinieniem głowy i odwracam się z powrotem do ściany, wracając do oglądania. Justin staje obok mnie i pociąga łyk wina.
- Już tego nie lubisz? - pytam, nawiązując do jego wzmianki o hokeju.
- Broń Boże. - Kręci głową. - Uwielbiam ten sport, dał mi wiele szczęścia. Do dzisiaj, jeśli tylko mam czas wpadam na lodowisko i gram z innymi.
- Woah, fajna sprawa - odpowiadam i robię krok w bok, by móc zobaczyć inne zdjęcia. Tym razem trafiam na takie, na którym jest ze swoją rodziną - mamą, tatą oraz rodzeństwem.
- To mama, tata, Jaxo i Jazzy - wyjaśnia Justin, widząc na jakie zdjęcie patrzę.
- Domyślam się - śmieję się. - Twoje rodzeństwo nie jest podobne do twojej mamy - mówię, przyglądając im się uważnie.
- Bo to nie są jej dzieci. Tata związał się z inną kobietą i to z nią ma tę dwójkę - oznajmia łagodnie.
- Och, rozumiem. Twoja mama to piękna kobieta - mówię z aprobatą, popijając wino. Mm, jest pyszne.
- Zgadza się. Jest piękna. Na zewnątrz i wewnątrz - kiwa głową i uśmiecha się sam do siebie. On też jest piękny i mam ochotę mu to powiedzieć, ale w porę się powstrzymuję.
Z każdą kolejną minutą spędzoną w jego towarzystwie, przekonuję się, że jest inteligentnym, pełnym pozytywnych emocji, fajnym facetem. Może czasem zachowuje się jak dupek, ale w gruncie rzeczy za krótko go znam, by móc swobodnie wypowiadać się temat jego osobowości.
- A co z tobą? - pyta po chwili Justin, obracając głowę w moją stronę.
- To znaczy? - Unoszę brew, nie wiedząc o co mu chodzi.
- Chcę wiedzieć coś więcej o tobie - wyjaśnia. - Skąd jesteś, czy masz rodzeństwo, co robiłaś, gdy byłaś mała... Powiedz coś o sobie, cokolwiek.
- Myślałam, że już to wszystko wiesz - odpowiadam i opieram się o ścianę, biorąc łyk wina.
- Niby skąd? - Justin posyła mi pytające spojrzenie, robiąc krok w moją stronę.
- Hm, no nie wiem. Nie sprawdzałeś mnie, kiedy dostałam się do grupy?
- Po co miałbym to robić? - Justin w dalszym ciągu jest zaskoczony.
- Czasem się zdarza, że pracodawcy sprawdzają swoich nowych podwładnych, zanim przyjmą ich do pracy. - Wzruszam ramionami i odpycham się od ściany, kierując się na kanapę.
- Nie mam na to czasu - odpowiada z rozbawieniem Justin i idzie za mną. - Więc? - pyta po chwili, gdy siada na drugim końcu rogówki.
- Jestem z Teksasu, dokładniej z Dallas. Owszem, mam dwójkę rodzeństwa - starszego brata i młodszą siostrę. Przez piętnaście lat trenowałam balet i głownie to było moim zajęciem - mówię wszystko spokojnym tonem, chociaż gdy mówiłam o rodzeństwie lekko ścisnęło mi się gardło. Nigdy jeszcze nie powiedziałam, że miałam brata. On wciąż nim jest, wciąż we mnie żyje, mimo że nie ma go na tym świecie od kilku lat. Dlatego zawsze mówię o nim, jakby dalej żył.
Zakładam włosy za ucho i podciągam nogi pod siebie.
- Domyśliłem się, że jesteś z południa. Twój akcent jest uroczy - rzuca Justin i posyła mi szeroki uśmiech. - A co z rodzeństwem? Wciąż mieszkają w Dallas? Jak mają na imię? - pyta Justin, przerzucając rękę przez oparcie kanapy.
- Brat ma na imię Todd, a siostra Gracie - odpowiadam z uśmiechem. - Tak, mieszkają. To znaczy... Gracie. Todda już tam nie ma - dodaję i natychmiast tego żałuję. Nie lubię mówić o tym ludziom. Wspominanie o śmierci brata wciąż wzbudza we mnie ból i tęsknotę. To jak niezasklepiona rana, która co jakiś czas zostaje podrażniona.
- A gdzie teraz jest? Wyjechał z Teksasu? - Justin wydaje się być wyraźnie tym zainteresowany. Teraz nie ma już odwrotu, muszę powiedzieć mu prawdę. Pociągam duży łyk wina i biorę głęboki oddech.
- Nie żyje - mówię krótko i szybko, tak jakby te słowa paliły mnie w język.
Justin wciąga powietrze przez nos i lekko otwiera usta.
- Przepraszam Faith, nie wiedziałem. - Widzę w jego oczach żal. Nie chcę i nie potrzebuję go.
- Nic się nie stało, skąd mogłeś wiedzieć. - Wzruszam ramionami i wysilam się na słaby uśmiech.
- Przykro mi - dodaje po chwili, nieco ciszej.
- Mnie też - odpowiadam chłodno - Możemy o tym nie mówić? - pytam z nadzieją, chociaż to oczywiste, że Justin się zgodzi.
- Ile lat ma Gracie? - Justin ku mojej uciesze, robi to o co proszę.
- Ponad rok - uśmiecham się na myśl o siostrze.
- Musi być cudowna - dodaje Justin, oblizując wargi.
- Jest cudowna - potwierdzam.
- A balet? Poważnie trenowałaś go piętnaście lat? Jakoś trudno mi w to uwierzyć, patrząc na to jak tańczysz teraz.
- To była pomyłka - śmieję się po raz setny tego wieczoru. - Nienawidzę baletu, ale robiłam to ze względu na moją mamę. Zresztą jak później się okazało, zupełnie niepotrzebnie. Tak czy inaczej, ja nie lubiłam baletu, on nie lubił mnie.
- Jak to się stało, że zaczęłaś tańczyć tak jak teraz? - Justin przechyla głowę i wpatruje się we mnie, przez co czuję się lekko skrępowana. Czy on musi się gapić na mnie cały czas?
- Poszłam do klubu i zobaczyłam bitwę, w której uczestniczył mój przyjaciel. Tak to się zaczęło - wyjaśniam i dopijam wino, po czym zaczynam stukać paznokciami w szyjkę kieliszka.
- Myślałem, że takie bitwy istnieją tylko w filmach. - Słysząc te słowa, zaczynam chichotać.
- Jeszcze wielu rzeczy nie wiesz o tym świecie - mówię rozbawiona i odkładam na ławę pusty kieliszek.
- Taka dziewczyna jak ty nie pasuje do takich miejsc, tak sądzę.
- Taka jak ja, czyli jaka? - Unoszę brew, zainteresowana jego odpowiedzią.
- Taka delikatna, piękna i magnetyczna - odpowiada spokojnie, kiwając głową, jakby zgadzał się z własnymi słowami.
Przygryzam wargę walcząc ze sobą, żeby się do niego nie zbliżyć. Alkohol, który czuję w sobie dodaje mi więcej odwagi, ale rozsądek okazuje się silniejszy.
- To nie ma nic do rzeczy - mówię cicho i kręcę głową. - To był mój drugi dom.
- Skoro tak mówisz, chyba uwierzę ci na słowo. - Justin wyraźnie kapituluje, co w gruncie rzeczy mnie zadziwia.
- Opowiem ci o tym następnym razem. - Posyłam mu lekki uśmiech i puszczam oczko.
- A będzie następny raz? - Głos Justina stał się niższy o ton i trochę bardziej ochrypły. Coś mi mówi, że właśnie to jest jego uwodzicielski ton.
- Nie wiem. Może - odpowiadam szczerze i wzruszam ramionami.
- Na pewno - poprawia mnie, uśmiechając się łobuzersko.
Nie wiem co więcej mam powiedzieć, więc wstaję z kanapy i idę w stronę dużego okna tarasowego. Patrzę się na oświetlony i zadbany ogród oraz niebo, które tej nocy jest wyjątkowo gwieździste.
To dziwne, że w towarzystwie Justina potrafię czuć tak skrajne emocje. Od zdenerwowanie, przez smutek, po radość. Nie wiem czy to przez wino, czy też nie, ale w tym momencie mało mnie to obchodzi. Moje myśli znów wracają do tych samych pytań. Dlaczego tak się mną interesuje? Co we mnie jest, co nie pozwala mu dać mi świętego spokoju? Zabawne, kilka godzin wcześniej nie chciałam go widzieć, a teraz siedzę z nim w jego domu i rozmawiam o błahych sprawach.
- Dlaczego ja? - pytam w końcu, nie mogąc dłużej wytrzymać.
- Słucham? - odzywa się Justin i słyszę jak wstaje z kanapy.
- Dlaczego się mną interesujesz? Dlaczego nie chcesz dać mi spokoju? -odwracam się i podskakuję, gdy okazuje się, że Justin stoi zaledwie kilka centymetrów ode mnie.
Robię krok w tył i wpadam na szybę. Okej Faith, po prostu panuj nad sobą i wszystko będzie w porządku.
Justin bada wzrokiem moją twarz w milczeniu, aż w końcu bierze głęboki oddech i oblizuje wargi.
- Nie wiem. Nie mam cholernego pojęcia, dlaczego. Po prostu, kiedy zobaczyłem cię w tym barze, tańczącą tak swobodnie i seksownie, a jednocześnie bardzo stanowczo, coś we mnie pękło. Nie wiem co, ani dlaczego. Nie mogłem o tobie zapomnieć i doprowadzał mnie do szału fakt, że nigdy więcej cię nie spotkam. A kiedy pojawiłaś się na castingu myślałem, że to sen - zbliża się do mnie do tego stopnia, że czuję na sobie jego oddech. - Chryste, Faith. Jesteś zupełnie inna niż reszta, nie chcę pozwolić ci zniknąć. Rozbudzasz we mnie każdą możliwą komórkę i zaufaj mi, poświęcam wiele energii, żeby być przy tobie spokojny. - Woah, widzę, że oboje mamy podobnie.
Justin kładzie dłonie po bokach mojej głowy i nachyla się do mnie. Moje serce zaczyna szybciej bić, a ciało przechodzą dreszcze.
- Gdybyś tylko była moja - szepcze i kręci lekko głową.
Nie mogę wydusić z siebie ani słowa. Po prostu chcę, by mnie pocałował. Niech w końcu to zrobi, albo zwariuję. Moja podświadomość krzyczy i tupie, przypominając mi, że zachowuję się co najmniej niestosownie, ale w tym momencie kopie ją w tyłek. Niech spada z tymi swoimi zasadami.
- J-ja... - próbuję cokolwiek powiedzieć, ale mój głos się okropnie trzęsie.
- Ciiii - Justin przesuwa kciukiem po moim policzku, a ja czuję jak moja skóra płonie pod wpływem jego dotyku.
Mam wrażenie jakbym wpadła w trans. Cały zdrowy rozsądek powoli się ulatnia i zaczyna mną władać pragnienie. Odkąd przez moje życie przeszedł huragan, nie czułam czegoś takiego jak teraz. Zawsze starałam się być asertywna, nie pozwalałam zbyt wielu ludziom wchodzić tak szybko w moje życie. A tu proszę, w ciągu kilku dni znalazłam przyjaciela, a sam Justin Bieber właśnie walczy ze sobą, by mnie pocałować. Chcę tego, dopóki nie uświadamiam sobie, że przecież on w dalszym ciągu ma dziewczynę. Nic mnie to nie obchodzi, że jest między nimi jak jest. Ona dalej jest jego dziewczyną, a ja nie mam zamiaru być osobą, z którą Justin ją zdradzi. Ta myśl działa na mnie jak kubeł zimnej wody. Potrząsam głową i kładę dłonie na klatce piersiowej Justina, starając się go ode mnie odepchnąć. Niestety on ani drgnie. Już chcę mu powiedzieć, by się odsunął, kiedy oboje słyszymy dźwięk zatrzaskujących się drzwi i Justin natychmiast ode mnie odskakuje. Patrzę na niego i widzę jak zaciska ze złości szczękę, a jego klatka piersiowa unosi się i opada stanowczo zbyt szybko. Zaczynam mieć wyrzuty sumienia, chcę do niego podejść i przeprosić, ale obawiam się, że to może go wkurzyć jeszcze bardziej. Boże, jak mogłam w ogóle dopuścić do takiej sytuacji po raz kolejny? Jestem głupia. Notuję w głowie, by nad tym w najbliższym czasie popracować.
Odpycham się od ściany i biorę głęboki oddech. Chyba powinnam już sobie pójść, zdaje się, że Justin ma gości.
-Yo, Bieber! - woła Fredo, gdy wpada do pokoju w którym się znajdujemy. - Cze... O cholera, chyba przeszkodziłem. - Widzę zakłopotanie na twarzy chłopaka, gdy patrzy raz na mnie, raz na spiętego Justina.
- Nie, w porządku - odpowiadam szybko. - Już wychodziłam.
- Tak? - odzywa się nagle Justin, patrząc na mnie pytająco.
- Tak - mruczę i patrzę na Fredo.
Nagle za jego plecami pojawiają się Za i jakiś chłopak. Śmieją się i przepychają, dopóki nas nie zauważają. Za od razu się do mnie szczerzy, natomiast drugi chłopak przygląda mi się uważnie.
- No no, Bieber - odzywa się po chwili. - Twoja dupa ledwo wyjechała z miasta, a ty już masz kolejną. Jak ty to robisz? - Głos chłopaka jest dosyć głośny i drażniący. Krzywię się lekko gdy słyszę to co mówi.
- Zamknij mordę Twist, hamuj się - warczy Justin i przeczesuje dłonią włosy. Rany, serio się wkurzył.
- Miło cie znowu widzieć, seksowna dziewczyno z południa - śmieje się Za i patrzy na mnie wesoło.
- Za - mówi ostrzegawczym tonem Justin.
- Nic się nie dzieje, uspokój się - polecam i kręcę głową. - Ciebie też miło widzieć Za. - Posyłam chłopakowi przyjazny uśmiech.
- Widzisz Bieber, mam przywileje - dodaje Lil Za, klaszcząc w dłonie.
- Też chcę je mieć! - woła Fredo.
- Przecież je masz. - Wystawiam mu język i marszczę nos.
- A co ze mną? Też chce być lepiej traktowany przez to latynoskie cudo - skrzeczy Twist, wskazując na mnie.
- Wydaje mi się, że o coś się prosiłem - syczy Justin, posyłając koledze zabójcze spojrzenie.
- Na to trzeba sobie zasłużyć, Twist - mówi Fredo i patrzy na mnie z uśmiechem, zupełnie ignorując zachowanie Justina i Twista.
- Jasne. - Kiwam głową, potwierdzając jego słowa.
- Nie ważne - mamrocze Twist. - Zobacz Bieber, co ze sobą przyniosłem. Tym razem nie będziesz w stanie odmówić, to najlepszy towar w mieście! - Sięga do kieszeni i wyciąga z niej niewielki woreczek z białym proszkiem.
W tym momencie zatrzymuje mi się świat. Praktycznie zachłystuję się powietrzem, a ciało oblewa się zimnym potem. O nie. Nie, nie, nie! Do ciężkiej cholery, nie! Otwieram szeroko oczy i wpatruję się w przezroczysty woreczek, który trzyma Twist. Muszę stąd wyjść, natychmiast.
Zrywam się natychmiast, podchodzę do drzwi, zabieram swoje buty i odwracam się do chłopaków.
- J-ja... muszę już iść, cześć - mówię pospiesznie i otwieram drzwi.
- A tej co się stało? - pyta zaskoczony Twist.
Nie słyszę już odpowiedzi, bo wychodzę na korytarz i praktycznie biegnę do drzwi. Robi mi się gorąco, a alkohol w momencie ze mnie wyparował. Drżącymi rękoma zakładam na stopy buty i na miękkich nogach opuszczam dom Justina. Nie mam pojęcia jak daleko mam do swojego mieszkania, ale w tym momencie jedyne co dla mnie się liczy to bycie jak najdalej od tego miejsca. Na zewnątrz jest już chłodno i od razu pojawia się na moim ciele gęsia skórka. To był pierwszy raz kiedy zobaczyłam narkotyki, odkąd... Boże, nie spodziewałam się, że to będzie tak drastyczne i silne. Wiedziałam, że prędzej czy później do tego dojdzie, ale nie czułam się jeszcze gotowa. Jest mi słabo, ale zmuszam się do stawiania kolejnych kroków. Nagle słyszę za sobą czyjeś kroki i pomimo tego, że oblatuje mnie strach, nie zamierzam się odwrócić.
- Poczekaj. - Ktoś łapie mnie za nadgarstek i pociąga do siebie. Mam zamiar zacząć krzyczeć, ale okazuje się, że to Justin. Trochę się uspokajam.
- Puść mnie - szepczę i chcę wyrwać rękę z jego uścisku.
- Co się stało? Dlaczego tak szybko wyszłaś? - Widzę w jego oczach coś na kształt zdziwienia i desperacji.
- Źle się poczułam - odpowiadam szybko, w gruncie rzeczy mówiąc mu prawdę.
- To przez Twista? - pyta, wciąż trzymając mój nadgarstek.
- Nie. - Kręcę głową.
- Ale kiedy zobaczyłaś narkotyki...
- To nie jest twoja pierdolona sprawa! - krzyczę, bo puszczają mi nerwy. - Daj mi święty spokój, do jasnej cholery. Odwal się! - warczę i z całych sił pociągam za rękę. Udaje mi się wyrwać, więc odwracam się na pięcie i idę przed siebie.
Nagle Justin przebiega obok mnie i zatrzymuje się przede mną, łapiąc mnie za ramiona.
- Okej, w porządku. Dam ci spokój, ale jest cholerny środek nocy, a do domu masz jakieś pięć godzin drogi. Nigdzie cię samej nie puszczę - mówi ostro Justin, ale nic sobie z tego nie robię.
- Jestem dużą dziewczynką, poradzę sobie - syczę i zaczynam się na nowo szarpać.
- Gówno mnie to obchodzi - odpowiada szorstko. - Ja cię tu przywiozłem i zadbam o to, abyś bezpiecznie wróciła do domu. A teraz schowaj swoje pieprzone pazurki i wróć ze mną.
- Nie wejdę ponownie do tego domu. - Jestem wkurzona i jedyne o czym marze to to, aby znaleźć się w domu.
- Nie musisz tego robić. Po prostu chodź ze mną, a Hugo odwiezie cię do mieszkania.
- Kim jest Hugo? - Serio mnie to obchodzi?
- To szef ochrony - wyjaśnia Justin.
Biorę głęboki oddech i zdaję sobie sprawy, że z nim nie wygram. Albo wrócę do domu z Hugo, albo z Justinem. Z dwojga złego wolę towarzystwo Hugo, bo przynajmniej nie będzie wchodził mi do tyłka, tak jak robi to Justin.
- Ugh, dobra - poddaję się i przewracam oczami. Wyrywam się z jego uścisku i wracam w kierunku jego posiadłości. Zaraz mnie krew zaleje.
Dzięki Bogu Justin nic nie mówi się przez całą drogę i to dobre posunięcie z jego strony, bo byłabym skłonna rozgryźć mu aortę.
- Poczekaj tu. Hugo zaraz będzie - Justin decyduje się odezwać, gdy znajdujemy się pod jego domem.
- Dobrze - mruczę i obejmuję się ramionami, ponieważ zaczęło lekko wiać.
Justin znika za drzwiami, zostawiając mnie samą. Złość trochę ze mnie zeszła, ale wciąż cała się trzęsę. Gdy myślę o tym, jak blisko narkotyków byłam, robi mi się słabo. To było takie niespodziewane. Zamykam oczy i radzę w myślach temu ochroniarzowi, żeby się pospieszył, albo naprawdę wrócę sama. Nagle drzwi frontowe się otwierają i najpierw pojawia się z nich Justin, a później wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Zgaduję, że to Hugo.
Justin podchodzi do mnie i nakłada na moje ramiona czarną rozpinaną bluzę.
- Proszę. Nie musisz oddawać - uśmiecha się blado i wkłada ręce do kieszeni.
- Nie musiałeś - odpowiadam sucho, naciągając na siebie ubranie.
- Było ci zimno. - Wzrusza ramionami i patrzy na mnie.
- Dziękuję. - Wyginam usta w słabym uśmiechu i podchodzę do samochodu, przy którym stoi Hugo i otwiera dla mnie drzwi.
Justin idzie za mną i gdy wsiadam, kiwa głową do ochroniarza i staje w miejscu, gdzie przed chwilą stał mężczyzna.
- Przepraszam za tamto - odzywa się po chwili, bardzo niepewnie.
- Okej - mruczę i wzdycham. - Chciałabym już jechać.
- Jasne. Hugo, odwieź pannę Wihford na Wilshire Boulevard - zwraca się do ochroniarza, a ten kiwa głową i wsiada za kierownicę. - Dziękuję, Faith. - Uśmiecha się krzywo i zamyka drzwi, po czym odchodzi w stronę wejścia do domu.
- Ja też dziękuję - szepczę i zamykam oczy.
Po chwili Hugo rusza z podjazdu i bardzo spokojnie prowadzi. Dzięki Bogu nie próbuje na siłe zacząć ze mną rozmowy. Jestem mu za to bardzo wdzięczna. Wciąż czuję się zdenerwowana i roztrzęsiona po tym co się wydarzyło. Może się wydawać, że to żaden powód do paniki, ale nie dla mnie. Gdy tylko zobaczyłam w rękach Twista kokainę, wszystkie przerażające wspomnienia wróciły do mnie. Tak bardzo chciałam o nich zapomnieć, poświęciłam wiele lat, by walczyć z własnymi demonami, a w ciągu jednej chwili to wszystko uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą. Miałam wrażenie, że usuwa mi się grunt spod stóp i że tracę nad sobą kontrole. Przypomniały mi się wszystkie okropne dni, powody dla których sięgnęłam po ostateczność. To prowadzi mnie do śmierci Todda, do dołu do którego wpadłam. Na nowo uaktywnia się we mnie ten przerażający ból, który wtedy czułam. Podciągam nogi pod siebie i naciągam na dłonie rękawy bluzy Justina. Patrzę w okno i po prostu zaczynam płakać. Staram się robić to jak najciszej, ale chyba mi to nie wychodzi, ponieważ nagle Hugo sięga po coś i podaje mi paczkę chusteczek. Robię się czerwona, gdy to zauważam i drżącą ręką sięgam po paczuszkę.
- Dziękuję - mówię cichutko i ocieram rękawem mokre policzki. Jest mi wstyd, że pokazałam swoją słabą stronę przed obcym facetem, którego widzę pierwszy raz na oczy.
Hugo uśmiecha się do mnie ciepło i odpowiada jedynie skinieniem głowy. Później znów skupia się na prowadzeniu.
Po moich policzkach nadal spływają łzy, bo nie potrafię ich powstrzymać. Wiem, że gdy się wypłacze będzie mi o niebo lepiej. A przynajmniej taką mam nadzieje. Dochodzę do wniosku, że nie powinnam tak naskakiwać na Justina. On po prostu się o mnie martwił, tak jak każdy normalny człowiek. Jest mi głupio.
- Panienko Withford - chrząka Hugo. - Jesteśmy na Wilshire Boulevard, potrzebuję dokładnego adresu.
- W porządku, może się pan tu zatrzymać. Dotrę już sama do domu - mówię, gryząc wargę.
- Dostałem wyraźne polecenie od szefa, że mam odwieźć panienkę pod drzwi - odpowiada spokojnie.
- Och, no dobrze. - Nie mam już siły na sprzeczanie się. Wzdycham i podaję mężczyźnie dokładny adres.
Po kilku minutach Hugo zatrzymuje się pod apartamentowcem i oznajmia, że jesteśmy na miejscu.
- Dziękuje panu. - Uśmiecham się lekko. - Proszę również podziękować Justinowi i przeprosić go ode mnie. - mówię i chwytam klamkę.
- W porządku. I proszę mówić mi Hugo - poleca i posyła mi oficjalny uśmiech.
- Oczywiście. Do widzenia, Hugo - mówię i wychodzę z samochodu.
Na zewnątrz wieje jeszcze silniej niż wcześniej i to pierwszy raz, gdy pogoda tutaj robi się kiepska. Wchodzę do budynku, mijam recepcje i wchodzę do windy. Po krótkiej chwili wysiadam na swoim piętrze i idę do drzwi. Otwieram je i wchodzę do środka, gdzie panuje cisza. Ściągam ze stóp buty i wkładam je do szafy.
Później idę powoli dalej, do głównej części mieszkania i dostrzegam, że Angel siedzi przy kominku i czyta książkę.
- Cześć mała - mówię cicho, by jej nie wystraszyć i rzucam torebkę na kanapę. - Czemu nie śpisz?
- Czekałam na ciebie - odpowiada i zamyka książkę, kładąc ją sobie na kolanach. - Płakałaś? - pyta niespokojnie.
Biorę głęboki oddech, podchodzę do niej i proszę, drżącym głosem.
- Przytul mnie. - Angel natychmiast to robi, a ja wybucham płaczem.
- Faith, co się stało? Boję się - mówi, gdy ja zaciągam się po raz kolejny szlochem. - Uspokój się, proszę.
Odsuwam się od niej i wycieram oczy, pociągając nosem.
- Mam już jechać skopać mu dupę? - pyta Angie śmiertelnie poważnie.
- J-ja - jąkam się. - Tam przyszedł jego kolega i miał p-przy sobie...
- Kurwa, Faith powiedz to wreszcie! - widzę jak moja przyjaciółka gotuje się ze złości, ale nie na mnie. Nie wie co się dzieje i to ją frustruje.
- Miał kokainę - wyrzucam w końcu i zamykam oczy, bo te słowa ranią moje gardło.
- O boże... - szepcze Angie i pociąga mnie do siebie, przez co na nowo zanoszę się płaczem.
Dziewczyna pozwala mi się wypłakać, bo wie jak się czuje. Doskonale wie, co to ze mną robi, wie, że to był dla mnie cios. Gdy się uspokajam, odsuwam się i wycieram twarz.
- Musiałam stamtąd wyjść - mówię. - To za bardzo bolało.
- Jestem z ciebie dumna, że wyszłaś - chwali mnie Angie. - Zbyt dużo przeszłaś, żeby to z tobą wygrało. Już dobrze Faith, jesteś w domu.
- Nie byłam na to gotowa - dukam i opuszczam głowę.
- Wiem skarbie, ale prędzej czy później to musiało się stać - tłumaczy Angie bardzo spokojnym i łagodnym tonem.
Kiwam tylko głową i biorę głęboki oddech.
- Idź się połóż, jesteś zmęczona - poleca Angie i łapie mnie za rękę, po czym prowadzi do mojej sypialni.
Zostaje ze mną, dopóki nie wchodzę do łóżka. Nie mam siły, by wziąć prysznic. Chcę już po prostu zasnąć. O dziwo, udaje mi się to w mgnieniu oka.
Następnego dnia budzę się po dwunastej. Mam napuchnięte oczy i spierzchnięte usta. Wstaję ospale z łóżka i idę od razu do łazienki. Po odprężającym prysznicu, wracam do pokoju by się ubrać. Zakładam na siebie długie, ciemne rurki i bluzę w ciekawe, kolorowe wzory. Suszę włosy, zapinam na nadgarstku bransoletkę od Todda i przekładam do białej torebki swoje dokumenty. Jestem odrętwiała i nie mam nawet siły na robienie makijażu. Gdy zamierzam zejść na dół, mój wzrok pada na bluzę Justina. Muszę mu ją oddać. Zabieram ją z krzesła i schodzę do kuchni. Okazuje się, że jest w niej pusto, ale na blacie widzę kartkę zapisaną pismem Angel.
"Faithie!
Jestem na spotkaniu z naczelną magazynu. W lodówce masz sałatkę - zjedz ją. Dzwonił też Eddie i powiedział, że samochód jest gotowy. Daj mu znać, czy sama go odbierzesz, czy on ma to zrobić. Odezwij się jak wstaniesz.
Kocham Cię.
A."
Uśmiecham się czytając tę wiadomość, po czym sięgam po telefon. Piszę smsa do Eddiego, informując go, że sama odbiorę auto i prosząc, by podał mi adres. Dostaję po chwili odpowiedź i milion buziaków od niego. Uwielbiam tego człowieka.
Z lodówki wyciągam sałatkę owocową, którą przygotowała mi Angie i postanawiam choć trochę w siebie wcisnąć, mimo że zupełnie nie mam apetytu. Nalewam sobie wody do szklanki i siadam do stołu. Jedząc, sprawdzam twittera i widzę tweet od Ely.
Elysandra Quiñones @elysandraQ
Kolejna próba już za chwile! #podekscytowana
Uśmiecham się blado i postanawiam, że pojadę na próbę i tam oddam bluzę Justinowi. Zjeżdżam nieco w dół i zamieram. Widzę na ekranie zdjęcia moje i Justina z wczorajszego spotkania przed knajpą. Oczywiście zdjęciom towarzyszy ciekawy nagłówek, mówiący że byliśmy wspólnie z Justinem na randce i że Justin szuka pocieszenia w moich ramionach. Robi mi się niedobrze, gdy czytam artykuł, więc odsuwam od siebie sałatkę i blokuję telefon. Wypijam do końca wodę i sprzątam po sobie. Później idę do przedpokoju, zakładam czarne buty ala sneakersy na koturnie, łapię torebkę i opuszczam mieszkanie.
Mimo, że na zewnątrz jest pochmurno zakładam na nos okulary przeciwsłoneczne, zakrywając opuchnięte oczy. Wkładam słuchawki do uszu i idę w dół ulicy, bo okazuje się, że lakiernik znajduje się dwadzieścia minut ode mnie, a ja potrzebuję spaceru.
Gdy docieram na miejsce, szybko znajduję właściciela, pokazuje mu dokumenty, płacę za usługę i wyjeżdżam samochodem z warsztatu. Okazuje się, że nawet posprzątali mi w środku. To miłe z ich strony. Jadę w kierunku studia i czuję jak mój żołądek się zaciska. Kiedyś jeździłam tam z radością, dziś jadę zestresowana i smutna. Na parkingu przed studiem jestem po prawie półgodzinie. Biorę bluzę Justina, wysiadam z auta, zamykam go i zmierzam do wejścia. W recepcji wita mnie uśmiechnięta, ruda dziewczyna i wskazuje mi salę, gdzie trenują. Oczywiście nie musi tego robić, bo doskonale wiem gdzie to jest. Otwieram niepewnie drzwi i przez chwilę obserwuję jak Justin i tancerze tańczą nową część choreografii. Gdy Justin zauważa mnie w lustrze, zatrzymuje się i podnosi rękę, by zatrzymano muzykę. Wszyscy odwracają się w moją stronę i pierwsza podbiega do mnie Kaili, tuląc się do mnie.
- Faith! Co ty tu robisz? - piszczy.
- Przyszłam oddać bluzę Justinowi - odpowiadam spokojnie i całuję ją w policzek na przywitanie.
- Och, nawet nie wiesz jak jest tu pusto bez ciebie - wzdycha dziewczyna i przewraca oczami.
- Ma rację! - woła Nick, a za nim Jon, Luke i Ely.
- Ale widzę, że sobie radzicie - śmieję się.
Nagle przede mną staje Justin. Zauważa to Kaili i usuwa się w bok, mówiąc, że nie będzie przeszkadzać.
- Faith? Wszystko w porządku? - pyta Justin. Cholera, zapomniałam o oczach.
- Tak. Przyniosłam ci bluzę - mówię cicho i wyciągam ubranie w jego stronę.
- Mówiłem, że nie musisz jej oddawać - odpowiada, odbierając bluzę z moich rąk.
- Wiem, ale uznałam, że nie wypada jej zostawiać. - Wzruszam ramionami i robię krok w tył.
- Dlaczego płakałaś? - Justin nie wydaje się być tym zaskoczony. Albo się domyślił, albo Hugo mu powiedział.
- Nie chcę o tym mówić. - Kręcę głową. - Przyszłam tylko zwrócić ci bluzę. Będę już lecieć. - Mój głos jest cichy i lekko drży. Do cholery, uspokój się Faith.
- Dobrze. Rozumiem - odpowiada Justin i pozwala mi wyjść. Wiem, że powinnam pożegnać się z resztą, ale nie mam do tego głowy. Zmierzam do recepcji, ale nagle się zatrzymuje. O kurwa.
- Ty - syczy blondynka. - Ostrzegałam cię.
Shayla stoi przede mną i wskazuje na mnie palcem. Co ona u licha tu robi? Miała być w Miami!
- S-słucham? - Mrugam szybko powiekami.
- Miałaś się od niego odpierdolić. Myślałam, że jesteś na tyle rozsądna, że nie będziesz ze mną zadzierać. Jesteś głupią suką, Wihford - warczy, zbliżając się do mnie.
- Shayla, posłuchaj...
- Zamknij się! - krzyczy - Teraz ja mówię. Ty milczysz. Rozumiesz? Świetnie. - Uśmiecha się krzywo. - Prosiłam, straszyłam, dawałam do zrozumienia, żebyś trzymała się od niego z daleka, ale gdy tylko ja wyjeżdżam, ty biegniesz się z nim spotkać. Nie pozwolę ci mi go odebrać, rozumiesz? W przeciwnym razie, zniszczę cię. - Gdyby spojrzenie mogło zabijać, już dawno leżałabym martwa.
- Nie wiem o co ci chodzi - odpowiadam, najspokojniej jak potrafię.
- Kłamiesz! - krzyczy po raz kolejny.
- Co tu się dzieje? - nagle słyszę za sobą głos Justina. Jeszcze tego brakowało. - Shayla? Co ty tu robisz?
- Zaskoczyłam cie, co? Myślałeś, że jak wyjadę, będziesz mógł swobodnie spotykać się z tą dziwką? Niespodzianka - Shayla wyrzuca ręce w górę, udając radość.
- Przestań - warczy Justin.
- Bo co? Mówię jak jest, kochanie. Ona nie zajmie mojego miejsca, nigdy!
- Zdradziłaś mnie Shayla - oznajmia sucho Justin. - Ktoś zajął moje miejsce, a ty ze swojego sama zeszłaś.
- C-co? - Shayla jest autentycznie zaskoczona. - To nie tak Justin. To on...
- Nie obchodzi mnie to. Z dniem, w którym mnie zdradziłaś, straciłaś wszystko.
- Ale Justin, byłam pijana.
- To niczego nie tłumaczy. Brzydzę się tobą.
- A skąd mam wiedzieć, że ty nie zdradziłeś mnie z tą dziwką? - pyta ostro Shayla, to taka linia obrony.
- Ja się z nikim nie pieprzyłem, w przeciwieństwie do ciebie. A z tego co wiem, zdradzałaś mnie na długo, przed pojawieniem się Faith - Justin podkreśla moje imię.
- Justin, kochanie. - Shayla robi krok do przodu, a Justin krok w tył. Stoi teraz obok mnie. - Pomyśl o nas, o naszej przyszłości - błaga Shayla, patrząc na niego smutno.
- Wiesz, chyba zacznę myśleć o swojej. I zdaje się, że moja przyszłość właśnie stoi obok mnie. - Justin oplata mnie ramieniem w talii, a ja o mało co się nie przewracam.
Szczęka Shayli opada z hukiem w dół.
- Ale Justin... Ja... Ona... Przecież było nam tak dobrze.
- No właśnie, było. A teraz stąd wyjdź - nakazuje Justin, a ja nie jestem w stanie się ruszyć.
Shayla piorunuje nas wzrokiem i zaciska szczękę.
- Zniszczę was - warczy.
- Nie marnuj na to swojego cennego czasu. Źle na tym wyjdziesz. Obiecuję - prycha Justin i pociąga mnie do siebie, po czym odwraca się i zmierza w kierunku sali. Jestem zszokowana.
Cześć i czołem! Jednak rozdział pojawił się dzisiaj i musze się przyznać, że wyszło tak jak chciałam. Dostałam olśnienia i jestem szczęśliwa! Mam nadzieje, że i Wam się spodoba. Dziękuję, za tyle wyświetleń, jesteście cudowni! Zachęcam Was do komentowania, zostawiajcie mi swoje opinie! Dodawajcie też swoje usery do działu zakładki INFORMOWANI.
Milion buziaków!
V.
"FU"
Stoję na środku sali i nie mogę się ruszyć. Gdyby nie to, już dawno pobiegłabym za Justinem. Nie mogę uwierzyć, że stąd wyszedł. Zrobił ze mną to co zrobił, powiedział te koszmarne słowa i po prostu stąd wyszedł! Jednak moje przypuszczenia o tym, że jest dupkiem sprawdziły się. Ale ogarnia mnie smutek, kiedy dociera do mnie znaczenie jego słów. Dlaczego to jest koniec? Zrobiłam coś nie tak? Cały czas ciężko pracowałam, starałam się trzymać od niego z daleka, robiłam wszystko czego ode mnie oczekiwano i co mi z tego przyszło? Wyrzucenie z ekipy. Chce mi się płakać ze złości i głośno krzyczeć. Nagle, dzięki Bogu, wraca mi zdolność ruchu i podchodzę do torby, pakuję ją, zakładam na ramię i wychodzę prawie biegiem z sali, trzaskając za sobą drzwiami. W mgnieniu oka znajduję się na parkingu, otwieram samochód i wskakuję do środka. Jestem cała roztrzęsiona, a w oczach formują się łzy. Kurwa mać! Uderzam dłonią w kierownicę i zamykam oczy, głęboko oddychając. Jeszcze wczoraj mówił, że uwielbia ze mną tańczyć, a dziś mówi, że to koniec. Nawet nie wiedziałam kiedy tak nakręciłam się na ten teledysk, to było coś w rodzaju spełnienia marzeń. Zagryzam mocno wargę i wściekłość przejmuje władze nad moim ciałem oraz umysłem. Okej, skoro Justin tego chciał, jego sprawa. Ja na pewno się nie poddam, nie pokażę mu, że wygrał. Nie chcę go nigdy więcej widzieć, zranił mnie. A ja nie mam w zwyczaju utrzymywania kontaktu z ludźmi, którzy robią mi przykrość. Biorę kilka głębokich oddechów i unoszę w górę kąciki ust. Pieprz się Bieber!
Odpalam silnik i ruszam z parkingu, w stanie odrętwienia. Coś w podświadomości mówi mi, że wcale nie jestem tak silna, ale póki co ignoruję to. Poradzę sobie bez tej pracy, znajdę inną. Mogę pracować nawet w knajpie, wszystko mi jedno. Nagle w radiu zaczyna lecieć bardzo adekwatna do mojego nastroju piosenka, a ja chwytam za telefon i wchodzę na twittera.
Faith @faithwihford
I got two, ooh ooh letters for you. One of them is F and the other one is U. Cause what you gotta do, is go get yourself a clue!
Dodaję tweeta i uśmiecham się pod nosem. Może to dziecinne zachowanie, ale czuję się jakoś lepiej. Mam nadzieję, że Justin to zobaczy, bo te słowa skierowane są dokładnie do niego. Cholerny dupek. Po kilku minutach chce mi się z tego wszystkiego śmiać, nawet z samej siebie. To takie popieprzone, od początku to było skazane na porażkę, więc dlaczego nie zorientowałam się w porę? Wzdycham głośno i jak po chwili się okazuje, jestem pod apartamentowcem. Otwieram bramę garażową, wjeżdżam na podziemny parking, parkuję na swoim miejscu i wysiadam z wozu. Kilka minut później jestem w mieszkaniu i ściągam buty.
- Już jesteś? - Do przedpokoju wpada zaskoczona Angel.
- Jak widać. - Wzruszam ramionami i mijam ją, chcąc udać się do łazienki.
- Coś się stało? - Angel nie poddaje się tak łatwo i biegnie za mną.
- Hm, nic wielkiego. Justin wyrzucił mnie z ekipy i nie zatańczę w żadnym teledysku - mówię najspokojniej jak potrafię. Stawiam stopę na pierwszy stopniu, ale Angie zaczyna krzyczeć.
- Stój! - warczy. - Nie pójdziesz nigdzie, dopóki mi nie wyjaśnisz, jakim cudem nie jesteś w grupie.
Wzdycham głośno i odwracam się na pięcie, po czym podchodzę do kanapy, na którą opadam. Angel podchodzi do mnie i siada na fotelu, mierząc mnie wzrokiem.
- Mów - nakazuje.
- Chryste. Sama nie mam pojęcia dlaczego mnie wyrzucił. Tańczył ze mną, a potem powiedział, że to koniec i że nie zatańczę w żadnym teledysku. - Pomijam część o tym, jak Justin prawie mnie pocałował i patrzył na mnie z takim uwielbieniem... Nie chcę o tym mówić, chcę, żeby to była tylko moja tajemnica.
- Nie wierzę w to, że tak po prostu cię wywalił - kręci głową moja przyjaciółka. - Na pewno nic więcej się nie stało?
- Nie Angie, nic więcej - odpowiadam stanowczo. - Trzymałam się od niego z daleka, nie chciałam niczego komplikować. Ten teledysk był dla mnie pieprzoną szansą i okazją. Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, ale jestem wściekła. A teraz przepraszam cie, ale chcę się umyć i położyć. Nie spałam dobrze ostatniej nocy - ostatnie zdanie wypowiadam łagodniej.
Angie mierzy mnie wzrokiem i widzę w jej oczach troskę.
- W porządku, dobrze - odpowiada wreszcie. - Nie jesteś głodna?
- Niekoniecznie - uśmiecham się blado i idę w kierunku swojego pokoju, gdzie zostawiam torbę i biorę piżamę.
W łazience postanawiam wziąć odprężającą kąpiel, której chyba potrzebowałam od dawna. Zalałam sobie olejków eterycznych do wody, które powodują, że cała się relaksuję. Mam ze sobą ulubioną książkę, a w telefonie puściłam sobie płytę Tinashe, której głos wręcz ubóstwiam. Rany, ale mi dobrze. Cała złość, żal i rozgoryczenie poszły w zapomnienie i jedyne co teraz czuję to rozkosz. Odkładam na bok książkę i biorę telefon do ręki, by zmienić piosenkę. Wtedy odzywa się mój twitter, mówiąc o tym, że mój ostatni tweet został podany dalej. Wchodzę w aplikację i widzę, że zaobserwowali mnie Kaili, Cassy, Za i Fredo. Wow, to miłe. Kaili podała też mój wpis dalej, przez co uśmiecham się jeszcze szerzej do ekraniku. Wchodzę na profil Kaili, zobaczyć co u niej i widzę, że dała rt również wpisowi od Justina. Och, pojawił się kilka minut temu.
Justin Bieber @justinbieber
"So please don't judge me
And I won't judge you
Cause it could get ugly
Before it gets beautiful"
Patrzę na to kilka chwil i zastanawiam się, czy to jakaś odpowiedź. Justin widział mój tweet? Interesujące. Zagryzam wargi i odkładam telefon. Nie mam ochoty dzisiejszego wieczoru dołować i wkurzać się jeszcze bardziej. Justin jest nieodkrytą kartą. Wciąż nie wiem co mu siedzi w głowie i wychodzi na to, że nigdy się nie dowiem. Przejeżdżam dłońmi po twarzy, zamykam oczy i odchylam głowę w tył, odcinając się zupełnie od świata.
Gdy wieczorem siedzę na łóżku w krótkich spodenkach od piżamy i bluzie Todda, patrzę przez jakiś czas na widok za oknem, który zapiera dech w piersiach. To miasto tętni życiem całą dobę i to w nim kocham. Światła budynków przepięknie oświetlają ulice, a rozgwieżdżone niebo dodaje szczypty magii. Chciałabym kiedyś móc podziwiać taki widok z kimś dla kogo będę najważniejsza, z kimś kto będzie miłością mojego życia, z kimś z kim będę mogła iść przez życie. Zastanawiam się, czy znajdę kogoś takiego w tym szalonym, niezbadanym mieście. Chyba jednak najpierw muszę zacząć od poszukiwań szczęścia, które da mi poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Bardzo mi tego brakuje, bo od kilku ostatnich lat nie czułam nic poza stresem, bólem, zagubieniem i przelotną radością. Ostatniego chłopaka miałam w wieku szesnastu lat, starszego od siebie i pomimo, że darzyłam go ogromnym uczuciem to, to co zaczęło się dziać później w moim życiu, stanęło nam na przeszkodzie. Nie winię go za to, że odszedł. Potrzebował dziewczyny, która będzie w stanie poświęcić mu większość czasu, a ja po śmierci Todda uległam rażącej zmianie i długo walczyłam, żeby wrócić do dobrego stanu. Ale do dzisiaj w moim sercu Chris, bo tak ma na imię, zajmuje pewną część. Nigdy nie zdołałam mu wszystkiego wyjaśnić, nie miałam okazji go nawet przeprosić, bo wyjechał z Dallas na studia, sama już nie wiem gdzie. Mam tylko nadzieję, że dobrze mu się wiedzie.
W końcu, po jakimś czasie kładę głowę na poduszce i zamykam oczy, marząc o śnie. Angel też poszła się położyć wcześniej, bo podobno miała dzisiaj męczący dzień. Czuję się okropnie, z faktem, że nie interesuję się teraz tym co dzieje się w jej życiu, ale postanawiam jutro wypytać ją o wszystko. Słaba ze mnie przyjaciółka.
Następnego dnia budzę się wypoczęta i z wysokim wskaźnikiem szczęścia na dzisiaj. Promienie słońca wpadają przez okno do mojego pokoju i uśmiecham się lekko, bo dziś znów czeka nas słoneczny dzień. Spoglądam na zegarek i widzę, że jest po dziewiątej. Przeciągam się leniwie, wzdycham głośno i wstaję w końcu z łóżka. Wyciągam z szafy bieliznę, dresy sięgające trochę za kolano, białą koszulkę i bluzę z kapturem. Na chwilę obecną nie mam w planach nigdzie wychodzić. Robi mi się przykro na myśl, że pewnie teraz zbierałabym się na próbę. Ciekawe czy w ogóle Justin powiedział Nickowi o tym, że mnie zwolnił. Myślę też o wynagrodzeniu, które powinnam dostać, mimo iż byłam tylko na dwóch próbach. Zresztą teraz wszystko mi jedno, sama nie wiem, czy chcę dostać pieniądze od tego człowieka. Zranił mnie.
Wchodzę do łazienki, myję twarz i zęby, szczotkuję włosy i ubieram się. Biorę czarną spinkę z szuflady i spinam nią włosy, zostawiając z przodu kilka luźnych kosmyków. Następnie schodzę na dół i jestem tam sama. Angel pewnie jeszcze śpi, albo poszła pobiegać. Przypominam sobie, że kiedyś chciała iść ze mną na siłownię, więc teraz skoro będę mieć więcej czasu, bardzo chętnie się z nią tam wybiorę.
Otwieram lodówkę i wyjmuję z niej jajka, masło oraz warzywa. Mam ochotę na jajecznicę i tosty, wprost szampańskie śniadanie. Wyciągam patelnię, wkrawam na nią spory kawałek masła, a gdy się roztapia, wlewam wcześniej wymieszane ze sobą żółtka i białka. Mieszam to przez chwilę, a następnie wyciągam dwie kromki chleba tostowego, smaruję je masłem i wrzucam do tostera. W między czasie pilnuję, by jajecznica za bardzo się nie ścięła i kiedy uznaję, że jest gotowa wyłączam kuchenkę. Tosty wyskakują, nakładam na nie pomidora, paprykę i ogórka, i chwilę później moje śniadanie jest gotowe. Nalewam sobie jeszcze do szklanki soku pomarańczowego i w w końcu siadam przy wyspie, by zacząć jeść.
Już prawie kończę, kiedy do domu wchodzi Angel. Tak jak sądziłam, poszła pobiegać.
- Mmm, ale ładnie pachnie! - woła z korytarza. - Dla mnie też coś masz?
- Przepraszam, nie wiedziałam, że nie jadłaś. Ale poczekaj chwilę, to zaraz ci zrobię.
- Daj spokój - śmieje się Angie. - Żartowałam. Nie poszłabym biegać na pusty żołądek.-Podchodzi do mnie i kradnie z kanapki kawałek papryki.
Uśmiecham się do niej lekko i biorę do ust ostatni kęs jajecznicy.
- Swoją drogą, mamy tu całkiem ładną okolicę do biegania - mówi Angie, upijając łyk z mojej szklanki. - Masz jakieś plany na dzisiaj?
- Będę szukać jakiejś pracy - odpowiadam i zeskakuję z krzesła, niosąc talerze do zmywarki. - A ty?
- Mam popołudniu spotkanie w agencji - mówi Angie i opiera się o blat.
- Przepraszam, że nie interesowałam się tym ostatnio. - Patrzę na nią smutno. - Opowiedz mi, co się dzieje z twoją karierą. - Puszczam jej oczko i uśmiecham się pokrzepiająco.
- Nic się nie dzieje, Faithie. W końcu sama masz swoje problemy na głowie - odpowiada Angie i odwzajemnia uśmiech. - Więc... Za dwa dni mam pierwszą sesje! Rozumiesz! Jakiś magazyn modowy chce mnie do sportowej sesji! - piszczy Angel z radością, a ja widzę w jej oczach szczęście.
- Rany, Angie. Jestem z ciebie taka dumna. - Podchodzę do niej i przytulam ją z całych sił. W moich oczach zbierają się łzy, więc zaciskam mocno powieki, by się nie rozpłakać.
- To jest niesamowite - wzdycha, gdy odsuwam się od niej. - W ciągu kilku dni, moje życie nabrało takich kolorów i ogromnego tempa. To spełnienie marzeń.
Patrzę na nią i nie mogę powstrzymać już dłużej łez. Zaczynają spływać po moich policzkach, a ja nawet nie fatyguję się, by je zetrzeć.
- Faithie, co się dzieje? - Angie łapie mnie za rękę i przygląda mi się uważnie. - Wszystko w porządku?
- Tak. - Kiwam głową. - Po prostu jestem szczęśliwa, że tak dobrze ci idzie. Przynajmniej dla ciebie to miasto okazało się hojne. - Uśmiecham się krzywo i ściskam jej dłoń.
Angel przygląda mi się przez kilka chwil, jak gdyby upewniając się, czy nie kłamię. Ale ja jestem z nią szczera. Mnie w końcu też uda się znaleźć szczęście w tym mieście, ale widocznie jeszcze nie teraz. Wzdycham głęboko i czuję w sercu ucisk, gdy moja przyjaciółka ociera łzy z mojej twarzy.
- Jesteś najlepszym, co mi się w życiu przytrafiło - szepcze Angie i pociąga mnie do uścisku. Chowam twarz w zagłębieniu jej szyi i biorę kilka uspokajających oddechów. Już mi lepiej.
- Bardzo cię kocham - odpowiadam równie cicho i odsuwam się od niej. Zagryzam wargę i rękawem bluzy ocieram policzki.
- Już okej? - pyta Angie.
- Tak - odpowiadam. - Wezmę się za jakieś sprzątanie, a potem poszukam pracy - mówię bardziej do siebie.
- Poczekaj, wezmę prysznic, przebiorę się i ci pomogę.
- Okej. - Uśmiecham się i idę do pomieszczenia gospodarczego, by wyciągnąć potrzebne mi środki czystości.
Angie odwraca się i wchodzi do łazienki na dole, a ja idę do swojego pokoju, by od niego rozpocząć sprzątanie. Wcześniej jednak włączam płytę Maroon 5, którą ja i Angel uwielbiamy. Głośniki rozłożone w pokoju są dobrej jakości i dzięki nim, dźwięk wypełnia całe mieszkanie. Cudownie.
Kiedy jestem w pokoju, zaczynam od pościelenia łóżka, potem przechodzę do wytarcia kurzu z mebli, sprzątam szafę i układam kosmetyki na toaletce. Myję lustra i słyszę, że Angel wyszła z łazienki i wchodzi do swojego pokoju. Po chwili wraca ubrana w dresy i luźną koszulkę.
- Zajmę się kuchnią i dużym pokojem na dole - oznajmia.
- Okej, wezmę łazienki i mycie podłóg. Możesz odkurzyć - decyduję i podciągam rękawy bluzy.
- Jasne - śmieje się Angie i schodzi na dół.
Zabieram płyny i przechodzę do łazienki, nucąc pod nosem piosenkę, która właśnie leci z głośników. Zaczynam od umycia umywalki oraz blatu wokół niej, a później biorę się z wannę. Kiedy czyszczę szybę, którą należy rozłożyć, gdy bierzemy prysznic słyszę dzwonek do drzwi. Kto to może być?
- Faith, to do ciebie! - woła z dołu Angel, a ja niechętnie zostawiam sprzątanie i zbiegam na dół. W przedpokoju stoi młody chłopak z dwoma koszami róż i uśmiecha się szeroko.
- Przesyłka dla pani - oznajmia wesoło i wyciąga w moją stronę kartkę i długopis. - Proszę pokwitować odbiór.
- Od kogo one są? - pytam beznamiętnie, patrząc na białe i blado różowe kwiaty.
- Nie mogę tego powiedzieć. To tajemnica - chłopak wzrusza przepraszająco ramionami. Po chwili zauważam, że w jednym z koszy umieszczony jest liścik. Zaciskam wargi i podchodzę bliżej, by móc go wyciągnąć. Otwieram kopertę i czytam treść wiadomości.
"Faith!
Przepraszam za moje wczorajsze zachowanie. Powinienem ci wyjaśnić, dlaczego tak zadecydowałem. Nie mogę przestać o tym myśleć i zaufaj mi - nie chciałem Cię zwalniać. Będzie mi brakowało Ciebie na dzisiejszej próbie. Może miałabyś ochotę się spotkać i porozmawiać? Chciałbym Cię przeprosić na żywo. Odezwij się.
Justin"
Prycham i lustruję spojrzeniem dostawce kwiatów.
- Może je pan wziąć z powrotem. I niech pan przekaże nadawcy, żeby dał mi święty spokój.
Chłopak unosi brwi w szoku, a ja kręcę głową.
- Nie masz na sobie logo jakiejkolwiek firmy dostawczej, wiem, że jesteś od niego. Zabieraj kwiaty i znikaj stąd - mówię chłodno i wracam do swojej pracy, ignorując zaskoczone spojrzenia Angel i naszego gościa.
Wkurzyłam się. Okej, to było miłe z jego strony, ale do jasnej cholery. Nienawidzę jego pieprzonej bipolarności. Zwalnia mnie, a za chwile wysyła kwiaty i mówi, że ma wyrzuty sumienia. Mam je gdzieś. Mam jego całą osobę gdzieś. Nie potrzebuję tych kwiatów, niech da je swojej kopniętej dziewczynie, a ode mnie się odczepi. Jestem już nim zmęczona, wolałabym nigdy go nie poznać. Byłoby mi o wiele łatwiej. Siadam na krawędzi wanny i chowam twarz w dłoniach, starając się uporządkować rozbiegane myśli. Co ja mam jeszcze zrobić? Jak długo to będzie trwać? Dlaczego on się mną tak przejmuje? Mam tak wiele pytań, a zdaje się, że nigdy nie poznam na nie odpowiedzi. To powoduje u mnie smutek. Jestem na granicy rozbicia.
- Wszystko okej? - z rozmyślań wyrywa mnie głos Angel.
Mrugam kilkakrotnie i zaciskam wargi.
- Um, tak - mówię bez przekonania.
- Właśnie widzę - Angie siada na podłodze przede mną i łapie za łydki. - Te kwiaty były od Justina, prawda?
Kiwam głową. Nie mam siły jej odpowiedzieć, zresztą sam ruch głową jest wystarczający.
- Co było w tym liściku? - odzywa się ponownie Angie.
- Przeprosił mnie i spytał, czy nie miałabym ochoty się z nim spotkać - mruczę i wzruszam ramionami, patrząc na dłonie. - Odpowiedź jest prosta - nie.
- Ale dlaczego? Faith, jemu naprawdę musi być przykro skoro wysyła ci kwiaty i prosi o spotkanie.
- Angel, on mnie zranił swoim zachowaniem. Dlaczego wczoraj nie było mu przykro? To popieprzone - mówię z nutką złości.
- On cię chroni - rzuca Angel, a ja podnoszę na nią swój zaskoczony wzrok.
- Co? - prycham. - To niedorzeczne.
- Ty naprawdę jesteś taka głupia, czy tylko taką udajesz? - pyta retorycznie, z wyraźnym rozdrażnieniem. - Chroni cię przed tą wariatką, Shaylą. Nie pamiętasz już, co powiedziała w knajpie? Boi się, że stanie ci się krzywda. To nie jest jego wina.
- Ale chce się ze mną spotkać. Teraz się nie boi, że Shayla się o tym dowie? - pytam, unosząc brew. Mam ją.
- Skoro o to prosi, musi mieć pewność, że Shayla wam nie zagraża - odpowiada spokojnie Angel. - Nie jest jeszcze na tyle bezmyślny, tak sądzę.
Gdy słucham mojej przyjaciółki dochodzi do mnie, że ma rację. Wszystko zaczyna się układać w logiczną całość. Może on faktycznie nie chciał mnie zwalniać. Przełykam ślinę i zagryzam wargę. Nie powinnam tak ostro reagować, chyba muszę go przeprosić.
- Co mam zrobić? - pytam Angel.
- Spotkaj się z nim i pozwól mu wszystko wyjaśnić - odpowiada Angel takim tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
Chcę odpowiedzieć, ale odzywa się mój telefon. To Eddie. Unoszę rękę i odbieram.
- Halo.
- Cześć piękna! - wita się Eddie. - Znalazłem tego lakiernika, jest całkiem niedaleko was. Chcesz żebym podjechał i wziął twój samochód do niego?
- Rany, a mógłbyś? - pytam z nadzieją. Dzisiaj naprawdę nie mam ochoty na załatwianie takich spraw.
- Jasne, wszystko dla mojej przyjaciółki z południa - śmieje się, a ja nie mogę do niego nie dołączyć.
- Jesteś najlepszy, Eddie - mówię w końcu.
- Powiedz mi coś, czego nie wiem - odpowiada z udawaną dumą w głosie. - Dobra, skarbie. Dzwoniłem tylko po to, żeby ci o tym powiedzieć. Mam następny kurs. Odezwę się późnym popołudniem! Buziaki! - woła chłopak i nim mam możliwość odpowiedzieć, rozłącza się.
- Co tam? - pyta Angie, gdy odkładam komórkę na kolana.
- Eddie dzwonił powiedzieć, że znalazł lakiernika - odpowiadam spokojnie.
- Okej - kiwa głową. - Więc co zamierzasz?
- Dam mu samochód i niech tam jedzie, sam się zaoferował - wzruszam ramionami.
- Nie z tym głuptasie. - Kręci głową Angie. - Co z Justinem?
Biorę głeboki oddech i zbieram myśli.
- Spotkam się z nim - odpowiadam i wypuszczam z ust powietrze.
- Świetnie, misja zakończona sukcesem. - Cmoka Angel i wstaje z podłogi, całując mnie w głowę.
Uśmiecham się do siebie i wracam do sprzątania łazienki. Po dwudziestu minutach pomieszczenie wręcz lśni czystością, za co gratuluję samej sobie. Nagle moja komórka na nowo się odzywa, tym razem informując o aktywności na Twitterze. Wyjmuję ją z kieszeni, odblokowuję i widze wiadomość. Od Niego.
Justin Bieber @justinbieber
Faith, prosze. Pozwól mi to wyjaśnić. Nie odrzucaj mnie. Kwiaty już do mnie wróciły.
To krótka wiadomość, ale widzę, że jest mu przykro. Troche mi go szkoda, ale potem uświadamiam sobie, że przecież ja czułam się przez niego tak samo.
Faith @faithwihford
W porządku, możemy się spotkać. I przepraszam, że odesłałam kwiaty. Były przepiękne.
Dosłownie po minucie otrzymuję odpowiedź.
Justin Bieber @justinbieber
Naprawdę? Nie masz pojęcia jak się cieszę. W takim razie może być o 20 pod 'Yamato'? To dobra japońska knajpa.
A co do kwiatów, to w porządku. Nic się nie stało.
Rany, ależ on potulny. Chyba rzeczywiście strasznie zależy mu na tym spotkaniu. Oblizuję wargi i odpisuję.
Faith @faithwihford
Okej, będę punktualnie. Do zobaczenia, Justin.
Chowam telefon spowrotem do kieszeni i schodzę na dół, by zająć się dolną łazienką. Angie właśnie odkurza przedpokój, więc mam niewiele czasu. Postanawiam się sprężyć.
Po 4 kończymy sprzątanie. Mieszkanie lśni i pachnie, a my jesteśmy zadowolone z efektów. Angel pobiegła wziąć jeszcze raz prysznic i ubrać się na spotkanie, a ja idę się przebrać, by iść na zakupy. Ubieram jasne dżinsy i biały podkoszulek, włosy wiążę w kucyka i schodzę na doł. Angel właśnie kończy się malować i krzyczy, bym na nią poczekała. Gdy pojawia się w przedpokoju, uśmiecham się na jej widok. Ma na sobie dopasowane, imitujące skórę czarne spodnie, biały, sięgający do ud t-shirt i czarną torebkę. Wygląda ładnie i stylowo. Zakładam na stopy spotowe buty, a Angie czarne botki. Obie wychodzimy z mieszkania, żegnamy się i każda z nas idzie w swoją stronę. Gdy jestem na zewnątrz, zakładam okulary na nos i dumnie kroczę przed siebie. Lubię to miejsce.
W sklepie spędzam niecałe półgodziny i wracam obładowana siatkami. Następnym razem naprawdę wezmę samochód. Wypakowuję zakupy, chowam to co należy do lodówki i biorę sobie jabłko, by coś zjeść. Nie chcę szykować sobie obiadu, bo po pierwsze mogę później nic nie zjeść na kolacji z Justinem, a po drugie zaczynam się denerwować, a co za tym idzie, mój żołądek jest ściśnięty.
Kilka kolejnych godzin mija mi na krzątaniu się po domu i leżeniu przed telewizorem. O 18 wpada Eddie po klucze od samochodu i wtedy uznaję, że musze zacząć się zbierać. Okazuje się, że samochód dostanę dopiero jutro, więc muszę złapać taksówkę, by dostać się na miejsce.
Idę pod prysznic, gdzie myję włosy oraz ciało. Gdy wychodzę z kabiny, wycieram się, suszę włosy, balsamuję ciało i wreszcie idę się ubrać. Zakładam na siebie jasną bieliznę, ciemne dopasowane dżinsyałą i białą, oversizową koszulkę. Siadam przy toaletce, nakładam podkład na twarz, maluję rzęsy i przeciągam usta błyszczykiem. Bardziej lubię naturalny makijaż od tego mocniejszego. Ten drugi nadaje się na imprezy. Używam ulubionych perfum, zakładam okulary korekcyjne na nos i schodzę na doł. Wyciągam czarną torebkę z szafy, wrzucam do niej porftel, dokumenty i inne potrzebne rzeczy, zakładam jasnobrązowe botki z frędzelkami na kostce na stopy i wychodzę z mieszkania. Mimo, że jest po 19, na zewnątrz jest wyjątkowo ciepło. Nie jestem tym zaskoczona, bo w Teksasie jest to na porządku dziennym. Udaje mi się prawie od razu złapać taksówkę, z czego jestem ogromnie zadowolona. Podaję kierowcy nazwę restauracji, bo niestety nie mam pojęcia jaki ma adres. Dzięki Bogu, taksówkarz wie gdzie leży 'Yamato' i wiezie mnie w tamtym kierunku. Cała się trzęsę na myśl, że lada chwila spotkam sie z Justinem. Moja pewność siebie została w domu, a ja w tej chwili szaleńczo jej potrzebuje. Kierowca nagle zatrzymuje się i mówi, że jesteśmy. Jak to?! To już? O rany. Zerkam na zegarek i widzę, że jestem idealnie na czas. Wyjmuję z portfela banknot i podaję kierowcy, po czym wysiadam powoli z samochodu. Biorę głęboki oddech i zmierzam w kierunku wejścia do knajpy, licząc, że Justin gdzieś tam jest i szybko go odnajdę.
Kiedy zbliżam się do schodów, nagle słyszę za sobą jego głos.
- Faith - mówi krótko, a ja odwracam się jak na zawołanie.
- Justin - odpowiadam cicho, patrząc na niego. O cholera. Ma na sobie dopasowaną, długą bokserkę, która podkreśla jego mięśnie, czarne spodnie z luzem w kroku i obcisłymi łydkami, bladoczerwone trampki, czapkę, łańcuch i okulary przeciwsłoneczne. Wygląda... bardzo seksownie.
- Ciesze się, że przyszłaś. - Posyła mi błyszczący uśmiech i zbliża się, po czym kładzie dłoń na lędźwiach i lekko odwraca w kierunku wejścia. - Chodźmy, zgłodniałem.
Kiwam głową i wychodzę razem z nim po schodach. Obok nas, dyskretnie idzie jeden z jego ochroniarzy i rozgląda się dookoła, patrolując teren.
- Panie Bieber, paparazzi tu są - oznajmia, a ja o mało nie zamieram. Nie, tylko nie to. Teraz rozpęta się piekło. Wiedziałam, że to był zły pomysł.
- W porządku, dziękuję Mikey - Justin zwraca się do swojego ochroniarza i kiwa głową.
W porządku? On naprawdę uważa, że obecność paparazzich jest w porządku?
- Justin, nie sądzę, by paparazzi wiedzieli w jakim celu tutaj przyszliśmy. Znów posądzą cię o zdradzanie Shayli ze mną.
- Przestań się już nią przejmować - rzuca Justin, przepuszczając mnie w drzwiach.
- Przejmuję się bardziej tym, że moja opinia nie będzie zbyt dobra - mówię z rozdrażnieniem. Jak on może tak lekceważąco do tego podchodzić?
Justin bierze głęboki oddech i ściąga okulary.
- Wczoraj Shayla mnie zdradziła - mówi wreszcie.
- Och. - Tylko tyle jestem w stanie z siebie wydusić. Jestem zaskoczona.
- Ona jeszcze nie wie, że ja wiem. Wyjechała do Miami na kontrakt i nie będzie jej jakiś czas. - A więc to dlatego nie bał się mnie zaprosić.
- Rozumiem. - Kiwam głową i siadam przy stoliku, do jakiego mnie zaprowadził.
Nagle zjawia się przy nas młoda kelnerka i podaje nam karty, gapiąc się przy tym na Justina.
- Nie męczy cię to? - pytam, gdy dziewczyna znika.
- Ale co? - Justin podnosi wzrok z karty.
- To, że ludzie się tak na ciebie cały czas gapią. Jakbyś był czymś nie z tej Ziemii.
- Na początku owszem, wkurzało mnie to, ale z biegiem czasu przyzwyczaiłem się. To część mojej pracy - odpowiada łagodnie i uśmiecha się.
- Oczywiście - odpowiadam i wybieram danie.
Po kilku minutach oboje jesteśmy zdecydowani i Justin gestem dłoni, przywołuje kelnerkę. Składamy zamówienia i oddajemy karty.
- Napijesz się? - pyta Justin, wskazując na karafkę z białym winem, który podała nam wcześniej młoda kelnerka.
- Chętnie - odpowiadam i obserwuję, jak chłopak chwyta kieliszek i nalewa do niego wina.
- Ty nie pijesz? - pytam, gdy podaje mi kieliszek i przez moment nasze palce się stykają. Ach, to przyjemne.
- Prowadzę - mówi spokojnie i nalewa sobie wody do szklanki.
- Rozumiem. - Uśmiecham się i czekam, aż Justin coś powie, a w między czasie rozkoszuję się smakiem wina.
- Nie chciałem cię zwalniać, Faith - odzywa się nagle. - Zrobiłem to, bo nie chciałem, żeby Shayla zrobiła ci coś złego. Naprawdę się przestraszyłem, kiedy usłyszałem, że to ona porysowała ci samochód. Wiedziałem, że jest porywcza, ale nie do tego stopnia. Przepraszam Faith.
- To nie twoja wina, Justin. Jest okej - uśmiecham się lekko i patrzę w jego oczy. Są przepiękne.
- Ale czuję się za nią odpowiedzialny - odpowiada.
- To w końcu twoja dziewczyna - mówię, chociaż teraz nie jestem tego taka pewna.
- Nigdy nią nie była. - W głosie Justina słyszę zdecydowanie.
- Jak to? - unoszę brew. - Nie rozumiem.
- To ona uważa, że jesteśmy w związku. Ja nie traktuję jako związeku, czegoś co opiera się na dobrym seksie i wiecznych kłótniach - wzrusza ramionami. - Już ci mówiłem. Jest dobrą laską, a ja lubię je mieć koło siebie. Poza tym, dzięki mnie trochę się wybiła.
- Więc łączy was tylko łóżko? - pytam z lekkim niedowierzaniem.
- Dokładnie.
- To dlaczego zabierasz ją wszędzie ze sobą? - pytam ponownie.
- To coś w rodzaju układu. Ona ze mną sypia, a w zamian za to zabieram ją ze sobą w różne miejsca. Na początku wydawało mi się, że może coś z tego będzie, ale potem... Potem pokazała pazurki i przestało mi się to podobać.
- Więc dlaczego złościsz się, że cię zdradziła?
- A kto powiedział, że się złoszczę? Wiedziałem, że prędzej czy później do tego dojdzie. Cierpliwie czekałem, aż to się wydarzy, a w tym czasie miałem ją dla siebie na wyłączność. Jej się to podobało, ale jak widać, czegoś jej zabrakło.
- To chore - mówię, krzywiąc się.
- Owszem, masz rację. Ale mnie też czegoś brakuje. - Justin cały czas na mnie patrzy, tak jakby starał się wyczytać cokolwiek z moich myśli
- Czego?
- Wiesz, takie przelotne związki są fajne przez jakiś czas. W ostanim okresie nie miałem czasu na angażowanie się, bo i nie było z kim. Chcę po prostu być szczęśliwy. - To tak jak ja, myślę sobie.
- A nie jesteś?
- Nie w ten sposób, w jaki bym chciał - wzrusza ramionami i poprawia się na krześle.
Kelnerka przynosi nasze jedzenie i stoi przez chwile przy nas. Justin patrzy na nią i unosi brwi, po czym odzywa się.
- Coś się stało?
- N-nie - jąka się dziewczyna i znika. Boże, to naprawde uciążliwe.
- Smacznego - mówię i biorę pałeczki do rąk.
- Smacznego - odpowiada Justin i zabiera się za jedzenie.
Kolacja mija nam w naprawde świetnej atmosferze. Co jakiś czas śmieję się razem z Justinem i mam okazję podziwać jego piękno. Jest naprawdę fantastycznym facetem, kiedy jest sie z nim sam na sam. Nie czuję napięcia, które towarzyszyło mi przed spotkaniem, ale możliwe, że jest to spowodowane tym, że wypiłam już dwa kieliszki wina i jestem w trakcie trzeciego.
- Jeśli chesz mnie upić, to idzie ci całkiem dobrze - mówię wesoło i opieram się wygodnie.
- Jesteś piękna, - mruczy Justin z rozbawieniem. - Nawet kiedy jesteś troche wstawiona.
- Nie jestem! - mówię stanowczo. - Ale jak tak dalej pójdzie, to wszystko możliwe. - dodaję i odsuwam od siebie kieliszek.
- Dobra decyzja - śmieje się Justin i woła kelnerkę, by przyniosła nam rachunek.
Dziewczyna zjawia się przy nas z małą książeczką i zostawia go na stole.
- Ile mam zapłacić? - pytam, sięgając po portfel.
- Nawet nie waż się wyciągać pieniędzy. To ja zaprosiłem cię na kolację i to ja będę płacić - mówi stanowczo i chłodno, więc postanawiam odpuścić. Nie mam ochoty się dziś kłócić.
Justin wyciąga z kieszeni pieniądze, kładzie wkłada je do książeczki i wstaje, by odsunąć mi krzesło. Wstaję od stołu, zabieram torebkę i zmierzam za nim w kierunku wyjścia. Czuję spokój. Nie spodziewałam się, że to będzie tak przyjemne spotkanie.
- Spieszy ci się do domu? - pyta Justin, gdy wychodzimy na zewnątrz.
- Nie bardzo - uśmiecham się lekko i potrząsam głową.
- Świetnie - oznajmia. - Pojedziesz ze mną? - pyta, gdy schodzimy po schodach.
- W porządku. Gdzie? - zerkam w jego stronę i poprawiam włosy.
- Do mnie - odpowiada z łobuzerskim uśmieszkiem i prowadzi mnie w kierunku swojego samochodu. A niech mnie.
Cześć skarby! Przepraszam, że tak późno dodaję rozdział, ale miałam lekkie obsunięcie w czasie. Z góry mówię, że rozdział nie jest taki, jaki chciałabym, żeby był. Zrozumiem, jeśli Wam też nie przypadnie do gustu. Mam nadzieje, że mi to wybaczycie.
Chciałam wam podziękiwać za tyle tysięcy wejść i za tak wiele komentarzy. Jesteście cudowni. Mam nadzieje, że komentarzy będzie jeszcze więcej, bo po ostatnim rozdziałem naprawdę się popisaliście. To ogromnie miłe, czytać to wszystko co piszecie. Mam nadzieje, że i tym razem też tak będzie. No, to by był ona tyle. Do następnego!
Love,
V.
"Przepraszam."
Chce mi sie krzyczeć ze złości, kiedy przypominam sobie o tym cholernym zarysowaniu. Ta pieprzona kreska ciągnie się przez całą długość samochodu, a fakt, że to moja pierwsza szkoda sprawia, że czuję się przybita jeszcze bardziej. Nie mam pojęcia kto i dlaczego to zrobił, przecież nikomu nie zaszłam za skórę, znam tu dopiero kilku ludzi ! Zatrzymuję się na światłach i opieram łokieć na szybie, wzdychając ciężko. Muszę zadzwonić do Eddiego, bo może on będzie wiedział, gdzie można usunąć tę rysę. Ponieważ zapowiada się, że postoję w korku, wybieram jego numer, a zestaw głośnomówiący automatycznie się włącza. Niestety, Eddie nie odbiera, więc nagrywam mu się, by do mnie oddzwonił, gdy będzie mógł.
Odkładam telefon na siedzenie obok i stukam palcami o kierownice w rytm piosenki, która leci w radiu. Marzę o prysznicu, więc nie obraziłabym się, gdybyśmy już ruszyli do przodu. Powoli zaczyna zmierzchać i dzięki temu mam śliczny widok na zachód słońca, kiedy stoję w korku. Nagle odzywa sie moja komórka, informując mnie o nowej wiadomości na Twitterze. Unoszę brew, wiedząc od kogo ona jest.
Justin Bieber @justinbieber
Wpadnij do nas, proszę. Będzie fajnie :)
Biorę głęboki oddech i odpisuje mu, tracąc całkowicie sile na cokolwiek.
Faith @faithwihford
Dziękuję Justin, ale nie. Nie mam humoru na takie spotkania towarzyskie, a poza tym jestem zmęczona.
Mam nadzieje, że da sobie spokój. Nie chce nigdzie z nimi wychodzić. Kilka chwil później otrzymuje odpowiedz.
Justin Bieber @justinbieber
Coś się stało? Kiedy wychodziłaś, byłaś uśmiechnięta.
Ugh! Męczą mnie jego wywiady ze mną. Co go to do cholery interesuje? Nie mam obowiązku spowiadania mu się z tego co się dzieje w moim życiu. Mimo to, postanawiam odpowiedzieć mu zgodnie z prawda.
Faith @faithwihford
Ktoś zarysował mój samochód.
Kolejna wiadomość przychodzi dosłownie po minucie.
Justin Bieber @justinbieber
Przykro mi. Może to przez przypadek?
Naprawdę? On uważa to za przypadek? Gdyby rysa była mniejsza mogłabym również tak pomyśleć, ale ta cholerna linia ciągnie się przez cały samochód! Odpisuje mu i jestem oficjalnie rozdrażniona.
Faith @faithwihford
Nie wiem, nieważne. Nie chce o tym mówić. Bawcie się dobrze, cześć.
Dzięki Bogu samochody zaczynają ruszać się do przodu i jest nadzieja na to, że będę całkiem niedługo w domu. Słyszę jeszcze powiadomienie na twitterze, ale zamiast na nie zareagować, na panelu w samochodzie wybieram numer Angie, bo jest już tam zapisany. Kocham tę technologie, bo ona ułatwia mi życie, naprawdę.
- Halo? - po kilku sygnałach słyszę głos dziewczyny.
- Jak tam? Kiedy będziesz w domu? - pytam, starając się nie okazywać mojego podłego nastroju.
- Właśnie miałam do ciebie dzwonić. Będę dziś później niż zazwyczaj, pan Levis umówił nas na jakieś spotkanie - wyjaśnia, a w jej głosie słyszę nutkę niepewności.
- Och, okej. W porządku - odpowiadam spokojnie, ale w środku czuję delikatne ukłucie rozczarowania. Nie jestem na nią zła, broń Boże. Po prostu chciałam z nią pogadać o tym co się wydarzyło.
- Na pewno? - pyta Angie.
- Tak, na pewno. Super, cieszę się, że tak dobrze ci idzie - mówię szczerze. - Widzimy się w domu, buziaki.
- Kocham cie, Faithie.
- Ja ciebie też, powodzenia! - wołam i rozłączam się.
Zaciskam powieki i odchylam głowę w tył. Muszę się uspokoić i nie robić z tego zarysowania wielkiego halo. W końcu to nic poważnego. "No nareszcie, nie sądziłam, że jesteś taką panikarą" syczy moja podświadomość. Och, tęskniłam za tobą.
W końcu, po godzinie walczenia z korkami jestem w domu. Jest w nim tak cicho, że od razu włączam radio. Gdy pomieszczenie zaczynają wypełniać dźwięki wyjątkowo seksownego głosu Adama Levina, uśmiecham się i czuję się trochę lepiej. Ściągam buty oraz bluzę i zmierzam do łazienki, kołysząc biodrami w rytm piosenki. Od razu jestem o niebo szczęśliwsza, kiedy wchodzę pod prysznic i czuję jak woda rozbija się o moje ciało. Kto by pomyślał, że zwykły prysznic może tak dobrze wpływać na samopoczucie człowieka.
Dokładnie szoruję skórę i wcieram szampon we włosy, a potem pozwalam strumieniowi wody spłukać całą pianę. W między czasie depiluję też nogi, pachy oraz okolice bikini, dzięki czemu czuję się wymuskana do granic możliwości. Relaksuję się podczas tego prysznicu, jak najbardziej mogę. Ach, takie małe domowe spa jest całkiem przyjemne. To pomaga uspokoić nerwy.
Muszę jakoś pozbierać myśli i w końcu dowiedzieć się, gdzie w LA jest jakiś lakiernik. Pf, pewnie jest ich z tysiąc, ale potrzebuje tego, który jest najbliżej.
Wychodzę z kabiny po kilkunastu minutach, a w łazience jest mnóstwo pary, dlatego szybko owijam się ręcznikiem i uchylam drzwi, by do środka dostało się świeże powietrze. Rozczesuję włosy, osuszam ciało i robię sobie najpierw peeling, a potem nakładam maseczkę odświeżającą. Czekając, aż maseczka zaschnie sprzątam po sobie w łazience i smaruję ciało balsamem. W końcu oczyszczam twarz, podsuszam włosy i idę do pokoju w coś się ubrać. Zerkam na zegarek, który wisi na ścianie i okazuje się, że zeszła mi prawie godzina na upiększaniu się. To było tak przyjemne, że nie czułam upływu czasu. Wspaniale!
Gdy stoję przed szafą zaczyna mi poważnie burczeć w brzuchu i marszczę brwi, kiedy uświadamiam sobie, że mamy pustą lodówkę. Jakoś niespecjalnie mam ochotę na wyjście do sklepu, a już na pewno nie na gotowanie. W takim razie mam dwa wyjścia: albo zostaję w domu i liczę na to, że Angie wróci z zakupami, albo idę na kolację w pojedynkę. Wybieram rzecz jasna tę drugą opcję.
Wyciągam z szafy czarne, dopasowane body z głębokim dekoltem, jasne jeansy z dziurą na kolanie oraz długi, letni, czarny kardigan w kropki. Kiedy jestem już ubrana, idę się pomalować i ułożyć włosy. Nakładam na usta jasny błyszczyk, przeciągam rzęsy mascarą i kładę na powieki cień. Schodzę do przedpokoju, wkładam na stopy czarne szpilki, biorę czarną, niewielką torebkę na ramię i staję przed lustrem. Wyglądam całkiem ładnie, więc na moje usta wkrada się uśmiech, a gdy na głowę zakładam czarny kapelusz czuję, że mój strój jest kompletny. Upewniam się dwa razy, że wszystko ze sobą wzięłam i wychodzę z mieszkania, a potem kieruję się do windy. Tam spotykam dwójkę starszych panów, którzy dyskutują ze sobą na temat ostatnich wydarzeń sportowych. Uśmiecham się pod nosem i przysłuchuję się ich rozmowie, nie mając innego wyjścia. Panowie wysiadają na parterze, a ja zjeżdżam do podziemnego garażu, gdzie stoi mój samochód.
Kiedy się do niego zbliżam, niekontrolowanie spoglądam na rysę i skręca mi się żołądek. Wtedy odzywa się mój telefon, wiec wyciągam go z torebki i odbieram. To Eddie.
- Cześć - witam go krótko, szukając wolną ręką kluczyków. Cholera, gdzie one są?
- Hej kochanie - odpowiada wesoło Eddie. - Przepraszam, że nie oddzwoniłem wcześniej, ale miałem masę kursów i dopiero teraz znalazłem wolną chwilę.
- Nic się nie dzieje - mówię spokojnie i w końcu znajduję klucze. Brawo!
- Coś się stało? - pyta w końcu.
- Wiesz może, gdzie znajdę lakiernika w moich okolicach?
- Po co ci lakiernik? - z tonu Eddiego wnioskuję, że jest zaskoczony.
- Ktoś zarysował mi samochód i potrzebuję usunąć tę rysę.
- Co? Jak to, ktoś zarysował ci samochód? - cytuje mnie, po czym dodaje. - Teraz sobie nie przypominam, ale popytam kolegów, może oni znają jakiegoś.
- Nie wiem Eddie - wzdycham. - Dziękuję, jesteś kochany.
- To cały ja - śmieje się. - Mam nadzieje, że to stało się przypadkowo.
- Nie sądzę. Zarysowanie ciągnie się przez całą długość samochodu.
- Do dupy, mała. Musiałaś komuś zaleźć za skórę - znów wybucha śmiechem, a ja marszczę brwi.
- Przecież ja znam tutaj zaledwie kilka osób, nikogo jeszcze nie wkurzyłam - mamroczę. - Chyba.
- Wiem, tylko żartuję. Może ktoś po prostu był zazdrosny o twój samochód.
- Cokolwiek - kręcę głową i wkładam kluczyki do stacyjki. - Będę kończyć, jadę na kolację.
- Z Angie? - pyta.
- Nie, jest na spotkaniu.
- Jedziesz sama?
- Bingo - śmieję się.
- Pojechałbym z tobą, ale mam dzisiaj nocną zmianę.
- Nic się nie dzieje, Eddie.
- Nie masz jakiejś innej przyjaciółki, z którą możesz wyjść?
- Czy ty się o mnie martwisz? - pytam i wzdycham słodko, bo to urocze. - Mam, ale wyjechała z miasta na kilka dni.
- Tak, bo jedzenie kolacji w pojedynkę jest do bani - mówi stanowczo.
- Nic mi nie będzie - mówię rozbawiona. - To nie takie złe.
- Jasne. To do zobaczenia, mamacita. Jak tylko zorientuję się, gdzie jest ten lakiernik, to dam ci znać.
- Dobrze, dziękuję. Buziaki!
- Cześć - mówi uroczo Eddie i rozłącza się.
Kocham tego faceta, naprawdę.
Odpalam silnik i cofam z miejsca parkingowego, nakręcam i jadę w kierunku wyjazdu. Decyduję, że pojadę do Nobu, bo to jedyna restauracja niedaleko mnie, którą znam, a w dodatku serwują tam świetne jedzenie. Na zewnątrz jest już ciemno, bardzo to lubię. Miasto nocą to jeden z najwspanialszych widoków na świecie. Te wszystkie kolorowe światła, świecące wystawy sklepów i migoczące reklamy tworzą niezwykle piękny nastrój.
Dzięki temu, że ulice o tej porze nie są tak zakorkowane jak popołudniu do Nobu docieram po około dwudziestu minutach. Wysiadam z samochodu, zamykam go i idę w kierunku wejścia, szczęśliwa, że za kilka chwil będę zajadała się pysznym sushi. Mój dobry humor znika, gdy wchodzę do środka i dostrzegam na końcu sali przy dużym stole Justina, Fredo i resztę ekipy tancerzy. Kurwa mać. Czy ja zawsze, ale to zawsze muszę na niego trafiać, gdy tak bardzo tego nie chcę?! Mam zamiar się wycofać i jechać szukać innej knajpy, kiedy zauważa mnie Alfredo i uśmiecha się szeroko. Klnę w duchu i przylepiam na usta najbardziej szczery uśmiech na jaki mnie stać. Chłopak wstaje i zmierza w moją stronę, wyraźnie rozradowany.
- Myślałem, że cię nie będzie! - mówi, gdy jest na tyle blisko, bym go usłyszała.
- Bo miało mnie nie być. Nie wiedziałam, że tu będziecie - odpowiadam zgodnie z prawdą i czuję jak chłopak kładzie dłoń na moich lędźwiach, lekko popychając w stronę ich stolika.
Niech to szlag, ja naprawdę nie mam nastroju, na to spotkanie. Mimo to, idę obok Alfredo i staram się nie wybuchnąć krzykiem lub co gorsza, płaczem. Kiedy Justin mnie zauważa, jego twarz od razu się rozświetla. Jest zaskoczony moim przybyciem, ale po jego minie wnioskuję, że jest zadowolony. Szkoda tylko, że ze mną tak nie jest. Wychodzi mi na spotkanie, mierząc mnie wzrokiem.
- Cieszę się, że jednak zdecydowałaś się przyjść - mówi spokojnie, całując mnie w policzek na powitanie.
Wow, zrobił to po raz pierwszy i muszę przyznać, że to przyjemne czuć jego usta na swojej skórze. Stop, Faith. Nie zapędzaj się.
- Nawet nie miałam pojęcia, że przyjdziecie tutaj. Na nic się nie zdecydowałam, po prostu jestem głodna, a to jedyna dobra knajpa w pobliżu mojego mieszkania, którą znam - wzruszam ramionami. Justin kiwa głową i odsuwa się, bym zajęła wolne miejsce koło Alfredo. Wcześniej jednak witam się ze wszystkimi i dopiero potem siadam na krześle. Oprócz tancerzy, zauważam dwie nowe twarze, które znam. Domyślam się, że oni również byli wtedy w klubie, razem z Justinem, Nickiem i Fredo. Jeden z nich ma blond włosy, grzywkę postawioną na żelu, lekki zarost i niebieskie oczy. Drugi z nich jest ciemnoskórym, przystojnym mężczyzną o wesołym spojrzeniu i szerokim uśmiechu. Oboje patrzą się na mnie ciepło i znacząco. Posyłam im krótki uśmiech i łapię kartę dań.
- Zamówiliście już coś? - pytam, gdy otwieram menu.
- Nie zdążyliśmy, przyszliśmy jakieś dziesięć minut temu - oznajmia Elysandra, uśmiechając się do mnie szeroko. Jest bardzo pozytywną osobą i za to ogromnie ją polubiłam.
Kiwam głową i odwzajemniam uśmiech, po czym wracam do menu. Kiedy jestem na etapie decydowania się między zestawem z hosomakami, futomakami i uromakami a zestawem z hosomakami, nigirami oraz date, słyszę stukanie obcasów i ten znajomy śmiech. Podnoszę głowę z nad karty i widzę Shaylę zmierzającą w naszą stronę, która zamiera gdy tylko mnie widzi. Mam ochotę powiedzieć jej, że wcale nie zamierzałam tu przychodzić, aby posiedzieć z nimi wszystkimi, ale przecież nie będę się jej tłumaczyć. To oczywiste, że mnie nie lubi, a ja jakoś nie spieszę się, żeby naprawić naszą relację. Nie jest mi ona niezbędna do życia. Mimo to, czuję delikatny dyskomfort, kiedy jestem w jej towarzystwie. Nie lubimy się, a ja w gruncie rzeczy nie rozumiem dlaczego. Przecież nie mam zamiaru odebrać jej Justina, mam klasę i wiem, że takich rzeczy się nie robi, nawet wrogom.
Zerkam na Alfredo, który posyła mi znaczące spojrzenie i uśmiecha się lekko. Ciekawe dlaczego on też jej nie lubi. Muszę go kiedyś o to zapytać, bo liczę na to, że spotkamy się jeszcze nie raz.
- Tęskniłeś? - ćwierka Shayla, gdy siada obok Justina.
- Byłaś tylko w łazience, Shay - rzuca Justin i kręci głową, kładąc jej dłoń na udzie. Natomiast ja i Fredo staramy się nie wybuchnąć śmiechem. To co zrobiła było oczywistym uświadomieniem mi, że Justin należy do niej i że nie mam prawa się do niego zbliżać. Ale przecież ja o tym do cholery wiem!
Dzięki Bogu przychodzi do nas kelnerka i wszyscy możemy złożyć zamówienia. Troche zajmuje jej zebranie wszystkich życzeń od nas ze stolika, a gdy w końcu kończy widzę na jej twarzy ulgę, że się nie pogubiła.
- Napijesz się? - pyta Fredo sięgając po karafkę z winem.
- Nie, dziękuję. Przyjechałam samochodem - uśmiecham się i oblizuję wargi.
- W porządku. Ale żałuj, jest pyszne - chłopak droczy się ze mną, a ja zaczynam się śmiać.
- Nie wątpię, mam nadzieje, że będzie ci służyć - wystawiam mu język, a on klepie mnie w ramie. - Auć! - krzywię się, udając, że mnie zranił.
- Wybacz Faith - wzrusza ramionami i szczerzy się do mnie.
- Przemyślę to. - Kelnerka zjawia się przy stoliku i podaje mi szklankę wody oraz dzbanek, bym mogła sobie jej do woli dolewać. Dziękuję jej i od razu upijam łyk zimnego napoju.
- Daleko stąd mieszkasz? - pyta Nick, który zajada się swoją przystawką.
- Nie, przy dobrych warunkach jakieś 5 minut drogi samochodem. Ale licząc się z ruchem na drogach, to dotarcie tutaj zajmuje mi dziesięć minut - oznajmiam i rozsiadam się na krześle.
- West Hollywood czy Beverly Hills? - tym razem odzywa się Elysandra.
- Beverly Hills- uśmiecham się, a Elysandra klaszcze w dłonie.
- To świetnie! Też tam mieszkam! Na jakiej ulicy mieszkasz?
- Wilshire Boulevard, a ty? - Cieszę się, że ktoś z ekipy mieszka w pobliżu. Dobrze mieć świadomość, że poznaję coraz więcej ludzi z LA.
- North Palm Drive, to nie daleko! Musimy kiedyś się spotkać - piszczy Ely, a ja się śmieję.
- Oczywiście, masz mój numer. Dzwoń kiedy tylko masz ochotę - patrzę na nią i uśmiecham się.
- Jak podoba ci się Los Angeles? - nagle odzywa się Justin, skupiając na mnie swój wzrok.
Przełykam ślinę i staram się ignorować mordercze spojrzenie Shayli, wymierzone we mnie.
- Jest piękne, uwielbiam je. Nie jestem tu pierwszy raz, a za każdym razem zakochuję się coraz bardziej - mówię pewnym siebie, opanowanym tonem.
- Pamiętam jak widzieliśmy cię w barze, kiedy tańczyłaś salsę. Wtedy to ja się zakochałem! - woła Fredo.
Słysząc to, biję go w ramię i robię kwaśną minę. - Przestań - syczę.
- Ale czemu? Byłaś świetna. Justin, Nick, Ryan i Za to powiedzą, prawda? - Fredo patrzy na nich wyczekująco.
- Byłaś seksowna - odzywa się ciemnoskóry chłopak, a po chwili obrywa za to w głowę od blondyna siedzącego obok.
- Trochę więcej kultury Za - karci go blond włosy chłopak.
- Przecież nic złego nie powiedziałem - wzrusza ramionami. - Prawda? - zerka na mnie i uśmiecha się.
- Jest w porządku - śmieję się i kiwam głową.
- Widzisz Ryan, pani nie jest na mnie zła - Za posyła koledze spojrzenie pełne dumy i unosi głowę, czując się wygranym,
- Jestem Faith, nie żadna pani - rzucam i wyciągam do nich dłoń.
Gdy oboje ją ściskają i przedstawiają się, kątem oka widzę jak Justin obserwuje nas w pełnym skupieniu i bez grama emocji na twarzy. O co mu chodzi?
Nie skupiam się na tym zbyt długo, ponieważ kelnerzy przynoszą nasze posiłki, przez co ja i mój żołądek jesteśmy wniebowzięci. Dolewam sobie wody do szklanki i od razu biorę się za jedzenie. Jest pyszne!
- Faith, to jak? Pochwalisz nam się swoimi umiejętnościami jutro na próbie? - pyta Kaili, kolorowo włosa dziewczyna z grupy.
- Daj spokój, nie ma czym - kręcę lekko głową i pochylam głowę, by nie było widać tego jak się rumienię.
- No Faith! Prosimy! - dołącza Elysandra, patrząc na mnie błagalnie.
- Czy możemy przestać skupiać się na mnie? Proszę? - unoszę i marszczę brwi, wyrzucając wolną wargę lekko w przód.
- Nareszcie - syczy Shayla, odrzucając włosy z ramienia.
- Shay - upomina ją Justin i upija łyk wina z kieliszka.
- W porządku - mruczę i biorę do ust kawałek sushi, które smakuje wyśmienicie.
Po kilkunastu minutach tak jak pozostali, kończę swój posiłek i jestem najedzona. Przez większą część wieczoru czułam na sobie spojrzenie Justina lub Shayli, która nie szczędziła mi zgryźliwych komentarzy i fałszywych uśmiechów. Wyraźnie jej przeszkadzam. Nie odzywałam się do Justina prawie wcale, bo i nie miałam po co, a ona i tak nadal traktowała mnie jak szkodnika. Dzięki Bogu Fredo zagadywał mnie i czuję się przez to trochę lepiej.
Za okazuje się strasznym żartownisiem i okropnie pogodnym chłopakiem. Dzięki niemu cały stolik co jakiś czas wybucha śmiechem i ciężko jest się nam opanować. Obok mnie siedzi Cassandra, urocza blondynka, która jest spokojna i ułożona, ale za to na próbach daje czadu. Zaczęłam z nią rozmawiać i jesteśmy właśnie na etapie omawiania najnowszej kolekcji D&G. W pewnej chwili widzę jak Shayla wstaje od stołu i obchodzi go, zmierzając w naszym kierunku. Czuję jak Fredo lekko mnie szturcha, a ja jedynie odpowiadam skinieniem głowy, bo wiem o co mu chodzi. Shayla zatrzymuje się przy nas, kładzie swojego drinka na stole między nami i uśmiecha się.
- Co u ciebie Cassy? Dawno się nie widziałyśmy.
Cassandra odwzajemnia uśmiech i widzę po niej, że lubi Shaylę.
- Wszystko okej. Miałam ostatnio do ciebie dzwonić, ale wypadło mi kilka rzeczy - wzrusza przepraszająco ramionami. - Odezwę się niedługo.
- Świetnie. Może wyskoczymy na zakupy? - pyta Shayla słodkim głosem.
Patrzę na obie dziewczyny i postanawiam przestać słuchać ich rozmowy. Niech sobie pogadają, przynajmniej na chwile Shayla przestanie wbijać we mnie ten swój sukowaty wzrok.
- Nick, zmieniłeś już te kroki, o których mówiłeś? - pytam i patrzę na Nicka, który siedzi obok Justina.
- W zasadzie to tak. Jutro wam je pokażę. Choreografia jest jeszcze lepsza, niż była - puszcza mi oczko, a ja się uśmiecham.
- To chyba niemożliwe - śmieje się Justin.
- Zaufaj mi, Bieber. Będziesz zachwycony. - Ton głosu Nicka wskazuje na to, że jest bardzo pewny swojego pomysłu.
- Będę zachwycony każdą choreografią, którą zatańczę z Faith. To świetna tancerka. - Po raz pierwszy od dłuższego czasu Justin i ja patrzymy sobie w oczy, a ja na moje nieszczęście robię się czerwona.
- Rzeczywiście, dobrze razem wyglądacie podczas tańca. To duży sukces - odzywa się Jon, kiwając głową.
- Dokonaliśmy dobrego wyboru - oznajmia Nick, a Justin kiwa głową zgadzając się.
Wtedy Shayla nachyla się, by wziąć swój drink, ale zamiast utrzymać go w dłoni, przechyla szklankę w moją stronę i napój ląduje na mnie, mocząc moje body i spodnie. Świetnie.
- Oj, przepraszam - Shayla patrzy na mnie z nieszczerym współczuciem, a jej przeprosiny ociekają fałszem. Jeśli chciała mnie upokorzyć, to jej się to udało.
Wstaję szybko od stołu i idę w stronę toalet z opuszczoną głową. Czuję na sobie wzrok całego stolika, co jest nie do zniesienia. Wpadam do łazienki i od razu biorę ręcznik papierowy, moczę go w wodzie i próbuję oczyścić ubranie. Patrzę na siebie w dużym lustrze, moje oczy są duże i przepełnione rozgoryczeniem. Powinnam jakoś zareagować? Nakrzyczeć na Shaylę? Wyjść z restauracji? Może ona zrobiła to przypadkowo, wcale tego nie chciała? "Oczywiście, że tego chciała. Jesteś dla niej problemem, Faith" mówi moja podświadomość, a ja wiem, że ma zupełną rację. Jest mi przykro i powoli jestem zmęczona znoszeniem humorów tej dziewczyny. Nie wiem ile jeszcze będę w stanie znieść.
Po kilku minutach czyszczenia spodni i body, zabieram się za suszenie. Prawie w ogóle to nie pomaga, więc po prostu odpuszczam i wychodzę z łazienki, zakrywając się połami kardiganu.
Gdy zbliżam się do stolika, przystaję na moment, bo słyszę rozmowę Justina i Shayli, stojących w kącie.
- Czemu to zrobiłaś? - warczy Justin.
- To był przypadek! - protestuje Shayla, tupiąc nogą.
- Kłamiesz. Na czym polega twój problem? Co ci się dzieje, na litość boską!
-Nie krzycz na mnie - syczy. - Moim problemem jest ona - odpowiada zgryźliwie blondynka, przybliżając się do chłopaka.
- Słucham? - Justin zdaje się być wyraźnie zaskoczony.
- Myślisz, że jestem ślepa? Że nie widzę tego jak na nią patrzysz? Że nie dostrzegam tego, co jest między wami?
- Może najpierw popatrz na siebie skarbie, a potem wytykaj mi cokolwiek - warczy Justin. - Ciesz się, że jeszcze tego nie skończyłem.
- Zamknij się! - Shayla z trudem tłumi krzyk. - Jeśli ona nie zniknie z naszego życia, to ucierpi coś więcej niż tylko jej samochód.
Zamieram. Spodziewałam się wszystkiego, ale nie tego, że ta wariatka posunie się do takich rzeczy. Wciągam głośno powietrze, czując jak w moich oczach zbierają się łzy. Chcę stad wyjść i to w tym momencie. Najwyraźniej wzdycham za głośno, ponieważ oboje równocześnie odwrócili głowy w moim kierunku. Na twarzy Shayli wymalowana jest duma i radość z tego, że jest silniejsza ode mnie. Zbieram się w sobie i pędzę do stolika, tylko po to, by wziąć torebkę. Ignoruję pytające spojrzenia towarzystwa i jedyne co robię to rzucam im ciche "cześć". Cała się trzęsę i nie mogę uwierzyć w to co się dzieje. Ona mnie tak bardzo nienawidzi!
- Faith! Zaczekaj - słyszę za sobą Justina. O nie, odczep się. Nie chcę cię oglądać.
- Wracaj do środka Justin - mówię i bardzo staram się brzmieć spokojnie.
- J-ja nie wiedziałem... - z jego tonu wnioskuję, że jest mu przykro. Nie obchodzi mnie to.
Odwracam się w jego kierunku i dopiero teraz zauważam jak doskonale wygląda. Ma na sobie imitujące skórę czarne spodnie, czarny t-shirt oraz marynarkę w tym samym kolorze, a na szyi wisi długi łańcuszek. Wygląda tak doskonale...
- Wierzę ci. Po prostu tam wracaj i daj mi spokój - mam gdzieś to, że w moich oczach widać łzy. Już nawet nie mam siły ich ukrywać.
- Faith... - zaczyna, ale mu przerywam.
- Przestań - kręcę głową. - Do zobaczenia jutro, Justin.
Odwracam się i idę do samochodu, nie chcąc być w tym miejscu ani chwili dłużej. W odrętwieniu wsiadam do auta, odpalam silnik i wyjeżdżam z parkingu, nawet nie oglądając się za siebie. Jestem zła, smutna i mam ochotę zacząć krzyczeć. Ta cholerna przeprowadzka miała zmienić moje życie na lepsze, nie na gorsze. Dobry Boże, co ja komu zrobiłam, że tak mnie karzesz?
W takich chwilach bardzo tęsknię za Toddem. Kiedy działo się źle, zawsze stawał w mojej obronie i nie pozwalał mi się załamywać. Wiedział co zrobić, jak się zachować, co powiedzieć. Był moim oparciem, które życie zabrało mi bez uprzedzenia zbyt szybko i zbyt boleśnie. Tak bardzo chciałabym się teraz do niego przytulić, schować w jego braterskich ramionach i zapomnieć o problemach. Kiedy o tym myśle po moich policzkach spływa łza, którą szybko ocieram. Nie mogę sobie pozwolić na płacz. Stop.
Wchodzę do mieszkania piętnaście minut później, marząc o świętym spokoju. Rzucam szpilki i odkładam kapelusz, po czym zmierzam do salonu, a potem do swojego pokoju. Angie jest już w domu, bo widziałam jej buty i w łazience lała się woda, a oprócz tego telewizor jest włączony. Zdejmuję z siebie poplamione ubrania i wrzucam je do kosza na brudy, a z szafy wyjmuję bluzę Todda i krótkie spodenki. Zbieram włosy w luźnego koczka i podłączam telefon do ładowania. Później schodzę do kuchni, bo chcę zrobić sobie zieloną herbatę, która zawsze trochę mi pomaga. Gdy czekam aż zagotuje się woda, naciągam rękawy bluzy na dłonie i obejmuję się ramionami. Ta bluza to jedna z niewielu rzeczy jakie mam po bracie. Pamiętam, że gdy tylko dowiedziałam się o jego śmierci, popędziłam do jego pokoju i zabrałam z niej bluzę, bo ona miała jego zapach. Miałam nadzieje, że to jakoś mi zwróci jego brak, ale to tylko pogarszało sprawę. Mimo to, nie potrafiłam się z nią rozstać i gdy traciła swój zapach wylewałam na nią hektolitry perfum Todda. Wstyd się przyznać, ale do dzisiaj mam przy sobie małą fiolkę tych samych perfum i robię dokładnie to samo. To mój mały rytuał, którego nigdy nie przestanę powtarzać.
- Cześć - z rozmyślań wyrywa mnie ciepły głos Angel.
- Hej - uśmiecham się. - Jak było na spotkaniu?
- W porządku. Mam sesje do magazynu w przyszłym tygodniu. - Oznajmia to tak spokojnie, że unoszę brew.
- Rany, Angie. Jestem z ciebie taka dumna - mówię szeptem i pociągam ją do uścisku. Tak się cieszę, że chociaż jej się układa.
- Eddie mi powiedział, że ktoś zarysował ci samochód. - Głos Angie jest spokojny, ale na jej twarzy widzę zatroskanie. - Dlaczego nie mówiłaś?
- Bo nie chciałam cię martwić. Zresztą wolałam o tym pogadać w cztery oczy.
- Eddiemu jakoś nie miałaś problemu, o tym powiedzieć - rzuca i mogę stwierdzić, że jest o to zła.
- Bo on jako jedyny mógł wiedzieć, gdzie w tym cholernym mieście jest jakiś lakiernik - odpowiadam i zeskakuję z krzesła, bo woda się już zagotowała. - Nie wiedziałam, że ty też wiesz takie rzeczy - mówię uszczypliwie.
- Przepraszam, nie pomyślałam o tym - wypuszcza z ust powietrze i siada na krześle na przeciwko mnie.
- Okej - wzruszam ramionami i odkładam czajnik.
- Co się stało? - pyta Angie, lustrując mnie spojrzeniem.
- Hm? - unoszę brwi i patrzę na nią pytająco.
- Masz na sobie bluzę Todda, pijesz zieloną herbatę i jesteś przybita. Innych może tak, ale mnie nie oszukasz. Znam cię Faithie. Co się stało? - ponawia pytanie i idzie za mną, ponieważ chcę usiąść przy kominku, który nie jest rozpalony, ale jakoś niespecjalnie mnie to obchodzi.
Siadam na puszystym dywaniku i podciągam nogi pod siebie.
- Jestem zmęczona.
- Czym? - Angie siada obok mnie i patrzy na mnie z troską.
- Tym wszystkim - wzdycham. - To Shayla zarysowała mój samochód.
- Co?! - piszczy moja przyjaciółka. - To jakaś psychopatka.
- Nie lubi mnie - mruczę i pociągam łyk herbaty. - Najpierw dała mi to do zrozumienia na próbach, później kiedy spotkałam całą ekipę w Nobu i chcąc nie chcąc musiałam z nimi usiąść, cały czas patrzyła na mnie tak, jakby chciała mnie zabić. Później wylała na mnie swój drink. Na koniec kiedy kłóciła się z Justinem, powiedziała, że jeśli nie odczepię się od nich to ucierpi coś więcej niż mój samochód. Kurwa mać, Angie to jakaś pieprzona komedia. Nic jej nie zrobiłam, nie zbliżam się do Justina, nie pcham się w ich związek, bo mnie to nawet nie interesuje! Dlaczego uczepiła się mnie, a nie innej tancerki z jego grupy? - puszczają mi nerwy i z oczu zaczynają wylewać się niekontrolowane łzy. Nie chcę ich, ale nie umiem ich powstrzymać.
- Wiem kochanie, ale tu nie chodzi o to, co ty robisz - Angie przytula mnie do siebie i głaszcze po włosach.
- Jak to? - pytam, pociągając nosem.
- Tu chodzi o niego, o to jak on się zachowuje. To nie od ciebie zależy rozpoznawalność Shayli, tylko od niego. Nie mówię, że ich związek jest ustawiony, może faktycznie coś między nimi jest, ale popatrz. To początkująca modelka, dzięki Justinowi może zebrać pare naprawdę dobrych projektów - wyjaśnia. To wszystko co mówi, ma jakiś sens. - Shayla musi walczyć o Justina i wścieka się, kiedy on zwraca uwagę na ciebie. Stanowisz dla niej i jej kariery poważne zagrożenie, więc stara się wyeliminować nieprzyjemną konkurencję. Nie daj się jej sprowokować, w końcu jej przejdzie.
- Ale sama widzisz jak względem mnie zachowuje się Justin. Ona wariuje, gdy ten chłopak tylko zbliża się do mnie. Przecież ja tańczę w jego teledysku, nie dam rady go unikać przez najbliższy miesiąc.
- Bo mu się podobasz, Faith to jasne jak słońce. Ale sądzę, że jeśli choć trochę się o ciebie martwi, tak jak człowiek o człowieka, będzie uważał na to co robi, by nie stała ci się krzywda. W końcu jest świadomy z jaką wariatką ma do czynienia.
- Jasne - mruczę i wycieram policzki. - Dziękuję.
- Nie ma za co, kochanie - uśmiecha się Angie i pociera moje plecy. - Zawszę tu będę z tobą, nie ważne co.
Całuję ją w policzek i biorę kubek do ręki.
- Chyba pójdę się położyć - oznajmiam i podnoszę się z podłogi. - Dobranoc Angie i przepraszam.
- Przestań, okej? - gani mnie. - Dobranoc Faithie, śpij dobrze.
Posyłam jej blady uśmiech i idę do pokoju.
Gdy następnego dnia jadę na próbę, mój żołądek się zaciska. Ostatnia noc była koszmarem, bo budziłam się co jakiś czas. Przed zaśnięciem dostałam wiadomość na twitterze od Fredo, żebym się nie przejmowała i że już się za mną stęsknił. Kochany chłopak.
Podjeżdżam pod studio, gaszę silnik, zabieram torbę i idę do środka. Na sali spotykam wszystkich oprócz Fredo i Justina. Są w trakcie omawiania jakiegoś kroku, więc idę cicho pod ścianę i odkładam rzeczy.
- O, Faithie! - słyszę jak Kaili woła wesoło i biegnie do mnie, by się przytulić.
Uśmiecham się, gdy słyszę zdrobnienie mojego imienia. To miłe i urocze.
- Cześć - ściskam ją i patrzę na resztę.
- Jak tam? - pyta Nick, patrząc na mnie niepewnie.
- W porządku - odpowiadam, licząc na to, że cienie pod oczami po nieprzespanej nocy nie są za bardzo widoczne. - A co u was?
- Właśnie ćwiczyliśmy nowe kroki. Chodź, pokaże ci - uśmiecha się Nick, a Kaili pociąga mnie za rękę.
Dziękuję im w duchu, że nie starają się na siłe udawać, że to co wczoraj się wydarzyło nie miało miejsca i że zachowują się normalnie. Staję obok Cassandry i naśladuję ruchy Nicka, zastanawiając się, dlaczego Justina jeszcze nie ma.
Próba rozkręca się na całego, ćwiczymy kolejną część choreografii, a Justina jak nie było, tak nie ma. Nie wypada mi pytać, gdzie jest, bo wyglądałoby to tak, jakby zależało mi na jego obecności. "Bo zależy" uśmiecha się słodko moja podświadomość, wiedząc, że zawsze ma rację.
- Heeeej, Faithieeee - przeciąga słodko Kaili, gdy siedzimy pod lustrem i pijemy wodę, rozkoszując się chwilą przerwy.
- Hm? - zerkam na nią.
- Zrobisz coś dla mnie? - pyta dziewczyna, prostując się.
- Zależy co - unoszę kąciki ust w górę i czekam na to co odpowie.
- Zatańcz salsę - oznajmia głośno.
Prawie krztuszę się wodą, którą miałam w ustach, gdy Kaili wypowiadała te słowa.
- Nie ma mowy - kręcę głową.
- No co ty, Faith. Dawaj - odzywa się Jon, a diabelsko uśmieszek tańczy na jego ustach.
- Widziałem cię w akcji, ale chce to zobaczyć jeszcze raz - dodaje Nick.
- Ale... - zaczynam.
- Nie ma żadnego ale, wstawaj! - Elysandra podbiega do mnie i pociąga za rękę, bym wstała.
- No dobrze, ale nie mam muzyki - mówię i w głębi duszy liczę na to, że uda mi się od tego wymigać.
- Nie martw się, da się załatwić - Nick wyciąga iPhona z kieszeni, wystukuje coś na klawiaturze, podchodzi do stacji dokującej i wkłada do niej telefon. - Voilà! - Nienawidzę cię - mówię bezgłośnie do Nicka, a on się zaczyna śmiać.
Rozpuszczam włosy, poprawiam dresy i krótką koszulkę, zerkając na resztę.
- To będzie gorące, czuję to - piszczy Kaili, wywołując tym śmiech pozostałych.
Okej Faith, skup się. Zamykam oczy i wsłuchuję się w muzykę. O tak, znam tę melodie i dzięki temu uśmiecham się szeroko. To 'Hole in my head' Rihanny, uwielbiam ją! Zaczynam kołysać biodrami, wykonując podstawowy krok salsy. O rany, fajnie jest znów to robić. Rozkręcam się i zaczynam tańczyć tak, jak czuje moje ciało i dusza. Zbliżam się do Nicka, który stoi i przygląda mi się z ciekawością. Obtańczam go, kręcę biodrami i łapię jego dłoń, doskonale nim kierując. Puszczam go i widzę jak się uśmiecha. Zbliżam się do dziewczyn, poruszam się i śmieję, gdy widzę, że zaczynają robić to co ja. Na moich ustach cały czas gości szeroki uśmiech, to wszystko dzięki salsie. Czuję się tak dobrze, tak seksownie i pewnie, że to dodaje mi skrzydeł. Wracam na środek sali, kręcę się, wyginam i cały czas uśmiecham. Na koniec zbliżam się do Jona, o którego lekko się ocieram i popycham, potem znów ciągnę do siebie i obracam tak, że nagle przede mną klęczy. Trzymam się jego ramion i przekładam nogami, wyginam ciało i w końcu kończę tańczyć. Jon patrzy na mnie jak zahipnotyzowany, ale uśmiecha się łobuzersko. Po kilku sekundach rozlegają się brawa i pokrzykiwania, a Elysandra podbiega do mnie roześmiana.
- Musisz mnie tego nauczyć! To lepsze niż najoryginalniejszy podryw! Rany, to było gorące!
- Mówiłam! - woła Kaili.
- Dzięki - rumienię się i głęboko oddycham. Gdy podnoszę wzrok widzę w lustrze odbicie Justina, który stoi w drzwiach, opary o framugę i przygląda nam się z powagą.
Od kiedy tu stoi? Widział mój taniec? Cholera. Odpycha się i bez słowa zmierza w kierunku stolika Nicka, gdzie rzuca swoją torbę i ściąga z siebie koszulkę. O kurwa. Jest mi jeszcze cieplej, gdy gapię się na jego nagi, pokryty tatuażami tors. Potrząsam głową i liczę na to, że nie zauważył co robiłam.
- Dobra ludzie, skoro jest już Justin możecie się zmywać. Resztę omówimy jutro, teraz muszę pokazać nowe kroki jemu i Faith.
Chwila, co? Zostaję sama z Nickiem i Justinem. Nie rozumiem dlaczego inni mogą już iść. To dziwne.
Kiedy sala robi się pusta i zostaje tylko nasza trójka, Nick od razu przechodzi do rzeczy. Pociąga mnie za rękę i demonstruje, jak nasz taniec ma wyglądać. Nie ma wielu zmian, więc opanowanie nowych kroków nie powinno zająć nam dużo czasu. Gdy tylko Justin dotyka mojego ciała przechodzi mnie silny dreszcz. Justin jednak wydaje się być dzisiaj jakiś inny. Nie mam pojęcia czy coś się stało, czy jest zły, ale na takiego wygląda. Nic nie mówi, rzadko kiedy na mnia patrzy i to sprawia, że jest mi smutno chociaż nie powinno. To tylko mój szef, nikt więcej. Nie ma obowiązku się ze mną spoufalać. Ale cząstka mnie bardzo tego pragnie i nawet nie zamierzam tego ukrywać. W końcu Bieber to jeden z najprzystojniejszych facetów tego pokolenia.
Po półgodzinie udaje nam się skleić całość i wygląda to faktycznie jeszcze lepiej. Nick jest z nas i siebie dumny, a gdy tłumaczy opowiada nam o nowej choreografii odzywa się jego telefon. Biegnie go odebrać i po krótkiej rozmowie, zaczyna zbierać swoje rzeczy.
- Muszę was zostawić. Coś pilnego - mówi w pośpiechu. - No, to do jutra! - woła i prawie biegiem opuszcza salę.
A więc zostałam sama z Justinem, okej. Oddech mi nieco przyspiesza, gdy on wbija we mnie wzrok i przez kilka chwil obserwuje, tak jak dziecko kiedy dostaje nową, kolorową zabawkę. Przygryzam wargę i nie wiem co zrobić.
- Powtórzymy choreografię jeszcze raz - odzywa się nagle Justin i idzie do stacji dokującej, by włączyć muzykę.
Gdy melodia wypływa z głośników, Justin podchodzi do mnie i zaczyna tańczyć. Po chwili dołączam do niego i od razu oplata mnie ramionami od tyłu.
- Obserwowałem cię, kiedy tańczyłaś - szepcze mi do ucha.
-I? - pytam, starając się uspokoić moje szalejące tętno.
- Byłem i jestem zazdrosny - warczy i zgodnie z choreografią odsuwa się ode mnie.
O mało co się nie przewracam na jego słowa.
- Dlaczego? - mój oddech jest szybki i urywany.
- Bo to nie dla mnie tak tańczyłaś. Bo to nie przede mną kręciłaś biodrami. Bo to nie ja byłem na miejscu Nicka i Jona. Bo to wszystko powinno być moje - mruczy, przyciskając mnie do swojego ciała, wbijając palce jednej dłoni w moje biodro.
Patrzę na niego i nie jestem w stanie wypowiedzieć słowa. To co powiedział, było... powietrza!
Nagle Justin przyciska mnie do lustra, trochę zbyt mocno, przez co syczę cicho. Łapie moje nadgarstki i zastyga nachylając się przede mną.
- Jesteś taka piękna Faith. Słodka, piękna Faith. Dlaczego nie jesteś moja? - pyta bardziej siebie niż mnie. Dotyka mojego policzka i patrzy mi głęboko w oczy. - Oddałbym wszystko, żeby mieć cię tylko dla siebie. Bo marzę o tym odkąd zobaczyłem cię w barze. Ale nie mogę, muszę trzymać się od ciebie z daleka i ty też musisz to zrobić, maleńka.
Nie! Nie chcę tego. Mój zdrowy rozsądek gdzieś sobie poszedł i teraz jedyne czego chcę, to być blisko tego mężczyzny, czuć jego ciało obok swojego. I tak bardzo chcę poczuć jego wargi na sobie. Broniłam się przed tym, nie chciałam się do tego przyznać, ale teraz mam cały świat gdzieś. Pragnę Justina.
Justin jakby w odpowiedzi ma moje myśli, pochyla się i czuję jego oddech na swojej twarzy. Błagam go w myślach, by właśnie teraz mnie pocałował, ale zamiast tego, bierze głęboki oddech i przez chwilę bada wzrokiem moją twarz.
- Tak bardzo jak ciebie pragnę, nie chcę tego mówić, ale wiem, że muszę. Ze względu na ciebie i siebie - widzę na jego twarzy coś na kształt bólu. O co tu chodzi? - Faith, to koniec. Nie wystąpisz w tym teledysku, ani w żadnym innym. Przepraszam. To dla twojego dobra - przybliża usta do mojej twarzy i składa pocałunek na moim rozgrzanym policzku.
Stoję w osłupieniu, kiedy mnie puszcza i zmierza do swojej torby. Zakłada na siebie koszulkę, bierze torbę do ręki i wychodzi z sali, zostawiając mnie tam samą. Rozpaloną, zszokowaną i zrozpaczoną.
Nie, błagam. Niech mnie ktoś obudzi!
Cześć miśki! Wpadam do was z rozdziałem. Mam nadzieje, że zostawicie mi swoje opinie w komentarzach. Jest ich coraz więcej i bardzo mnie to cieszy. Dziękuję wam za ponad 5K wejść, jesteście najlepsi. Bez was nie byłoby tego wszystkiego.
Do zobaczenia w następnym rozdziale!
So much love.
V.